Archiwum dla kategorii Iluzja
29
04
2008
Napisał Uriel w kategorii Iluzja
Różne przedmioty jawią się świadomości jako składowe różnych sfer rzeczywistości. Ludzie, z którymi mam do czynienia w ramach życia codziennego, rozpoznaję jako należących do całkiem odmiennej rzeczywistości niż ukazujące mi się we śnie postaci pozbawione ciał. Te dwa zbiory przedmiotów wprowadzają do mojej świadomości zupełnie odmienne napięcia i zupełnie odmienne są też sposoby, w jakie obdarzam je uwagą. Tak więc moja świadomość potrafi poruszać się w różnych sferach rzeczywistości. Mówiąc inaczej, jestem świadomym świata jako składającego się z wielu rzeczywistości. Jeżeli przenoszę się z jednego świata do innego, doświadczam takiego przejścia w postaci swego rodzaju szoku. Szok ten, jak można sądzić, jest spowodowany zmianą w ukierunkowaniu uwagi, którą pociąga owo przejście. Zmianę tę ilustruje najprościej przebudzenie się ze snu.
Wśród wielu rzeczywistości jest jedna, która jawi się jako rzeczywistość par excellence. Jest to rzeczywistość życia codziennego. Jej uprzywilejowane miejsce upoważnia do przyznania jej miana rzeczywistości podstawowej. (…)
Rzeczywistość życia codziennego jest przyjmowana bez zastrzeżeń jako rzeczywistość. Nie wymaga dodatkowych weryfikacji wykraczających ponad czy poza swoją obecność. Po prostu tam jest jako oczywista i nieodparta sfera faktów. Wiem, że jest ona rzeczywista. Jakkolwiek jestem zdolny zwątpić w jej realność, muszę pozbyć się tych wątpliwości, ponieważ ta realność jest zrutynizowanym życiem codziennym, w którym istnieję. Tłumienie wątpliwości jest tak zdecydowane. że aby wątpić, musiałbym zdobyć się na radykalne zmiany, sięgając — powiedzmy — do teoretycznej albo religijnej kontemplacji. Świat życia codziennego narzuca się sam i jeżeli chce się przeciwstawić tej jego autoproklamacji, muszę podjąć świadomie zamierzony i wcale niełatwy wysiłek. (…)
Jednakże nawet oczywista sfera rzeczywistości życia codziennego jest taką do czasu, mianowicie tak długo, jak długo jej trwania nie przerwie pojawienie się problemu. Kiedy to się stanie, rzeczywistość życia codziennego usiłuje zintegrować sferę stwarzającą problemy z tym, co jest już oczywiste. Wiedza potoczna zawiera rozmaite instrukcje, powiadające jak można to zrobić. Na przykład, inni, z którymi pracuję, nie stwarzają mi problemów, dopóki wykonują swe zwykłe, zrutynizowane, przyjmowane bez zastrzeżeń czynności, powiedzmy, piszą na maszynie przy sąsiednim biurku w moim pokoju. Natomiast kiedy zrutynizowane czynności przerywają — przykładowo — zbierając się w kącie i szepcząc, w poszukiwaniu znaczeń owego nietypowego postępowania odwołuję się do mojej wiedzy potocznej, która potrafi podsunąć mi rozmaite możliwości reintegracji tego postępowania z oczywistymi, zrutynizowanymi czynnościami życia codziennego: mogą oni naradzać się, jak naprawić zepsutą maszynę do pisania, albo ktoś z nich mógł otrzymać jakieś pilne polecenie od szefa itd. Z drugiej strony, mogę stwierdzić, że omawiają oni zarządzenie związku zawodowego o strajku, coś, co znajduje się jeszcze poza moim doświadczeniem, choć ciągle w sferze wątpliwości, z którymi moja wiedza potoczna może sobie poradzić. Potraktuje to ona jednakże raczej jako problem, niż włączy po prostu w oczywistą sferę życia codziennego. Jeżeli wszakże dojdę do wniosku, że moi koledzy popadli w zbiorowe szaleństwo, pojawi się problem zupełnie innego rodzaju. Będzie to problem, który przekroczy granicę rzeczywistości życia codziennego i będzie się odnosić do rzeczywistości całkowicie odmiennej. Moje stwierdzenie, że koledzy oszaleli, implikuje ipso facto, że odeszli oni do świata, który nie jest już powszechnym światem życia codziennego.
W porównaniu do rzeczywistości życia codziennego, inne jawią się jako ograniczone obszary znaczeń, enklawy w obrębie rzeczywistości podstawowej, wyróżniające się zawężonymi znaczeniami i sposobami doświadczenia. Rzeczywistość podstawowa otacza je najczęściej ze wszystkich stron, a świadomość wraca do niej jak z wycieczki. Widać to wyraźnie już na podstawie dotychczasowych przykładów: czy będzie to rzeczywistość snów, czy myśli teoretycznej. Podobne „podróże” występują między światem życia codziennego i światem zabawy i to zarówno w przypadku bawiących się dzieci, jak — i to nawet wyraźniej — w przypadku dorosłych. Jeśli mowa o dorosłych, doskonałej ilustracji takiej zabawy dostarcza teatr. Przejście między rzeczywistościami jest zaznaczone przez podnoszenie i opuszczanie kurtyny. Kiedy kurtyna podnosi się, widz jest „przenoszony do innego świata”, z własnymi znaczeniami i porządkiem, który albo ma, albo nie ma czegoś wspólnego z porządkiem życia codziennego. Kiedy kurtyna opada, widz „wraca do rzeczywistości”, to znaczy do podstawowej rzeczywistości życia codziennego, w porównaniu z którą rzeczywistość przedstawiona na scenie, bez względu na to, z jaką sugestywnością oddziaływała parę chwil wcześniej, jawi się teraz jako blada i efemeryczna. (…)
W społecznym procesie utrzymania rzeczywistości można rozróżnić znaczących innych i mniej ważnych innych. Wszyscy albo przynajmniej większość innych napotykanych przez jednostkę w życiu codziennym służą w istotny sposób potwierdzeniu jej rzeczywistości subiektywnej. Dzieje się to nawet w tak ,,mało znaczących” sytuacjach jak dojazdy pociągiem podmiejskim. Jednostka może w pociągu nikogo nie znać i z nikim nie rozmawiać, a mimo to tłum współdojeżdżających potwierdza zasadniczą strukturę życia codziennego. Swoim ogólnym zachowaniem współdojeżdżający wyrywają jednostkę z bladej rzeczywistości zaspanego poranka i głoszą w całkiem zdecydowany sposób, że świat składa się z poważnych ludzi jadących do pracy, z odpowiedzialności i planów, z kolei dojazdowej i „New York Times’a”. Ten ostatni potwierdza jednostce współczynniki jej rzeczywistości o najszerszym zakresie. Gazeta — począwszy od prognozy pogody, a skończywszy na ogłoszeniach o pracy - upewnia ją, że znajduje się w najbardziej rzeczywistym świecie. Równocześnie potwierdza mniej niż realny status napawających lękiem przeżyć doświadczanych przed śniadaniem: obcy, przedmiotów, które powinny być dobrze znane, doświadczony po przebudzeniu się ze złego snu szok, spowodowany nierozpoznaniem własnej twarzy w łazienkowym lustrze, w chwilę później trudne do wyrażenia podejrzenie, że własna żona i dzieci to tajemniczy nieznajomi. Większość ludzi podlegających takiej metafizycznej grozie potrafi w jakimś stopniu się jej pozbyć podczas wypełniania zwykłych rytuałów porannych, tak że w momencie, gdy stają w drzwiach wyjściowych, rzeczywistość życia codziennego jest przynajmniej wstępnie przywrócona. Jednak dopiero w anonimowej społeczności dojazdowego pociągu rzeczywistość zaczyna się w pełni ustalać. Kiedy pociąg wjeżdża na Dworzec Centralny, staje się ona przemożna. Ergo sum, może teraz szepnąć sobie jednostka, i podążać do biura całkowicie przytomna i pewna siebie.
-P. L. Berger, T. Luckmann - “Społeczne tworzenie rzeczywistości”
Brak komentarzy »
13
08
2007
Napisał Uriel w kategorii Iluzja
Taki oto jest zwyczajny, przeciętny człowiek – nieświadomy niewolnik, całkowicie oddany służbie celom wszechświata, które są obce jego własnej, osobistej indywidualności.
Może on przeżyć wszystkie swoje lata takim, jakim jest i jako taki być zniszczony na zawsze.
Jednocześnie Wielka Natura dała mu jednak możliwość stania się czymś więcej niż zaledwie narzędziem całkowicie podległym owym obiektywnym celom wszechświata, gdyż służąc Jej i urzeczywistniając to, co zostało mu przeznaczone – jak każde oddychające stworzenie – może on w tym samym czasie pracować dla siebie, dla swojej własnej, egoistycznej indywidualności.
Możliwość ta dana była także pod służbę celom powszechnym, ponieważ tacy relatywnie wyzwoleni ludzie są konieczni do utrzymania równowagi owych obiektywnych praw.
Choć wspomniane wyzwolenie jest możliwe, trudno orzec czy dany człowiek ma szansę go dostąpić.
Istnieje masa powodów, które mogą to uniemożliwić; co więcej, w większości wypadków nie zależą one ani osobiście od nas, ani od wielkich praw, a od różnych przypadkowych warunków naszego wzrastania i kształcenia, z których główne to dziedziczenie oraz okoliczności, w jakich przebiega „wiek przygotowawczy”. Już same te niepodlegające kontroli warunki mogą uniemożliwić wyzwolenie.
Główną przeszkodą na drodze do wyzwolenia z całkowitej niewoli jest konieczność by z intencją płynącą z własnej inicjatywy i wytrwałości i podtrzymaną przez własne wysiłki, to znaczy nie wynikającej z woli cudzej, tylko własnej, uzyskać całkowite wykorzenienie ze swej obecności zarówno utrwalonych konsekwencji pewnych właściwości czegoś, co nasi przodkowie nazywali narządem Kundabufor, jak również predyspozycji do tych konsekwencji, mogących ponownie powstać w przyszłości.
Abyś miał choćby przybliżone zrozumienie tego dziwnego narządu wraz z jego właściwościami, oraz objawów konsekwencji jego właściwości wewnątrz nas, musimy zatrzymać się trochę dłużej nad tą kwestią i omówić ją nieco bardziej szczegółowo.
Wielka Natura w swej dalekowzroczności i z wielu ważnych powodów (których teoretyczne wyjaśnienie przedstawione będzie w późniejszych wykładach), była zmuszona umieścić w zbiorczych obecnościach naszych odległych przodków ten właśnie narząd, którego właściwości chroniły ich przed możliwością ujrzenia i poczucia czegokolwiek tak, jak przebiega to w rzeczywistości.
Choć narząd ten był później również „usunięty” przez Wielką Naturę z ich zbiorczych obecności, to jednak dzięki kosmicznemu prawu wyrażonemu w słowach „asymilacja rezultatów często-powtarzanych czynów” – zgodnie z którym to prawem częste powtarzanie jednego i tego samego czynu rodzi w każdym z „koncentratów świata” predyspozycję, by wraz z zaistnieniem określonych warunków dawać podobne [jak tamtych czynów] rezultaty – ta zrodzona u naszych przodków, wynikła z owego prawa predyspozycja, przekazywana była dziedzicznie z pokolenia na pokolenie, tak, że kiedy ich potomkowie w toku swej zwyczajnej egzystencji stworzyli liczne warunki odpowiednie by przywołać rezultaty wynikające z wcześniej wspomnianego prawa, tak od tamtego czasu, w efekcie różnych właściwości wykształconych u nich przez ów narząd asymilowanych wraz z przekazem dziedzicznym z pokolenia na pokolenie, ostatecznie uzyskali oni niemal te same objawy, jak te będące udziałem ich przodków.
Przybliżone zrozumienie objawów tych konsekwencji wewnątrz nas może być wywiedzione z dalszego faktu, doskonale pojmowalnego dla naszego Rozumu i będącego po za wszelką wątpliwością.
Wszyscy my ludzie jesteśmy śmiertelni i każdy człowiek może umrzeć w dowolnej chwili.
Powstaje teraz pytanie, czy człowiek naprawdę może wyobrazić sobie i, by tak rzec, „doświadczyć” w swej świadomości proces swojej własnej śmierci?
Nie! Jakkolwiek by tego pragnął, człowiek nigdy nie może wyobrazić sobie swej własnej śmierci ani też doświadczania jej procesu.
Zwyczajny, współczesny człowiek może wyobrazić sobie śmierć kogoś innego, choć nawet tego nie może dokonać w pełni.
Wyobraża sobie na przykład, że pewien pan Smith opuszcza teatr i przechodząc skrzyżowanie, wpada pod samochód i zostaje zmiażdżony na śmierć.
Albo że zerwany przez wiatr szyld spada na głowę akurat przechodzącego pana Jonesa i zabija go na miejscu.
Albo że pan Brown, po zjedzeniu nieświeżej langusty dostaje zatrucia i jako że nie ma nikogo kto mógłby go ocalić, umiera następnego dnia.
Każdy może z łatwością wyobrazić sobie wszystkie te sytuacje. Lecz czy przeciętny człowiek może rozważać tę samą możliwość dla samego siebie, tak jak dla pana Smitha, pana Jonesa i pana Browna, oraz poczuć i przeżyć całą rozpacz wynikającą z faktu, że wydarzenia te mogą przydarzyć się właśnie jemu?
Pomyśl, co stałoby się z człowiekiem, który wyobraża sobie wyraźnie i przeżywa nieuchronność swojej własnej śmierci.
Jeśli rozmyśla poważnie i naprawdę jest w stanie wejść w to głęboko, i poznać swoją własną śmierć, czy mogłoby istnieć coś bardziej przerażającego?
W zwykłym życiu, a szczególnie w ostatnich czasach, prócz przygnębiającego faktu nieuchronności nadchodzącej niezawodnie śmierci, w rzeczy samej istnieje dla ludzi mnogość podobnych faktów i samo tylko realne wyobrażenie sobie możliwości ich doświadczenia wystarczy, by wywoływać w nas uczucie cierpienia całkowicie niewyrażalnego i nie do zniesienia.
Załóżmy, że ci ze współczesnych ludzi, którzy całkiem już utracili możliwość posiadania jakiejkolwiek obiektywnej nadziei na przyszłość, inaczej mówiąc tacy, którzy w trakcie swego odpowiedzialnego życia nigdy niczego nie „zasiali” i w rezultacie nie mają niczego do „zebrania” na przyszłość – załóżmy, że poznaliby oni nieuchronność swej rychłej śmierci, wówczas samo tylko doświadczenie tego w myślach doprowadziłoby by ich do samobójstwa.
Specyfika działania konsekwencji właściwości wcześniej wspomnianego narządu na zwyczajną ludzką psychikę polega na tym, że dzięki nim nie powstaje pośród większości współczesnych ludzi – owych bytów o trzech mózgach, w których położone zostały wszystkie nadzieje i oczekiwania naszego STWÓRCY jako możliwych sług dla wyższych celów – świadomość któregokolwiek z tych źródeł autentycznej grozy, pozwalając im w spokoju trwać w ich egzystencji, nieświadomie wypełniając to, co zostało im przeznaczone, służąc jednak tylko najbliższym, najbardziej pilnym celom Natury, jako że w efekcie swego niewłaściwego, nienormalnego życia, utracili oni w międzyczasie wszelką możliwość służby celom wyższym.
Dzięki tym konsekwencjom, w psychice owych ludzi nie tylko nie powstaje świadomość żadnego z tych źródeł autentycznej grozy, ale również odwiecznie wymyślają oni wszelkiego rodzaju, wiarygodne dla ich naiwnej logiki, fantastyczne wytłumaczenia dla zarówno tego, co odczuwają, jak i tego, czego wcale nie odczuwają.
Przypuśćmy na przykład, że odpowiedź na pytanie o naszą niezdolność do prawdziwego odczuwania różnych możliwych źródeł autentycznej grozy, a w szczególności swojej własnej śmierci, stało się, by tak rzec, „palącym pytaniem dnia” – co się zdarza w przypadku pewnych pytań współczesnego życia ludzi – wówczas z całym prawdopodobieństwem wszyscy współcześni ludzie, zarówno zwyczajni śmiertelnicy, jak ci i tak zwani „wykształceni”, zaproponowaliby kategorycznie rozwiązanie, w które nie wątpiliby ani chwili: opluwając się poczęliby udowadniać, że tym, co naprawdę powstrzymuje ludzi przed doświadczeniem takich źródeł grozy, jest ich własna „wola”.
Lecz jeśli przyznać temu rację, to czemu ta sama domniemana wola nie chroni nas przed wszystkimi tymi małymi lękami, których doświadczamy na każdym kroku?
Aby wyczuć i zrozumieć całym swoim istnieniem to, o czym teraz mówię, nie zaś tylko zrozumieć tym twoim, by tak rzec, „umysłowym cudzołóstwem”, które ku nieszczęściu naszych przodków stało się dominującym dziedzictwem współczesnych ludzi, wyobraź sobie następującą rzecz:
Dzisiaj, po lekturze, wracasz do domu, rozbierasz się i kładziesz do łóżka, ale jak tylko nakrywasz się kołdrą, spod poduszki wyskakuje mysz i przebiegając po twoim ciele, nurkuje w fałdy twojej kołdry.
Przyznaj szczerze, czy dreszcz nie przebiegł po twoim ciele zaledwie na samą myśl o takiej możliwości?
Czyż nie?
A teraz spróbuj proszę zrobić wyjątek i bez udziału jakiejkolwiek, by tak rzec, „subiektywnej emocjonalności”, która się w tobie utrwaliła, samą tylko myślą przedstaw sobie ten możliwy wypadek, a będziesz zdumiony że reagujesz na to w ten sposób.
Cóż jest w tym tak przerażającego?
To tylko zwyczajna domowa mysz, najbardziej bezbronna i niegroźna z bestii.
Pytam cię więc teraz, w jaki sposób wszystko to, co zostało powiedziane, może zostać wytłumaczone przez wolę, której istnienie zakłada się w każdym człowieku?
W jaki sposób można pogodzić ze sobą to, że człowieka przeraża mała, bojaźliwa mysz, najbardziej przestraszone ze stworzeń, oraz tysiące innych podobnych temu błahostek, które mogą się nigdy nie wydarzyć, a mimo to nie doświadcza on grozy w obliczu nieuchronności własnej śmierci?
W każdym razie, nie da się wytłumaczyć tej oczywistej sprzeczności za pomocą tak osławionej ludzkiej woli.
Jeśli rozważyć tę sprzeczność otwarcie i bez żadnych uprzedzeń, to znaczy bez udziału jakichkolwiek gotowych opinii zaczerpniętych z przemądrzania się różnego rodzaju tak zwanych „autorytetów”, którzy to przeważnie stali się nimi dzięki naiwności ludzi i ich „instynktowi stadnemu”, jak również będących efektem nieprawidłowej edukacji odciśniętym na naszym myśleniu, staje się wówczas niepodważalnie oczywiste, że wszystkie te źródła grozy nie rodzące w człowieku impulsu by, jak wcześniej powiedziano, popełnić samobójstwo, dopuszczane są przez Samą Naturę w zakresie niezbędnym dla procesu zwyczajnego istnienia.
I rzeczywiście, bez wszystkich tych w obiektywnym sensie błahostek, lecz które nam jawią się jako „niebywała groza”, nie mogłyby w nas zachodzić żadne doświadczenia, takie jak radość, smutek, nadzieja, rozczarowanie, i tak dalej, nie moglibyśmy też mieć wszystkich tych trosk, zmagań i ogólnie wszelkiego rodzaju impulsów zmuszających nas do działań, by starać się coś osiągnąć i walczyć o jakiś cel.
To właśnie sam ów ogół wszystkich tych automatycznych, by tak rzec, „dziecinnych doświadczeń” powstających i przebiegających w przeciętnym człowieku, z jednej strony tworzy i podtrzymuje jego życie, a z drugiej nie daje mu czasu ani możliwości by dojrzeć i poczuć rzeczywistość.
Gdyby przeciętnemu, współczesnemu człowiekowi dano możliwość by poczuć lub pamiętać, choćby tylko w myśli, że w określonym, znanym dniu, na przykład jutro, za tydzień lub za miesiąc, albo nawet za rok czy dwa przyjdzie mu umrzeć i to umrzeć z całą pewnością, cóż pozostaje, można by spytać, z tego co do tej pory wypełniało i stanowiło jego życie?
Wszystko utraciłoby dla niego swój sens i znaczenie. Jaką ważność miałoby otrzymane wczoraj odznaczenie w zamian za długą służbę, które to wcześniej dawało mu taką uciechę? Albo to ostatnio dostrzeżone, tak pełne obietnic spojrzenie kobiety, będącej od dawna przedmiotem jego ciągłych i bezowocnych tęsknot? A gazeta do jego porannej kawy, albo to promienne pozdrowienie od sąsiada na schodach? Teatr pod wieczór, odpoczynek i sen, wszystkie te jego ulubione rzeczy – jaka zostałaby po nich wartość?
Nie miałyby już tego znaczenia, które dane im było wcześniej, nawet gdyby człowiek wiedział że śmierć dopadnie go dopiero za pięć czy sześć lat.
Krótko mówiąc, patrzenie swej własnej śmierci, jak to się mówi, „w twarz”, jest czymś, czego przeciętny człowiek ani nie może, ani nie powinien robić – wyszedłby wówczas, by tak rzec, „ze swoich głębin” i powstało by przed nim wyraźne pytanie: „Dlaczego więc mamy trudzić się i cierpieć?”
Dokładnie po to aby takie pytanie nie powstało, Wielka Natura, przekonawszy się iż w zbiorczych obecnościach większości ludzi przestały już istnieć jakiekolwiek czynniki do zaistnienia chlubnych cech właściwych istotom o trzech centrach, opatrznie i mądrze ochroniła je, pozwalając by powstały w nich takie rozmaite konsekwencje niechlubnych cech niewłaściwych istotom o trzech centrach, które w obliczu braku odpowiedniego urzeczywistnienia prowadzą do tego, że ani nie postrzegają, ani nie odczuwają one rzeczywistości.
I Wielka Natura zmuszona była dostosować się do tej, w obiektywnym sensie, anomalii, gdyż będąca rezultatem zwyczajnych, ustanowionych przez samych ludzi warunków ich życia, pogarszająca się jakość ich promieniowania potrzebnego Wyższym Powszechnym Kosmicznym Celom, wymagała natychmiastowego wzrostu narodzin i ilości tego życia.
Prowadzi to do wniosku, że życie w ogólności dane jest ludziom nie dla nich samych, a dlatego, że jest ono potrzebne wcześniej wspomnianym Wyższym Kosmicznym Celom, w efekcie czego Wielka Natura czuwa nad tym życiem, aby mogło ono płynąć w mniej lub bardziej znośnej formie, oraz dba, by nie zakończyło się przedwcześnie.
Czyż my ludzie sami nie karmimy, czuwamy i dbamy o nasze owce i świnie, i czynimy ich życie tak wygodnym jak to możliwe?
Czy robimy to wszystko ponieważ cenimy ich życie dla niego samego?
Nie! Robimy to wszystko po to, aby pewnego pięknego dnia zarżnąć je i pozyskać potrzebne nam mięso, wraz z możliwie największą ilością tłuszczu.
W ten sam sposób Natura podejmuje wszelkie środki aby upewnić się, że będziemy przeżywać nasze życie niepomni jego grozy, a także abyśmy nie popełniali samobójstwa, tylko żyli długo; a potem, kiedy jesteśmy potrzebni, zarzyna nas.
W ustanowionych warunkach zwyczajnego ludzkiego życia, stało się to już niezmiennym prawem Natury.
Istnieje pewien wielki zamysł dla naszego życia i musimy wszyscy służyć temu Wielkiemu Powszechnemu Celowi – leży w tym cały sens i przeznaczenie naszego życia.
Wszyscy ludzie bez wyjątku są niewolnikami tej „Wielkości” i, chcąc nie chcąc, wszyscy zmuszeni są podporządkować się, i wypełniać bez kompromisu czy stawiania żadnych warunków to, co zostało nam dziedzicznie przeznaczone.
- Beelzebub’s Tales to his Grandson
G. I. Gurdżijew
Brak komentarzy »
05
07
2007
Napisał Uriel w kategorii Iluzja
JAK możemy sobie udowodnić, że w danej chwili nie śnimy? Okoliczności życiowe są czasem równie fantastyczne i zmieniają się równie gwałtownie jak okoliczności snu. Co by było, gdyby zdarzyło się nam obudzić i ujrzeć, że nasze życie na jawie było snem, a nasz obecny sen i śnienie są zaledwie snami w śnie?
Istnieje tradycyjna doktryna, zazwyczaj wiązana z religią, choć obecnie wkraczająca także do światowej literatury, głosząca że nasza obecna jawa wcale nie jest jawą. Z pewnością nie jest to zwyczajny nocny sen, somnambulizm ani lunatykowanie, lecz jak powiadają tradycje, szczególna forma snu porównywalna do hipnotycznego transu lub hipnozy, w której nie ma jednak żadnego hipnotyzera, a jedynie sugestia lub auto-sugestia. W pierwszej kolejności, to jest od chwili narodzin, znajdujemy się pod wpływem sugestii, że nie jesteśmy w pełni świadomi. Powszechnie sugeruje się naszej świadomości, że musimy śnić taki sam sen o świecie jak nasi rodzice. Co łatwo zauważyć, małym dzieciom początkowo trudno jest odróżnić ich własny sen na jawie, od snu, w którym żyją ich rodzice. W późniejszym dzieciństwie, pierwotna sugestia zastępowana jest przez autosugestię, w stanie której trwamy w sposób mniej lub bardziej ciągły. Nasi przyjaciele i sąsiedzi, wszystkie przedmioty które postrzegamy, działają jak środek nasenny i sugerują kolejne sny. Przestajemy już, jak we wczesnym dzieciństwie, przecierać oczy w zwątpieniu w realność postrzeganej rzeczywistości. Stajemy się w pełni przekonani nie tylko że jest ona rzeczywista, ale że nie ma żadnej innej. Śnimy nie poddając w wątpliwość naszej jawy.
Religia, co oczywiste, zakłada że śmiertelne życie jest pewnego rodzaju snem, z którego można się obudzić do życia wiecznego. Nowy testament na przykład ciągle korzysta z obrazów snu i jawy. Zgodnie z przypowieściami i listami apostolskimi, śpimy z Adamem i budzimy się z Chrystusem, zaś sednem doktryny jest, że powinniśmy usiłować obudzić się z naszego obecnego stanu jawy i „narodzić się ponownie”. (…)
Naturalnie, trudno jest się przekonać, że śnimy. Osoba śpiąca i śniąca jakiś sen z reguły nie może sama się obudzić. Jej sen może być tak nieprzyjemny, że ją budzi, może też ewentualnie obudzić się naturalnie lub w rezultacie potrząsania. Bardzo rzadko ktoś może obudzić się z własnej woli. Jeszcze trudniej jest samowolnie wybudzić się ze snu hipnotycznego. A jeśli trudno jest się samowolnie obudzić z tych relatywnie płytkich stanów snu, możemy wyobrazić sobie jak trudno jest się przebudzić z ciężkiego snu naszej jawy.
Lecz w jaki sposób możemy się przekonać że trwamy w jakiegoś rodzaju śnie, skoro naprawdę wydaje nam się że jesteśmy na jawie? Poprzez porównywanie dwóch głównych znanych nam stanów naszej świadomości i obserwowanie ich uderzająco podobnych właściwości.
Jakie na przykład właściwości znane nam z marzeń sennych wyróżniają nasz zwyczajny sen?
Marzenia te nam się zdarzają, to znaczy ani ich umyślnie nie inicjujemy, ani nie tworzymy występujących w nich obrazów czy wydarzeń. Przypominają więc one życie na jawie w tym aspekcie, że ani nie determinujemy swoich doświadczeń, ani nie tworzymy obrazów czy wydarzeń które napotykają nas z dnia na dzień.
Innym wspólnym elementem śnienia i jawy jest różnorodność zachowań, które podczas nich wykazujemy. Czasem jesteśmy przerażeni, a czasem zadowoleni gdy przypomnimy sobie jak zachowaliśmy w danej sytuacji we śnie. Prawdą jest, że jakiekolwiek by nasze zachowanie nie było – upokarzające czy schlebiające naszej dumie – nie mogliśmy zachować się inaczej. Nasz niepokój lub satysfakcja jest wyłącznie efektem zakładanego odkrycia naszego nieświadomego ja. Lecz czym zasadniczo fakty te różnią się od faktów z naszego snienia na jawie? Także śniąc na jawie raz zgrywamy pokutnika, raz jesteśmy z siebie całkiem zadowoleni – i to nie w rezultacie kroków podjętych w ramach jakiegoś uprzednio obmyślonego planu, a jedynie dlatego że po prostu nam się to przydarza. I tak samo jak we śnie, nasz żal bądź samozadowolenie wynikają wprost z efektu, jaki dany epizod wywołuje na naszym poczuciu dumy. Czy naprawdę możemy zawczasu powiedzieć, że w obliczu jakiegoś zdarzenia zachowamy się w ten sposób, a nie w inny? Czyż nie ulegamy sugestii chwili? Czy nie porzucamy swych postanowień w obliczu gniewu, zazdrości lub entuzjazmu? Zupełnie jak we śnie, nasze życie na jawie ciągle bierze nas z zaskoczenia, nieustannie zachowujemy się zupełnie inaczej niż wyobrażalibyśmy sobie, że się zachowamy. Podobnie też, nie możemy szczerze powiedzieć, że mogliśmy postąpić lepiej lub gorzej we wczorajszej sytuacji. Gdyby powtórzyła się w dokładnie ten sam sposób, bez wątpienia moglibyśmy. Niestety jednak, biorąc ją taką jaka była wtedy i to, jakimi byliśmy my, nie może ona różnić się znacznie od któregokolwiek z doświadczonych przez nas marzeń sennych.
Poważne zbadanie analogii między snem i czuwaniem, odkrywa przed nami wiele innych podobieństw. Tylko jedno jeszcze trzeba tu wymienić – bliskie podobieństwo zachowania naszej pamięci w odniesieniu do tych dwóch stanów. To prawda, że jeśli chodzi o jawę, zachowujemy o niej mniej lub bardziej ciągłą pamięć, podczas gdy nasze życie senne jest serią urywanych wspomnień. Jednak poza tą różnicą, władze naszej pamięci zdają się działać w bardzo zbliżony sposób w relacji do obu z tych form doświadczenia. Wiemy, jak trudno jest na zawołanie przypomnieć sobie sen z minionej nocy. Sen był barwny i w momencie obudzenia wszystkie jego szczegóły były w naszym umyśle; jednak w jednej chwili wszystko to znika, nie pozostawiając po sobie niemal nic.
Pamięć po wczorajszym śnie na jawie nie jest aż tak zdradziecka czy kapryśna; Jednak gdzie podziały się dzisiaj wszystkie barwne szczegóły dnia wczorajszego? Widzieliśmy wyraźnie tysiąc i jeden przedmiotów, a nawet zwracaliśmy na nie uwagę. Słuchaliśmy rozmów, mówiliśmy, obserwowaliśmy ludzi na ulicach, czytaliśmy książki lub gazety, czytaliśmy lub pisaliśmy listy, jedliśmy i piliśmy, i postrzegaliśmy zastępy obiektów i wykonywaliśmy czynności których żaden człowiek nie będzie w stanie zliczyć. Wszystko to było zaledwie wczoraj – wczorajszy barwny sen na jawie. Ile z tych szczegółów pozostaje w naszej pamięci dziś, albo ile z nich bylibyśmy w stanie przypomnieć sobie poprzez wysiłek? Ogrom naszych wczorajszych snów na jawie stacza się w otchłań nieświadomości tak samo całkowicie, jak sny z nocy.
Można się zaniepokoić, że jest coś chorobliwego w powyższych spekulacjach i że wysiłek ujrzenia naszej jawy jako zaledwie szczególnej formy snu, musi umniejszać na jego wartości dla nas, i nas dla niego. Jednak to właśnie ta postawa względem możliwego i prawdopodobnego faktu jest chorobliwie lękliwa. Prawda jest taka, że tak samo jak w nocnym śnie, pierwszym symptomem przebudzenia jest chwila podejrzenia że się śni, tak pierwszym symptomem przebudzenia się z jawy – religijnego „drugiego przebudzenia” – jest podejrzenie, że nasz obecny stan jawy także jest snem. Być świadomym snu oznacza moment przebudzenia; być świadomym że jesteśmy na jawie tylko częściowo, jest pierwszym warunkiem stania się bliższym stanu pełnej jawy.
A. R. Orage źródło: http://www.gurdjieff.org tłum. ja
Brak komentarzy »
04
07
2007
Napisał Uriel w kategorii Eseje, Iluzja, Thomas Ligotti
Przeciętna osoba chętnie przyczepia przymiotnik „depresyjny” do poglądów ludzi takich jak Zapffe, Schopenhauer czy Lovecraft. A jednak doktryny którejkolwiek ze światowej klasy religii, jakkolwiek smętne by nie były, nigdy nie będą znieważone w podobny sposób. Świat ubóstwia swych szaleńców - świętych czy sadystów - i upamiętnia ich osiągnięcia. Psychopaci stanową wspaniały materiał dla agencji prasowych i studiów filmowych; ich wyczyny zawsze przyciągają tłumy. Jednak kiedy tylko wypowiedziane zostaje coś zniechęcającego lub ujawniona zostaje jakaś przygnębiająca wiedza, ten sam tłum rozprasza się albo rusza do ataku. Nie szaleństwo a depresja jest tym, co nas przeraża; nie obłędu a demoralizacji lękamy się najbardziej. Nie pomieszanie a roz-czarowanie umysłu naraża na niebezpieczeństwo naszą kulturę nadziei. Zbawienie przez nieśmiertelność – owa podstawa wszelkiego religijnego schematu za wyjątkiem Buddyzmu – ma znaczenie tylko dla tych, którzy zostali wychowani na normalnych psychotyków. Epidemia depresji ośmieszyła by głos nadziei, zamrażając życie w swym marszu. Irracjonalność wyrośnięta do skali rozszalałej obłudy zapewnia naszemu gatunkowi morale by posuwać się naprzód i wzmacniać dobre mniemanie o sobie - to znaczy zaopatruje nas w przesłanki do przechwalania się tym, na co i tak jesteśmy biologicznie i społecznie skazani.
W „Ostatnim mesjaszu” Zapffe wskazuje na cztery ogólne metody (izolacja, zakotwiczenie, rozproszenie, sublimacja), które wykorzystujemy by odizolować się od grozy którą przynosi nam świadomość. Żadna z nich nie jest jednak trwale skuteczna dla każdego. Ci, którym brakuje talentu w samooszukiwaniu się, są szczególnie narażeni na załamanie w toku pracy maszynerii. Załamanie to zwie się depresją, która jest fascynująca zarówno jako choroba jak i dramat egzystencjalny. (Szwedzki pisarz Jens Bjorneboe napisał że „ten, kto nie doświadczył pełnej depresji w osamotnieniu i przez długi okres życia - ten jest dzieckiem.” Ta gorzka wypowiedź Bjorneboe’go ma w sobie więcej z patosu niż prawdy, zawiera jednak przy tym odrobinę słuszności.) Będąc rozpoznawane wyłącznie z wewnątrz rozpiętości własnego doświadczenia, poszczególne odmiany depresji są w literaturze psychiatrycznej dla wygody określane bardzo jednoznacznie. Statystycznie przeważającą formą tej choroby jest depresja „nietypowa”. Jednak nie ważne jaka nazwa zostanie nadana określonemu przypadkowi depresji, wszystkie one mają wspólny cel: sabotować sieć emocji które przyszło ci utożsamić z tym, co składa się na twoje ja. To właśnie wtedy odkrywasz, że twoje „stare ja” nie jest jak wcześniej myślałeś rzeczą substancjalną i nienaruszalną, podobnie zresztą jak cała reszta twojej „starej” rzeczywistości.
To, jaki porządek czy sens zdaje się mieć nasze życie – kwiecista symptomatologia która nadaje tej czy innej grze wrażenie że jest ona warta świeczki – jest dziełem emocji. Bez nich, nie istnieje ani sens porządkowania, ani sens sensu. Dusząc lub rozstrajając fenomen emocji, depresja rozpuszcza szkielet twój i twojego życia. Emocje wraz z pamięcią stanowią substrat iluzji „ja” oraz złudnej substancji i jej właściwości które widzimy, albo które wydaje nam się, że widzimy w świecie. Podobnie jak sprzeczne doktryny religii świata, emocje bez przerwy nachodzą jedne na drugie z braku podstawy, na której można by wybudować cokolwiek spójnego, cokolwiek na dłuższą metę „prawdziwego”. Tym niemniej, oto i one – albo słabe i przelotne, albo tak silne i intensywne, że zdawać by się mogło że ich doświadczenie podszywa coś o naturze absolutnej. Spytajcie jakąkolwiek parę, która wierzy że ich miłość nigdy nie umrze - znacząca fikcja, która na pewien czas nakłada klapki na oczy świadomości ludzkiej tragedii.
Rzecz jasna, wszyscy wolimy czuć się dobrze zamiast czuć się źle, aż do przesady. Tym niemniej, natura nie uczyniła nas zdolnymi by czuć się zbyt dobrze przez zbyt długi czas (co nie było by dobre dla przetrwania gatunku), a jednocześnie umożliwiła nam czuć się na tyle dobrze, by móc sobie wyobrażać (błędnie zresztą) że pewnego dnia będziemy mogli czuć się tak przez cały czas. Wierzenie, że ludzkość będzie pewnego dnia żyć w świecie dobrego samopoczucia to powszechna pomyłka. A jeśli nie czujemy się dobrze, powinniśmy zachowywać się tak, jakbyśmy się czuli. Jeśli zachowujesz się jakbyś był szczęśliwy, to będziesz szczęśliwy – wszyscy w pospolitym świecie o tym wiedzą. A jeśli ci się nie polepsza, ktoś musi być temu winien. I tym kimś będziesz ty. Jesteśmy na swej drodze ku przyszłości i żaden introwertyczny melancholik nie będzie opóźniał naszego postępu. Masz dwa wyjścia: albo zacząć myśleć tak, jak Bóg i twoje społeczeństwo chce żebyś myślał, albo będziesz wyklęty przez wszystkich. Decyzja należy do ciebie, jako że jesteś wolną jednostką mającą wybór między ponownym dołączeniem do świata sfabrykowanej rzeczywistości – to jest cywilizacji – a dalszym upieraniu się przy… przy czym? Przy tym, że powinniśmy ponownie przemyśleć to, jak cały świat przeprowadza swoje interesy? Przy tym, że powinniśmy zacząć od zera, kwestionując wszelkie sposoby i środki które wyniosły nas na pozycję dumnych zwierzchników tego wesołego miasteczka wszelkiego stworzenia? Bądź realistą. Uczyniliśmy nasz świat takim, jak natura i Pan chcieli, żebyśmy go uczynili. Nie ma żadnego cofania się i zaczynania od początku. Nie ma żadnych większych przekształceń do przegłosowania i żaden przypadek nihilistycznej głowy nie będzie głosił złego słowa. Świat został stworzony przez Twórcę, do cholery. Żyjemy w kraju który kochamy z wzajemnością. Mamy rodziny i przyjaciół, i pracę, które czynią to wszystko wartym chwili. Jesteśmy wszyscy kimś, a nie bandą zer bez imion, numerów czy planów emerytalnych. Nic z tego nie będzie ujawnione przez jakiegoś myślowego przystępce, który twierdzi że ten świat wcale nie jest ani nigdy nie będzie cholernie dobry i który wierzy, że każdy wyjdzie lepiej na śmierci niż dalszej egzystencji. Może i nasze życie nie jest bez skazy – ale bez tego nie mielibyśmy przyszłości ku której z mozołem pracujemy. Jeśli ta szarada wystarczy nam, to z pewnością wystarczy i tobie. Więc jeśli nie możesz się zdecydować, spróbuj odejść. Zobaczysz, że nie ma dokąd pójść i że nikt cię nie przyjmie. Odnajdziesz tylko tę samą pułapkę tego świata – pułapkę jutra. Pokochaj to albo zostaw – wybieraj i wybieraj szybko. Nigdy nie uda ci się sprawić, byśmy porzucili nasze nadzieje, jakkolwiek obłąkane by się zdawały. Nigdy nie uda ci się nas wybudzić z naszego snu. Twoje opinie nie są zatwierdzone przez autorytatywne instytucje ani przez uśredniony kurs ludzkości, a więc wszelkie myśli, które mogą snuć się po twoim chemicznie rozstrojonym mózgu są nieważne, nieautentyczne, czy jakiekolwiek z pogardliwych określeń które zechce nam się tobie przydzielić - ty, który jesteś zaledwie „jednym z tego rodzaju ludzi”. Więc proszę bardzo, wynoś się stąd jeśli potrafisz. Ale możemy się założyć, że kiedy zacznie dostatecznie boleć, wrócisz tu w biegu. Jeśli nie jesteś silny jak Samson – ten nieudaczny samobójca i pogromca Filistynów – to lepiej wracaj do pułapki. Masz nas za kretynów? Myśleliśmy już wszystko, co ty kiedykolwiek myślałeś. Różnica polega na tym, że my posiadamy na tyle odpowiednie i godne poczucie daremności by nie rozpowiadać tych paskudnych wieści. Nasze porzekadło: “Zacieśniajmy spisek, precz ze świadomością”.
-Thomas Ligotti The Conspiracy Against the Human Race (fragment)
2 komentarzy »
03
07
2007
Napisał Uriel w kategorii Iluzja
(…)Stoję oto przed niezwykłym dylematem. Bo choć jestem buddystą, wierzącym szczerze w intelektualną i filozoficzną prawdę nauk Gautamy, (…) to jednak zmuszony jestem uznać „pięć przykazań” buddyzmu za zwykłą niedorzeczność. Skoro bowiem Budda wypowiadał się rzeczywiście w sposób naukowy, a nie populistyczny, czy retoryczny, nie mamy prawa sądzić, że te przykazania są jego autorstwa. Musimy je odrzucić albo odpowiednio zinterpretować. A przede wszystkim zadać sobie pytanie: „czy naprawdę mamy ich przestrzegać? Czy też stanowią one, jak sam sądzę, sarkastyczną, zjadliwą krytykę egzystencji, zobrazowanie „pierwszej szlachetnej prawdy” [wszelkie istnienie jest cierpieniem], przyczynek do apologii unicestwienia? Postaram się wykazać słuszność tej tezy. W tym celu muszę jednak zając się kolejno każdym z tych przykazań po to by nadmiar wizji żydowskiej nie przeciążył drobnych żołądków buddyjskich czytelników.
PIERWSZE PRZYKAZANIE
Pierwsze przykazanie zakazuje odbierania życia pod jakąkolwiek postacią. Należy tu przede wszystkim wykazać, ze jest ono niemożliwe do wykonania. Jeżeli to udowodnimy, będzie to oznaczać, ze albo Budda był głupcem albo jego przykazanie miało charakter retoryczny (…).
Przyjrzyjmy się znaczeniu tych słów. Cóż bowiem może znaczyć ,,odbieranie życia”, jeśli nie sprowadzanie żywej protoplazmy do stanu martwej materii, czy też bardziej głębokim, psychologicznym sensie — zniszczenie osobowości?
Otóż, nie będzie przesadą jeśli powiemy, ze Budda wypowiadając to przykazanie przemieniał żywą protoplazmę w martwą materię. Zauważmy, że po wypowiedzeniu tych słów nie był już tym samym Buddą co wcześniej (twierdzenie to stanowi zresztą sam rdzeń buddyzmu, odróżniający go od pozostałych nurtów filozoficznych), przez co już samo wypowiedzenie tego przykazania było pogwałceniem. Co więcej, w tym akcie Budda nie tylko sam siebie unicestwił, lecz zabił też miliony żywych istot wchłoniętych podczas oddechu.
Nie można bowiem jeść, pić ani oddychać nie narażając się na mord czający się pod każdym z tych działań. Huxley powołuje się tutaj na przykład „bezlitosnego mikroskopisty”, który pokazał pod lupą kroplę wody braminowi chełpiącego się nieszkodliwością ahinsy [Skr. „nieranienie", zaniechanie zadawania ran czującym istotom w myśli, słowach i czynach].
Każdy bhikkhu [żebrak, mnich, męski członek wspólnoty buddyjskiej, który opuścił swoje życie doczesne i przyjął święcenia kapłańskie] ma prawo korzystać medycyny. A przecież chininę bierze się po to, by zniszczyć niezliczone ilości istot. Z punktu widzenia moralności nieważne jest, czy dokonuje się tego przez pobudzanie fagocytów, czy też w sposób bezpośredni.(…).
Daleki jestem od sugerowania, że chodzi tu o obronę oddychania, jedzenia i picia. Nic z tego. Każdym tym aktem przynosimy śmierć i cierpienie innym i samemu sobie. Lecz skoro są one nieuchronne, gdyż samobójstwo jest mimo wszystko bardziej okrutną alternatywą, przykazanie to nie dotyczy osiągania tego, co niemożliwe do osiągnięcia, a co już jest pogwałcone poprzez sam akt wypowiedzenia przykazania, tylko jest gorzkim komentarzem na temat odrażającego zła, jakie związane jest z tym bezsensownym, beznadziejnym światem tym siedliskiem nędzy, nikczemności i okrucieństwa. Lepiej przejdźmy dalej.
DRUGIE PRZYKAZANIE
Drugie przykazanie wymierzone jest przeciwko kradzieży. Kradzież jest to zawłaszczenie dla własnej korzyści czegoś, do czego kto inny ma prawo. Przyjrzyjmy się zatem, czy też przypadkiem sam Budda nie był złodziejem. Odpowiedź brzmi rzecz jasna twierdząco. Albowiem wydawanie przykazań stanowi próbę pozbawienia innej osoby czegoś szczególnie cennego, czyli prawa do czynienia swojej woli. Oczywiście, dzieje się tak tylko wtedy, gdy odrzucimy prawo predestynacji powiadające, że wszystkie działania są całkowicie zdeterminowane ponieważ w jego świetle wszelkie przykazania jawią się niedorzecznymi. Jeśli jednak darujemy sobie te głupstwa, musimy dojść do wniosku, ze przy tak respektowanym przykazaniu — a przykazania Buddy cieszą się większym szacunkiem niż przykazania pozostałych nauczycieli — osoba oświecona musi być nie tylko potencjalnym, lecz i rzeczywistym złodziejem. Co więcej, wszelkie samowolne działanie ogranicza do pewnego stopnia wolę innych. I tak na przykład podczas oddychania zmniejszam ilość tlenu dostępnego na tej planecie. Tak więc można powiedzieć, że oddychając teraz, pozbawiam najcenniejszej substancji istoty, które będą żyć kiedyś w odległej przyszłości, gdy Ziemia będzie niemal tak martwa jak obecnie Księżyc.
Moralisty nie interesuje przy tym fakt, ze mamy tu do czynienia z bardzo drobną, niemal niezauważalną kradzieżą. Nie ma to również znaczenia dla naukowca, który nie traci z oczu żadnego ogniwa w łańcuchu natury.
Z drugiej strony jednak, jeśli świat posiada stalą ilość energii, a osobowość jest tak naprawdę złudzeniem, wtedy w ogóle nie może być mowy o kradzieży nie ma bowiem czego kraść, a zakazywanie tego procederu staje się absurdem. Możemy, rzecz jasna, powiedzieć że nawet w takiej sytuacji może dochodzić do aktów tymczasowej kradzieży. I trudno się z tym nie zgodzić, albowiem każda kradzież jest chwilowa, ponieważ nawet miliarder musi w końcu umrzeć. Nie zmienia to faktu, że jest ona również czymś powszechnym, ponieważ nawet Budda musi oddychać.
TRZECIE PRZYKAZANIE
Na temat tego przykazania dotyczącego cudzołóstwa pozwolę sobie odpowiedzieć pobieżnie. I to nie dlatego bym uznawał je za niewdzięczny przedmiot do dyskusji. Wręcz przeciwnie. Obawiam się jednak, ze moi angielscy czytelnicy, posiadający nieczyste myśli, od razu zaczną doszukiwać się tutaj jakichś bezeceństw. Wystarczy powiedzieć, że Budda — wbrew śmiesznym historyjkom wymyślanym na poczekaniu przez jego bezmyślnych wyznawców — byt zdeklarowanym, nalotowym cudzołożnikiem. Można by oczywiście powiedzieć za Heglem i Huxleyem, ze ten kto myśli o jakimś czynie, ten go zarazem popełnia (a dotyczy to również Jezusa, choć zna on tylko twórczą wartość pożądania), oraz że skoro A i nie-A nawzajem się ograniczają, będąc zatem od siebie zależnymi, a więc i tożsamymi, ten, kto zabrania jakiegoś czynu, tym samym go popełnia. (…)
CZWARTE PRZYKAZANIE
Dochodzimy tutaj do czegoś będącego bez wątpienia kpiną z tych wszystkich przykazań. Do przykazania, które powiada: „Nie kłam”. Jakkolwiek absurdalnie by ono nie brzmiało, mamy tu do czynienia z wyraźną alegorią. Dlatego też coraz bardziej skłonny jestem przypuszczać, że wszystkie „przykazania” Buddy są zwykłymi żartami. (…)
Było nie było, sakjaditti, czyli złudzenie osobowości stanowi główny punkt jego doktryny. Towarzyszy ono potocznej świadomości, a trudno podejrzewać, żeby nie było go również w stanie dhjany [skr. Medytacja, zatopienie się w medytacji]. Jakby na przekór temu wszystkiemu, Budda pozwala sobie dawać przykazania normalnym ludziom, co też w sposób wyraźny kłóci się z jego doktryną mówiącą o tym, że osobowość nie istnieje. Reasumując, wszyscy przez cały czas kłamiemy. Paradoksalnie, zmuszeni do tego jesteśmy z natury rzeczy. I Budda dobrze o tym wiedział!
PIĄTE PRZYKAZANIE
Dochodzimy wreszcie do końca naszej męczącej podróży. W taką pogodę warto pozwolić sobie na drinka! Albowiem jak mawia Trombone-Macaulay, na wschód od Suezu można mieć solidne pragnienie. A jednak, nasz Błogosławiony, Doskonały Oświecony krzyczy: ,,Powstrzymajcie się! Nie pijcie!” (…).
Wiadomo dziś, że alkohol w małych ilościach jest dobrym pożywieniem. Dlatego tez to na pozór dobre przykazanie trudno jest podtrzymać, jeśli się mu uważnie przyjrzeć. A biorąc pod uwagę specyficzne poczucie humoru Buddy, możemy tak je sobie tłumaczyć: „unikajcie odurzenia”.
Czym jednak jest to odurzenie, jeśli nie utratą umiejętności poprawnego odbierania wrażeń zmysłowych. Jeśli chwieję się na nogach, znaczy to tylko tyle, ze odbieram błędne przekazy nerwowe. I tak się dzieje w przypadku każdego rodzaju upojenia. To wszystko prawda, lecz trudno jest mówić o jakichś błędnych, niepoprawnych, fałszywych przekazach nerwowych, jeśli nie istnieje nic co moglibyśmy nazwać standardem prawdy. Co więcej, każdy lekarz wam powie, ze wszelka żywność w jakiejś mierze odurza. Nasze zmysły nigdy nie mówią nam prawdy. Nasz wzrok mówi nam, że coś jest kwadratowe, podczas gdy palce czują że jest okrągłe. Nasz język przesyła do mózgu informacje na temat wrażeń nie istniejących dla słuchu itd.
Czym jest to złudzenie osobowości, jeśli nie podstawowym, głównym odurzeniem świadomości? Jestem odurzony, gdy piszę te słowa, jesteście pijani, potwornie pijani, gdy je czytacie. Budda nie trzymał się na nogach, gdy wydawał te przykazania. Do takiego wniosku musimy nieuchronnie dojść, jeśli założymy ze mówił to wszystko na poważnie!
Osobiście jednak nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Uważam ze Budda jako jedyny człowiek pośród żywych był trzeźwy i znal Prawdę. Jako jedyny wolny byt od splotów wielkiego węża Theli spowijającego cały świat i wiedział jak bardzo głęboko przenika nas jego trująca ślina. Stąd właśnie brała się jego cięta ironia — nie pij napojów odurzających!
Gdy więc ślubuję wziąć Pansil nie dokonuję tero w duchu służalczej moralności, lecz ze szczerym smutkiem przenikającym me serce. Tych pięć przyczyn cierpienia jest naprawdę głowami węża pożądania. I przynamniej cztery z nich chwytają mnie swymi kłami już w samej chwili przyjmowania ślubowań.
O tak! Nie wierzę w to, że Budda był głupcem, że wymagał od ludzi czynów głupich lub niemożliwych do wykonania. Nie wierzę, że cierpienie można wyeliminować stosując się do kilku reguł. Nie zamierzam zbierać wód Gangesu szmatami ani zatrzymywać ciał niebieskich przy pomocy listwy.
Wystarczy obudzić się! Niech każdy pamięta o tym, że istnienie jest cierpieniem. Jest ono wpisane już w sam porządek istnienia i nie wynika z czyjejś woli, złych intencji, bezmyślności, lecz z samej natury rzeczy, z nieuchronnej skłonności, nieuleczalnej choroby pożądania. A jedynym sposobem by je ukrócić jest zniszczyć pożądanie. I nie da się tego dokonać przy pomocy jakiejś marnej moralności, filozofii „sprowadzania się na manowce, dzięki czemu i nasze złudzenia ulegną złudzeniu”. Wiedzie do tego tylko droga samokontroli i rzetelnych badań naukowych, jaką wyznacza nam „szlachetna ośmioraka ścieżka”.
- Aleister Crowley tłum. Dariusz Misiuna
[Z tym że oczywiście samokontrola to także złudzenie.]
Brak komentarzy »
|