Archiwum na Wrzesień, 2008

Zapragnąłem pozostać sam w dosyć niezwykły, nowy sposób. Miała to być samotność dokładnie przeciwna do tej, jakiej mógłbyś oczekiwać – chciałem mianowicie pozostać bez samego siebie, w towarzystwie nieznajomego.

Czy wygląda ci to na obłęd?

Być może warto ponownie to przemyśleć.

Nie przeczę – mogłem wtedy być już odrobinę obłąkany, błagam jednak, uwierz – naprawdę samemu pozostać można tylko w poniższy sposób.

Samotności nie może być wraz z tobą; samotność jest zawsze bez ciebie, możliwa tylko w obecności nieznajomego, obcej osoby czy może miejsca, które cie całkowicie ignoruje, i które ty całkowicie ignorujesz – twoja wola i uczucia zostają zawieszone i oszołomione w udręczonej niepewności; a kiedy znika wszelkie potwierdzenie ciebie samego, znika także i sama prywatność twojej świadomości. Prawdziwa samotność istnieje w miejscu, które żyje dla samego siebie, dla ciebie nie pozostawiając żadnego śladu ni dźwięku. W miejscu tym sam stajesz się nieznajomym.

W taki właśnie sposób zachciałem być sam. Bez samego siebie. To znaczy bez tego siebie, którego już znałem, albo którego sądziłem że znam. Sam z pewnym nieznajomym, którego nie byłem w stanie się pozbyć – już wtedy przeczuwałem to niejasno, bowiem byłem nim ja sam: nieznajomy, który ode mnie samego był nie do oddzielenia.

W tamtym czasie przeczuwałem istnienie jednego tylko nieznajomego! A już sam on jeden, albo też potrzeba pozostania z nim sam na sam, postawienia go przed sobą i poznania go, rozmowy z nim, całkowicie mnie rozstrajała, napełniając mieszanką obrzydzenia i przerażenia.

Jeżeli dla innych nie byłem tym, kim zawsze byłem dla siebie samego, to kim byłem?

Nigdy wcześniej za mego życia nie myślałem o wyglądzie mojego nosa, jego kształcie, o tym czy był duży lub mały, albo o kolorze moich oczu, szerokości mojego czoła, i tak dalej. To był mój nos, moje oczy, moje brwi: nieoddzielne ode mnie, i kiedy byłem pochłonięty swoimi sprawami, zajęte były też moje oczy i zaabsorbowane uczucia – nie mogłem o nich myśleć.

Teraz jednak pomyślałem: „A co z innymi? Rzecz jasna inni nie są wewnątrz mnie. Dla innych, którzy patrzą z zewnątrz, moje myśli i uczucia mają nos. Mój nos. Mają też parę oczu. Moich oczu, których ja nie widzę, a oni tak. Jaki jest związek między moimi myślami a moim nosem? Dla mnie żaden. Nie myślę swoim nosem, ani nie zwracam uwagi na swój nos kiedy myślę. Ale inni? Inni, którzy nie widzą moich myśli wewnątrz mnie i widzą mój nos z zewnątrz? Dla innych moje myśli i mój nos mają bliski związek, i jeżeli na przykład te pierwsze były by bardzo poważne, a ten drugi – przez jego kształt – wysoce komiczny, inni zaczęliby się śmiać.”

I tak, idąc za tą myślą, pogrążyłem się dalej w udręce: żyjąc, nie potrafiłem przedstawić sobie siebie wykonującego czynności w życiu; zobaczyć siebie tak jak widzieli mnie inni; postawić przed sobą swoje ciało i zobaczyć jak żyje, jak by to było ciało kogoś innego. Kiedy stanąłem przed lustrem, nastąpiło we mnie jakieś wstrzymanie; cała spontaniczność zniknęła, każdy mój ruch zdawał się sztuczny, jakby był imitacją.

Nie mogłem widzieć siebie jak żyję.

Dowód na to odkryłem we wrażeniu, które zaatakowało mnie kilka dni później, kiedy to spacerowałem rozmawiając z moim przyjacielem Stefano Firbo. Stało się, że przechodząc obok stojącego przy ulicy lustra, nagle mignęło mi w nim moje odbicie. Wrażenie to nie mogło trwać dłużej niż mgnienie, gdyż zaraz potem nadeszło to samo wstrzymanie a spontaniczność zniknęła, i wszystko znów stało się wyuczone. Z początku nie rozpoznałem siebie. Zdało mi się, że widziałem przechodzącego, rozmawiającego nieznajomego. Zatrzymałem się. Musiałem bardzo zblednąć.

Firbo spytał mnie: „Co się stało?”

„Nic”, powiedziałem. Wypełniały mnie dziwny, wewnętrzny niepokój i obrzydzenie zarazem. Myślałem: Czy to, co mi przed chwilą mignęło, to naprawdę był mój obraz? Czy z zewnątrz, kiedy żyję swoim życiem i nie myślę o sobie, naprawdę taki jestem? W takim razie dla innych jestem właśnie tym nieznajomym, który mignął mi znienacka w lustrze: właśnie nim, a nie takim, jakim siebie znałem: tamtym, którego ja sam na pierwszy rzut oka nie rozpoznałem. Jestem tamtym nieznajomym, którego życia nie mogę dojrzeć, może za wyjątkiem takich nieoczekiwanych mignięć. Nieznajomym, którego wszyscy inni mogą widzieć i znać, tylko nie ja.

Po tym zdarzeniu owładnęła mną jedna obsesja: pościg za nieznajomym, który był we mnie i który mnie unikał; którego nie mogłem postawić przed sobą, ponieważ natychmiast stawał się taki, jakim siebie znałem; był tym, który istniał dla innych i którego nie mogłem poznać, którego życie inni widzieli, a ja nie. Również ja chciałem go widzieć i znać, w taki sam sposób jak widzieli i znali go inni.
Powtarzam: wtedy jeszcze wierzyłem, że ten nieznajomy był tylko jedną osobą. Jedną dla wszystkich, tak ja ja byłem tylko jeden dla samego siebie. Wkrótce jednak mój straszliwy dramat jeszcze bardziej się skomplikował – a mianowicie kiedy odkryłem setki tysięcy Moscardów, którymi byłem nie tylko dla innych, ale także dla samego siebie, a wszyscy oni o jednym i tym samym imieniu – Moscarda, brzydkim do okrucieństwa, i wszyscy oni w tym moim biednym ciele, które także było jedno i – niestety! – było nikim jednocześnie, a przynajmniej kiedy staję przed lustrem i wpatruję się długo i nieporuszenie w swoje oczy, znosząc w sobie wszelkie uczucia i wolę.

A kiedy tak oto skomplikował się mój dramat, rozpoczęły się także i niewiarygodne akty mego szaleństwa.

- Luigi Pirandello
Jeden, nikt i sto tysięcy (fragment)
tłum. z angielskiego – ja.