Archiwum dla kategorii Cień

1. Bóg chciał niebycia;
2. Jego istota była przeszkodą, która nie pozwoliła mu natychmiast wkroczyć w niebycie;
3. Istota musiała się rozpaść w świat wielości, w którym poszczególne istoty dążą do niebycia;
4. W dążeniu tym przeszkadzają sobie wzajemnie, walczą jedna z drugą i tym sposobem osłabiają swoją siłę;
5. Cała istota Boga przeszła w świat w zmienionej formie, jako określona siła sumaryczna;
6. Cały świat, wszechświat, ma jeden cel, niebycie, i osiąga go dzięki nieustannemu słabnięciu tej sumarycznej siły;
7. Każde indywiduum dzięki słabnięciu jego siły osiąga w drodze swego rozwoju punkt, w którym może spełnić się jego dążenie do unicestwienia.

-Philipp Mainlander, Metafizyka unicestwienia (fragment)

1. Ta ciemna noc jest to wpływ Boga na duszę, oczyszczającego ją z nieświadomości i niedoskonałości habitualnych, naturalnych i duchowych. (…)

2. Nasuwa się wątpliwość: dlaczego to światło Boże (oświecające i oczyszczające duszę z jej słabości) nazywa tu dusza nocą ciemną? Można odpowiedzieć, że dla dwóch powodów ta Mądrość Boża jest nie tylko nocą i mrokiem dla duszy, lecz również jej udręką i męczarnią. Pierwszy powód, to wzniosłość tej Mądrości Bożej, która przekracza pojęcie duszy i tak staje się dla niej mrokiem. Drugi powód, to niskość i nieczystość duszy, i to właśnie jest dla niej udręką i utrapieniem, a również i ciemnością.

3. Dla uzasadnienia pierwszego powodu należy przytoczyć pewną naukę Filozofa, który wykazuje, że im bardziej rzeczy Boże są same w sobie jasne i zrozumiałe, tym bardziej w sposób naturalny są dla duszy ciemne i niezrozumiałe. Podobnie jak światło, im jest silniejsze, tym więcej oślepia wzrok sowy, lub jak słońce, które zaćmiewa władzę wzroku u tego, kto się weń wpatruje, ponieważ siła jego jest większa niż wytrzymałość wzroku.

Tak i owo boskie światło kontemplacji, skoro przenika do duszy, nie będącej jeszcze dostatecznie oświeconą, sprawia w niej ciemności duchowe. Nie tylko bowiem przekracza miarę jej pojemności, lecz również zaciemnia i pozbawia ją możności posługiwania się naturalną inteligencją. Z tych przyczyn św. Dionizy i inni teologowie mistyczni nazywają kontemplację wlaną promieniem ciemności. Odnosi się to do duszy jeszcze nie oczyszczonej i nie oświeconej ostatecznie, w której swoim nadmiernym światłem nadprzyrodzonym zwycięża i wyniszcza jej naturalne siły rozumowe.

Wyraził to Dawid w słowach: “obłok i mgła wokół Niego” (Ps 96, 2), czyli wokół Boga. (…)

4. Jasne jest również, że ta ciemna kontemplacja jest na początku męczarnią duszy. Albowiem boska wlana kontemplacja przynosi z sobą dobro najdoskonalsze, a dusza przyjmująca to dobro, nie będąc jeszcze doskonale oczyszczoną, ma w sobie wiele najgorszej nędzy. Dwie te sprzeczności zatem: dobro najwyższe i nędza największa nie mogą się pomieścić w jednym podmiocie, tzn. w duszy. Z konieczności zatem odczuwa dusza mękę i cierpienie, skoro zwalczają się w niej dwie przeciwności. Jedne występują przeciw drugim, a to z powodu oczyszczania duszy z niedoskonałości, które dokonuje się przez tę kontemplację. (…)

Z tego powodu jest ona na wskroś przejęta swą złością i nędzą. To ciemne boskie światło ukazuje jej naocznie wszystkie te nędze w takim stopniu, iż widzi jasno, że sama z siebie nic uczynić nie może.(…)

5. Tego wszystkiego dokonywa Bóg za pośrednictwem ciemnej kontemplacji. Dusza ogołocona z pojmowań i pozbawiona naturalnego oparcia cierpi w niej próżnię, co jest bardzo bolesne dla niej, coś tak, jakby komuś zatrzymano powietrze lub pozbawiono go oddechu. Nadto doznaje oczyszczenia, które niszczy, opróżnia i niweczy w niej wszystkie przywiązania uczuciowe i niedoskonałe nawyki, jakie zaciągnęła w całym życiu, tak jak ogień wypala zaśniedziałość i rdzę metalu. Ponieważ zaś owe niedoskonałości tkwią korzeniami w samej substancji duszy, odczuwa ona wewnętrzne wyniszczenie i męczarnie. Do tego dołącza się jeszcze ubóstwo i ogołocenie zarówno naturalne, jak i duchowe. Spełnia się na tej duszy to, co mówił Ezechiel: “Zgromadź kości, które ogniem podpalę, rozgotuje się mięso i uwarzy wszystka przyprawa, a kości się zeschną” (Ez 24, 10). W tym porównaniu można zrozumieć wielkość udręczenia, jakie dusza odczuwa w ubóstwie i opróżnieniu jej substancji, tak zmysłowej jak i duchowej. Wyraża to dalej tenże prorok Ezechiel, gdy mówi:
“Wstaw też garniec próżny na węgle, żeby się rozpalił i rozpuściła się miedź jego i rozpłynęły się w nim nieczystości jego, i strawiła się rdza jego” (tamże, w. 11). Również i z tych słów można zrozumieć, jak wielkie utrapienie przechodzi dusza w tym oczyszczającym ogniu kontemplacji. Mówi bowiem prorok, że dla oczyszczenia leżącej na dnie duszy śniedzi odczuć potrzeba, aby ona sama wyniszczyła się niemal i unicestwiła. Tak głęboko bowiem wrosły w nią te namiętności i niedoskonałości.(…)

Św. Jan od Krzyża
Ciemna noc duszy

Poniższy tekst stanowi fragment rozdziału „Gnostycyzm, egzystencjalizm, nihilizm” z książki „Religia gnozy” Hansa Jonasa w tłum. Marka Klimowicza.

(…)Tym, co pierwotne byłoby przeto poczucie absolutnego pęknięcia istniejącego między człowiekiem a miejscem, które odkrywa jako swa tymczasowa siedzibę, czyli światem. Poczucie to zostanie rozwinięte i przybierze formę obiektywnej doktryny. Aspekt teologiczny tej doktryny wskazuje na obcość Boga względem fizycznego świata, na jego całkowite oddzielenie i obojętność wobec niego; wskazuje, że prawdziwy Bóg, w ścisłym sensie pozaświatowy, nie został objawiony przez ów świat, który nawet nie zawiera żadnych oznak mówiących o jego istnieniu i dlatego bóg ten jest Nieznany, całkowicie Inny, niepoznawalny za pomocą żadnych kategorii wziętych ze świata. Stosownie do tego, doktryna w swym aspekcie kosmologicznym głosi, iż świat jest tworem nie Boga, a pewnej niższej zasady, która narzuca światu swe prawo; natomiast jej antropologia stwierdza, iż wewnętrzna jaźń człowieka, pneuma („duch”, który przeciwstawiony zostaje „duszy” = psyche) nie jest częścią świata, nie należy do tworów natury i jej domeny, ale — znajdując się w obrębie świata — jest w tym samym stopniu całkowicie transcendentna i równie niepoznawalna przy użyciu jakichkolwiek światowych kategorii jak jej pozaświatowy odpowiednik — nieznany Bóg na zewnątrz.
W systemach mitologicznych fakt stworzenia świata przez jakąś siłę osobową uważany jest zazwyczaj za rzecz oczywistą, choć niekiedy w jego powstaniu wydaje się mieć udział jakaś niemal bezosobowa konieczność mrocznego impulsu.(…) Ponieważ tego, wobec czego jaźń czuje się tak całkowicie obca, nie mógł stworzyć prawdziwy Bóg, w naturze przejawia się jedynie jej demiurg niskiego pochodzenia: jako moc o wiele niższa od Najwyższego Boga, na którą nawet człowiek może spoglądać z wyżyn swego pokrewnego bogu ducha, owo wypaczenie tego, co boskie, jakim jest demiurg, zachowuje zeń jedynie moc działania, wszelako działania ślepego, w którym wiedza i dobra wola są nieobecne. Dlatego to demiurg stworzył świat z niewiedzy i namiętności.
Świat jest zatem rezultatem czy nawet ucieleśnieniem odwrotności wiedzy. Tym, co objawia, jest nieoświecona a przeto złowroga siła, wywodząca się z ducha nie znoszącej sprzeciwu mocy, z pragnienia, aby rządzić i zniewalać. Nierozumność tego pragnienia jest duchem świata, duchem, który nie ma nic wspólnego z rozumem i miłością. Prawa wszechświata wyrażają tę właśnie nierozumną zasadę a nie boską mądrość. W ten sposób naczelnym rysem kosmosu staje się moc, a jego wewnętrzną istotą jest niewiedza (agnosia). (…)
Ów wszechświat nie posiada już nic z czcigodności greckiego kosmosu. (…) Wprawdzie jest on nadal kosmosem, czyli porządkiem — ale jest to porządek okrutny, obcy dążeniom człowieka. Skazą natury jest nie tyle niedostatek porządku, co nazbyt powszechna jego doskonałość. Daleki od stanu chaosu twór demiurga, choć pozbawiony jest światła wiedzy, jest jednak systemem, którym rządzi prawo. Ale kosmiczne prawo, czczone niegdyś jako wyraz rozumu, z którym rozum ludzki może się kontaktować w akcie poznania, widziane jest teraz jedynie w aspekcie przymusu, który staje na drodze ludzkiej wolności. Kosmiczny logos stoików, który utożsamiany był z opatrznością, zastąpiony zostaje przez haimarmene, przygniatający kosmiczny los.
Owym fatum kierują planety czy ogólnie gwiazdy, które są osobowymi reprezentantami surowego i nienawistnego prawa wszechświata. Zmianę w emocjonalnej treści terminu kosmos obrazuje najlepiej deprecjacja tej części widzialnego świata, która uprzednio uznana była za najbardziej boską, czyli sfer niebieskich. Gwiaździste niebo — które dla Greków począwszy od Pitagorasa było najczystszym ucieleśnieniem rozumu w ujmowanym zmysłowo wszechświecie i rękojmią jego harmonii – patrzyło teraz człowiekowi w oczy nieruchomym wzrokiem obcej potęgi i konieczności. Nie połączone już z człowiekiem więzami pokrewieństwa, choć równie potężne jak kiedyś, stały się gwiazdy tyranami — budzącymi przerażenie, lecz i pogardę, gdyż są od człowieka bytami niższymi. (…) Panujące tu prawo nie ma nic wspólnego z opatrznością i jest wrogie ludzkiej wolności. Pod bezlitosnym niebem, które nie wzbudza już przepojonej czcią ufności, człowiek uświadamia sobie, iż jest zupełnie sam. Otoczony przez nie i poddany jego potędze, a przecież odeń wyższy z racji szlachetności swej duszy, uważa on siebie nie tyle za cześć obejmującego go systemu, ile za istotę w niewytłumaczalny sposób w nim umieszczoną i wydaną na jego pastwę.
I — podobnie jak Pascala — przejmuje go lek. Jego wyjątkowa w skali kosmicznej inność, którą objawia mu owo osamotnienie, znajduje gwałtowny wyraz w uczuciu leku. Lek jako reakcja duszy na jej fakt bycia-w-świecie to powtarzający się wątek w gnostyckiej literaturze. Jest on reakcją jaźni na odkrycie własnej sytuacji, a w rzeczywistości sam jest elementem owego odkrycia: wskazuje na przebudzenie wewnętrznej jaźni z uśpienia i odurzenia przez świat. Wpływ astralnych duchów czy też w ogóle kosmosu nie ma bowiem jedynie charakteru zewnętrznego przymusu, ale w większym jeszcze stopniu polega na przymusie wewnętrznym opartym na alienacji i wyobcowaniu od samego siebie. Stawszy się świadoma siebie samej, jaźń odkrywa również to, że nie kieruje sama własnym losem, lecz że jest raczej bezwolnym wykonawcą zamysłów kosmosu. Z niewoli tej wyzwolić człowieka może wiedza, gnosis, ponieważ jednak kosmos przeciwny jest życiu i duchowi, zbawcza wiedza nie może mieć na celu integracji z kosmiczną całością i dostosowania się do jej praw, do czego zmierzała mądrość stoików, którzy wolności dopatrywali się w świadomej zgodzie na sensowną konieczność cechującą rzeczywistość jako całość. Gnostycy przeciwnie, pragnęli pogłębić alienację człowieka i doprowadzić ją do skrajności, był to bowiem ich zdaniem jedyny sposób, aby wewnętrzna jaźń zdobyła siebie samą. To świat, a nie alienacja wobec niego, musi być przezwyciężony, zaś świat sprowadzony do systemu, opartego na sile może być przezwyciężony tylko przy pomocy siły.(…)
Transcendencja (…) nie jest istotą świata ani jego przyczyną, lecz jego negacją i unieważnieniem. Gnostycki Bóg, jako byt różny od demiurga, jest tym, który jest całkowicie odmienny, inny, nieznany. Podobnie jak w przypadku jego odpowiednika we wnętrzu człowieka, taksonomicznej jaźni czy pneumy, której ukryta natura również objawia się jedynie w formie negatywnego doświadczenia inności, nieokreśloności i otwarte manifestowanej nie dającej się zdefiniować wolności – pojęcie owego Boga zawiera w sobie więcej z nihil aniżeli z ens.(…)
Nasze rozważania prowadzą nas na powrót do dualizmu pomiędzy człowiekiem a physis jako metafizycznego tła nihilizmu. Trudno nie zauważyć kardynalnej różnicy pomiędzy dualizmem gnostyckim a egzystencjalnym: człowiek gnostycyzmu rzucony jest we wrogą, antyboską, a więc i antyludzką naturę, człowiek nowożytny – w naturę obojętną. Jedynie w tym ostatnim przypadku opisana zostaje próżnia absolutna, czeluść rzeczywiście bezdenna. W koncepcji gnostyckiej to, co wrogie, demoniczne, ma charakter czegoś znanego, nawet biorąc pod uwagę jego obcość, a sam ten kontrast nadaje egzystencji kierunek – co prawda negatywny, ale taki, który ma swoje oparcie w negatywnej transcendencji, której jakościowym odpowiednikiem jest pozytywność świata. Tymczasem obojętnej naturze nowożytnej nauki nie przypisuje się już nawet tego nieprzyjaznego charakteru – nie daje ona podstaw do określenia jakiegokolwiek kierunku w ogóle.
Nadaje to nihilizmowi nowożytnemu charakter nieskończenie bardziej krańcowy i rozpaczliwy od tego, jaki kiedykolwiek mógł mieć nihilizm gnostyczny, mimo całego jego przerażenia światem i wyzywającej pogardy wobec jego praw. Fakt, że sama natura jest obojętna, ani wroga ani przyjazna, stwarza prawdziwą otchłań. To, że tylko człowiek jest nieobojętny, że w swej skończoności zwrócony jest wyłącznie ku śmierci, sam na sam ze swoją przygodnością i obiektywnym bezsensem projektowanych przez siebie sensów, to sytuacja doprawdy bez precedensu.(…)

Poniższy tekst stanowi fragment rozdziału „Stworzenie, historia świata i zbawienie w nauce Maniego” z ksiązki „Religia gnozy” Hansa Jonasa w tłum. Marka Klimowicza. Streszcza on mit stworzenia świata w mitologii manichejskiej.
W wyniku pierwotnego ataku Ciemności na Światło, część Światłości zostaje uwięziona w sferze Ciemności, gdzie cierpi ogromną mękę. Miesza się tam z Ciemnością, musi więc być stworzone coś, co pozwoli je od siebie na powrót oddzielić – wszechświat:

Stworzenie makrokosmosu
(…) Pierwszym krokiem było oddzielenie przez Żyjącego Ducha, w towarzystwie bogów, „mieszaniny” [światła i ciemności] od głównej masy Ciemności. Następnie „Król Światłości nakazał mu stworzyć obecny świat i uformować go z tych zmieszanych cząstek, aby wyzwolić owe cząstki Światłości od cząstek ciemnych”. W tym celu pokonano Archontów [ -strażników, demoniczne istoty], którzy wchłonęli Światłość [w swe ciała], zaś z ich skór i ciał uczynione zostało niebo i ziemia. Chociaż mówi się, iż Archonci przywiązani są do firmamentu (pozostając nadal złączeni ze swymi rozpiętymi skórami, które tworzą niebo), i choć mówi się również, że z ich mięsa i kości ukształtowane zostały ziemia i góry, bieg wydarzeń nie pozostawia wątpliwości, że wszystko to nie pozbawia ich demonicznego życia i że Ciemność w ogóle nie traci nic ze swej zdolności działania. Wszelako obraz ten niezwykle sugestywnie wyrażał charakterystyczne dla manichejskiego pesymizmu negatywne widzenie świata: wszystkie części natury, które nas otaczają pochodzą z nieczystych zwłok złych mocy. Jak to lapidarnie ujmował pewien persko-manichejski tekst, „świat jest ucieleśnieniem Arcy-Arymana [boga ciemności]“. Jest on wszakże również więzieniem dla mocy Ciemności, zamkniętych teraz w jego obrębie, z drugiej natomiast strony jest on dla Duszy miejscem oczyszczenia się(…).
Wszelako utworzenie makrokosmosu wybawia jedynie niewielką cząstkę Światłości, „cała reszta jest nadal w niewoli, uciskana i pohańbiona”, a jej położenie opłakują niebianie.

Trzecie stworzenie: Wysłannik
„Wówczas Matka Życia, Pierwszy Człowiek i Żyjący Duch wznieśli się w modlitwie i zaklinali Ojca Wielkości: ‘O, stwórz nowego boga i poucz go, by zstąpił w dół i zobaczył ów loch Demonów, i aby ustanowił roczny obrót Słońca i Księżyca i ochronę dla nich, i aby stał się wyzwolicielem i zbawcą owej światłości bogów, która od początku wszechrzeczy była zdobyczą Arymana, Demonów [etc.], i którą nawet obecnie trzymają w niewoli. Niech będzie wybawcą także tej światłości, która uwięziona jest w kosmicznych sferach nieba i ziemi i tam cierpi. Niech wiatrowi, wodzie i ogniowi przygotuje drogę i szlak wiodący do Najwyższego’. A Ojciec wielkości wysłuchał ich i powołał Wysłannika jako trzecie stworzenie. (…)”. Wysłannik udaje się ku statkom Światłości, które do tej pory stały w pogotowiu, uruchamia je i inicjuje obrót sfer. Obrót ten staje się narzędziem kosmicznego procesu zbawienia(…). Jest on mechanizmem służącym separacji i przeniesieniu uwięzionej w naturze Światłości ku górze.

Powstanie roślin i zwierząt
Jednakże Wysłannik próbuje najpierw drogi krótszej: „Kiedy statki dotarły do środka niebios, Wysłannik objawił swoje formy męskie i żeńskie i stał się widzialny dla wszystkich Archontów, dzieci Ciemności, męskich i żeńskich. A na widok Wysłannika, którego formy były piękne, wszyscy Archonci zapałali żądzą do niego, męscy do jego postaci żeńskiej, zaś żeńscy do męskiej. A ogarnięci chucią zaczęli uwalniać Światło Pięciu Świetlistych Bogów, których pożarli”. (…) Oswobodzone Światło przyjmują aniołowie Światłości, oczyszczają go i załadowują na „statki”, które przeniosą go do jego ojczyzny. Ale problematyczny wybieg zastosowany przez Wysłannika, okazuje się być bronią obosieczną, ponieważ wraz ze Światłem z „ciała” Archontów wymyka się również taka sama ilość substancji ciemnej („grzechu”) i, przemieszana ze Światłem, także usiłuje przedostać się na statki Wysłannika. Świadomy tego Wysłannik ponownie ukrywa swą formę i, na ile to możliwe, rozdziela wytrysłą na podobieństwo nasienia mieszaninę. Podczas gdy czystsze cząsteczki wnoszą się w górę, części zanieczyszczone, tzn. zbyt ściśle powiązane z „grzechem”, spadają w dół na ziemię, gdzie ta — będąca wciąż mieszaniną — substancja formuje świat roślinny. A zatem wszystkie rośliny, „zboże, zioła i wszystkie korzenie i drzewa są stworami Ciemności a nie Boga, natomiast w tych formach i rodzajach rzeczy Bóstwo jest uwięzione”. Podobne pochodzenie, choć jeszcze bardziej nikczemne, przypisane zostaje światu zwierzęcemu, który powstał z poronionych na widok Wysłannika płodów córek Ciemności, i który również więzi świetlistą substancję.’”

Stworzenie Adama i Ewy
Krótkotrwale objawienie przez Wysłannika jego form nie tylko prowadzi do powstania nowych rodzajów uwięzienia Światłości, ale również podsuwa Ciemności pomysł ostatniego i najbardziej skutecznego sposobu zachowania zagrożonej zdobyczy [tj. światłości], mianowicie przez związanie jej z formą najbardziej do niej dostosowaną. Formę ową zasugerował jej widok ujrzanej przez nią samej formy boskiej. Przewidywanie, że ciągły obrót sfer niebieskich doprowadzi ostatecznie do utraty całego Światła; ambicja stworzenia czegoś, co dorównywałoby tamtej wizji; nadzieja na wynalezienie w ten sposób najbezpieczniejszego więzienia dla obcej siły; i wreszcie pragnienie, aby w tym świecie posiadać jakiś substytut nieosiągalnej w inny sposób boskiej postaci, którą można rozporządzać i dzięki której można się czasem uwolnić od odrażającego towarzystwa istot tego samego rodzaju — wszystkie te motywy wpływają na to, iż Król Ciemności stwarza Adama i Ewę na podobieństwo tamtej przepięknej formy i napełnia ich całym Światłem, jakie pozostało mu jeszcze do dyspozycji. Opis tej prokreacji jest wielce odpychający, mowa jest w nim o kopulacji demonów męskich i żeńskich, o tym jak ich Król pożera ich własne potomstwo, itp. Natomiast sprawą najważniejszą, jaką fantazja ta wnosi do samej doktryny jest to, że podczas gdy powstanie roślin i zwierząt było niezaplanowane, było przypadkowym efektem spowodowanym taktycznymi posunięciami Światłości, stworzenie człowieka jest zamierzonym kontrposunięcicm Ciemności w obliczu strategii Światłości – niewątpliwie posunięciem pierwszorzędnym. Wykorzystanie zaś w tym celu samej formy boskiej w pomysłowy sposób przekształca największe zagrożenie dla panowania Ciemności w jej główną broń przeciw Światłości. Oto co zostało z biblijnej idei stworzenia człowieka na obraz boży! „Obraz” stał się narzędziem w rękach Ciemności, naśladownictwo nie tylko formą bluźnierstwa jako takiego, ale diabelską sztuczką skierowaną przeciw pierwowzorowi. Wszystkie bowiem źródła zgodne są co do tego, że skoro celem Ciemności jest przede wszystkim „niedopuszczenie do rozdzielenia Światła i Ciemności”, to w imitacji formy boskiej można było w postaci „duszy” uwięzić szczególnie dużą cząstkę Światłości i skuteczniej niż w jakiejkolwiek innej formie można ją było tam zatrzymać. (…)
Ludzkie ciało jest substancją diabelską i — co nadaje mu charakter bardziej demoniczny niż posiada go świat — jest rezultatem diabelskiego zamysłu. (…)

Dlaczego nie chcemy zaakceptować, że żywa medytacja nad śmiercią – tym najniebezpieczniejszym z zagadnień – jest możliwa do utrzymania? Śmierć nie jest czymś z zewnątrz, czymś ontologicznie różnym od życia, ponieważ śmierć niezależna od życia nie istnieje. Dostąpienie śmierci nie oznacza, jak się powszechnie wierzy (szczególnie chrześcijanie), wykonania ostatniego oddechu i przeniesienia się do obszaru jakościowo różnego od życia. Oznacza raczej odkrycie drogi ku śmierci w biegu życia; odnalezienie we wszelkich oznakach życia immanentnej otchłani śmierci. Dla chrześcijaństwa i innych metafizycznych wierzeń w nieśmiertelność, dostąpienie śmierci jest triumfem, otwarciem ku innym obszarom metafizycznie różnym od życia. Dla mnie jednak jest przeciwnie, prawdziwy sens agonii zdaje się leżeć w odkryciu, że śmierć jest immanentną częścią życia…
Dojrzeć, jak śmierć rozprzestrzenia się po świecie, jak zabija drzewo i przenika sen, jak wysusza kwiat czy cywilizację, jak zżera jednostkę czy kulturę niczym rdza, oznacza być poza łzami czy żalem, poza systemem i formą. Ten, kto nie doświadczył straszliwej agonii śmierci wypływającej i rozlewającej się jak krew, będącej jak duszący uścisk węża powodującego przerażające halucynacje, ten nie zna demonicznego charakteru życia i stanu wewnętrznego wrzenia, z którego powstaje wielkie przeobrażenie. Taki stan czarnego pijaństwa jest koniecznym warunkiem zrozumienia dlaczego ktoś pragnąłby natychmiastowego końca tego świata. To nie w świetlistym pijaństwie ekstazy niebiańskie wizje porywają swą wspaniałością wznosząc cię ku czystości sięgającej niematerialności, a w obłąkańczym, niebezpiecznym, rujnującym i wymęczającym czarnym pijaństwie, w którym śmierć ukazuje się ze straszliwą pokusą swych koszmarnych wężowych oczu. Doświadczyć takich wrażeń i obrazów oznacza być tak blisko samej esencji rzeczywistości, że zarówno życie jak i śmierć zrzucają swe iluzje, przybierając w tobie najdramatyczniejszą z form. Wyniosła agonia łączy życie i śmierć w straszliwym wirze. Życie jako powolna agonia na swej drodze ku śmierci to nic innego jak kolejna manifestacja demonicznej dialektyki życia, w której formy rodzą się tylko po to, by być niszczone…
Poczucie nieodwołalnego, które jawi się jako nieuchronna konieczność podążania wbrew swym wewnętrznym tendencjom, pojąć można tylko poprzez demoniczność czasu. Przekonanie, że nie ma ucieczki przed nieubłagalnym losem i że czas nie może uczynić nic innego niż odsłonić ten dramatyczny proces rozpadu, jest wyrazem nieodwołalnej agonii. Czyż nicość nie jest wówczas zbawieniem? Lecz jak zbawienie może leżeć w nicości? Jeśli zbawienie jest niemal niemożliwe przez istnienie, jak miałoby być możliwe przez całkowity brak istnienia?
Czy to możliwe, by istnienie było naszym wygnaniem a pustka naszym domem?

Emil Cioran
- Na szczytach rozpaczy (fragm.)