Archiwum dla kategorii 'Ja'

Przedstawiam moje tłumaczenie wykładu udzielonego przez prof. Thomasa Metzingera w Berkeley w zeszłym roku: “Being No One: Consciousness, phenomenal self and the first person perspective”.
Publikuję je w nawiązaniu do mojego tłumaczenia tekstu z Collapse IV.

Część 1/6:



Część 2/6:



Część 3/6:



Część 4/6:



Część 5/6:



Część 6/6:





Na koniec zaś zastosowanie reprezentacyjnej teorii umysłu: robot generujący swój “model ja” na podstawie czujników w kończynach, posługujący się nim by obliczyć najbardziej efektywny chód:

Poniższy tekst stanowi okrojone (własne) tłumaczenie tekstu Jamesa Trafforda “The Shadow of a Puppet Dance: Metzinger, Ligotti and the Illusion of Selfhood”, który oryginalnie okazał się w IV numerze czasopisma Collapse - nadal do dostania. Pominąłem w nim m.in. cały wątek Kantowski i przypisy, chcąc raczej zarysować ideę tekstu, niż podając go tu w całości. W razie zainteresowania, mogę podjąć się przetłumaczenia pełnego tekstu.

Nie ma żadnych ludzi, nic takiego nie istnieje.
-Thomas Ligotti

Na świecie nie istnieje nic takiego jak „ja”
Nikt nigdy ani nie był „kimś” ani nie miał żadnego „ja”.
-Thomas Metzinger

I. Być nikim

oknoW swojej książce „Being no-one”, Thomas Metzinger rzuca radykalne wyzwanie próbom obrony przez filozofię statusu świadomej siebie subiektywności przed ekspansją redukcjonistycznej neuronauki. Angażując całe zasoby kształtującej się dopiero nauki o świadomości, Metzinger za jednym pociągnięciem proponuje eliminację ‘ja’ z ontologicznego horyzontu oraz zniszczenie naszych najdroższych nam ‘źródłowych’ intuicji co do „samych siebie” i naszego miejsca w świecie. Tego typu intuicje tworzą wstępne warunki do fenomenologicznego opisu świata, odróżniającego naturalną, jawiącą się naoczność (manifest appearences) od nadbudowywanych wytworów wiedzy teoretycznej. Poprzez zagarnięcie rzekomo ‘nieobiektywizowalnej’ domeny subiektywności, filozofia starała się utrzymać swój dystans od skrzącego potencjału neuronauki. Tak zwana „zasada wszelkich zasad” Husserla stanowi prawdopodobnie najbardziej radykalne filozoficzne założenie tego rodzaju - „Każda źródłowo prezentująca naoczność jest źródłem prawomocności poznania, że wszystko, co się nam w «intuicji» źródłowo przedstawia, należy po prostu przyjąć jako to, jako, co się prezentuje, ale także jedynie w tych granicach, w jakich się prezentuje”. Jednak Metzinger problematyzuje zasadność tych właśnie „przed-teoretycznych” intuicji, ukazując że nawet sama naoczność nigdy nie „jawi się” w sposób niezapośredniczony doświadczającemu jej świadomemu podmiotowi. Prowadząc wyjaśnienia na kilku płaszczyznach, Metzinger nie tylko tworzy zarys funkcjonalnej nauki o świadomości, ale też obnaża „naiwny realizm” świadomości na temat jej własnych stanów.

Pomimo ogromnej technicznej złożoności, rezultat analiz Metzingera jest jasny: „na świecie nie istnieje nic takiego jak ‘ja’: Nikt nigdy nie był ‘kimś’ ani nie miał żadnego ‘ja’”. Konsekwentnie zaś „świadomość to tylko przedstawienie (appearence)”. Według Metzingera, organizmy nie są „sobą”, a raczej posiadają „model ja”, zaś budujący go system nie może tego faktu rozpoznać. Jedyne co istnieje, to systemy przetwarzania informacji uczestniczące w modelowaniu „ja”, lecz modele te nie mogą być zestawione z jakimikolwiek innymi, pozornie „rzeczywistymi” przedmiotami na świecie. Metzinger eliminuje więc substancjalną subiektywność na rzecz nie tyle samej redukcji, co użytecznego wyjaśnienia. Zamiast redukować ‘ja’, buduje za pomocą źródeł naukowych funkcjonalny model ilustrujący czym musi być owo ‘ja’ - „fenomenalne ‘ja’ nie jest rzeczą, a procesem – zaś subiektywne doświadczenie bycia kimś powstaje, gdy świadomy system przetwarzania informacji działa wewnątrz przezroczystego modelu ‘ja’.”

Rozszerzając podjęty przez Wilfreda Sellara atak na „mit tego, co dane” (The „Myth of the Given”), a więc „ideę, że część naszych wierzeń lub twierdzeń ma uprzywilejowany status epistemologiczny ze względu na istnienie uprawomocniających je faktów „danych” nam poprzez doświadczenie” , Metzinger twierdzi, że nasze intuicje filozofii potocznej wynikają bezpośrednio z ograniczeń naszego poznania, pozostając zamknięte w granicach fenomenalnego czasu i przestrzeni. Ilustruje to naturalistyczną materializacją alegorii jaskini Platona, skonstruowaną na podstawie argumentu że „nasz fenomenalny model rzeczywistości to w istocie wewnętrzny model rzeczywistości. Z zasady może on w dowolnej chwili okazać się bardzo odległy od rzeczywistości fizycznej, rzeczywistości bardziej wielowymiarowej niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuścić”. „Jaskinia” to organizm fizyczny; cienie to „niskowymiarowa projekcja obiektów o większej ilości wymiarów”; ogień to dynamika neuronalna, tzn „samoregulujący się strumień przetwarzania informacji neuronalnej”; ściana jaskini to przestrzeń fenomenologii, choć ściana i ogień nie stanowią odrębnych bytów. Podsumowując, „jaskinia, w której żyjemy nasze świadome życie, kształtowana jest przez nasz globalny, fenomenalny model rzeczywistości”. W zgodzie z niektórymi śmielszymi propozycjami współczesnych fizyków, analogia Metzingera sugeruje więc, że fenomenologiczna percepcja może być więźniem wirtualnego modelu, w którym to doświadczany przedmiot jest zawsze zaledwie „nisko-wymiarowym cieniem rzeczywistego, fizycznego przedmiotu w twoich dłoniach, cieniem tańczącym w twoim układzie nerwowym”. Zasadniczą i dużo głębiej sięgającą różnicą jednak fakt, że iluzja ta jest, całkiem dosłownie, iluzją niczyją: „w jaskini nikogo nie ma[...] Jest tylko cień jaskini. Sama jaskinia jest zaś pusta.”

W tekście tym użyjemy spekulatywnych tez płynących z duszącej, halucynogennej literatury grozy Thomasa Ligottiego, by nakreślić niektóre implikacje tez Metzingera. Naszym zasadniczym założeniem jest, że tak jak wywłaszczenie subiektywności, które stanowi podstawowy motyw twórczości Ligottiego, znajduje nieoczekiwaną bazę realistyczną w filozoficznym naturalizmie Metzingera, tak też i na odwrót, metafizyczny „irrealizm” Ligottiego dostarcza zasobów, dzięki którym „niewyobrażalne” konsekwencje naturalistycznego „nemocentryzmu” Metzingera mogą być poddane ujęciu spekulatywnemu.

II. Fenomenologia i fikcja doświadczenia

Metzinger przekonuje, że neuronauka przekracza rzekomo nieredukowalną granicę świadomości siebie i rozpuszcza jej prywatność obiektywizując mechanizmy subiektywności. To właśnie nieintuicyjność tych mechanizmów daje początek jakościowemu doświadczeniu – doświadczenie konstytuowane jest więc przez swą niezdolność dotarcia do bezosobowych mechanizmów, za sprawą których staje się możliwa symulacja fenomenalna „ja”. Ta symulacja fenomenalna jest przeźroczysta dla doświadczenia: „nie doświadczamy stanów fenomenalnych jako stanów fenomenalnych[...], patrzymy poprzez nie. Dla zilustrowania swoich tez, Metzinger często przytacza całkowite zanurzenie w świecie wirtualnym: „nie doświadczamy pola naszej świadomości jako cyberprzestrzeni wytworzonej przez nasz mózg, lecz po prostu jako rzeczywistość samą w sobie, z którą to jesteśmy w kontakcie w sposób naturalny i bezproblematyczny.” (…)

III. Przezroczystość: szczególna forma ciemności

Fenomenalne ‘ja’ wyłania się dzięki „szczególnej formie ciemności” - a więc zasadniczo dzięki niezdolności podmiotu do reprezentowania warunków stojących za jego intuicjami. Psychologia potoczna postuluje, że świat dany jest subiektywnej świadomości w sposób niezapośredniczony; zakłada, że doświadczenie treści naocznej (phenomenal content) jest dla ‘ja’ przezroczyste. Metzinger przekonuje jednak, że niezapośredniczenie stanowi tylko pozorne doświadczenie świata „zewnętrznego”:

    “Spoglądając z perspektywy epistemologicznej da się zauważyć, że nasze stany fenomenalne nigdy nie nawiązują dla nas niezapośredniczonej łączności ze światem. [...] Jednakże na poziomie naocznego przedstawienia [...] fakt ten jest systematycznie tuszowany.”

Odwracając tradycyjny pogląd na temat przezroczystości czucia wewnętrznego, Metzinger przekonuje, że przezroczystość jako kluczowa własność doświadczenia fenomenalnego ukazuje błędność fenomenologicznego czystego doświadczenia oraz „subiektywnego wrażenia niezapośredniczenia”. Naiwny realizm nie jest więc jako taką teorią filozoficzną, a raczej ogólną cechą intuicji, jeżeli rozumieć ją jako treść fenomenalną zachodzącą lokalnie z własności neurobiologicznych. Nieprzezroczystość z kolei zachodzi wtedy, kiedy przedstawienia zostają rozpoznane jako przedstawienia. Stąd - nasze pierwotne, przedrefleksyjne poczucie świadomej osobowości nigdy nie jest zgodne z prawdą, tzn. nie odpowiada ono żadnemu bytowi wewnątrz ani zewnątrz samo-reprezentującego się systemu. Kulminacją odwrócenia koncepcji przezroczystości jest fakt, że przezroczystość stanowi formę ciemności: „odnosząc się do fenomenologii doświadczenia wzrokowego, przezroczystość oznacza, że nie możemy czegoś zobaczyć, ponieważ jest to przezroczyste. Nie widzimy okna, tylko przelatującego za nim ptaka. Przezroczystość fenomenalna (phenomenal transparency) ogólnie oznacza jednak, że coś nie jest dostępne subiektywnemu doświadczeniu, konkretnie zaś przedstawieniowy charakter treści świadomego doświadczenia.” Dana w sposób niezapośredniczony treść Fenomenalnego Modelu ‘Ja’ (PSM – Phenomenal Self Model) nie odpowiada ani subosobowym mechanizmom leżącym u podstaw tej treści, ani żadnego rodzaju zewnętrznej rzeczywistości; cały świat życia jest iluzoryczny, stanowi „halucynację online”. Metzinger nazywa ten element teorii modelu ‘ja’ (SMT – self model theory) „autoepistemicznym zamknięciem”, to jest zamknięciem i odcięciem przetwarzania od dynamiki wewnętrznej. Autoepistemiczne zamknięcie zezwala na dostępność treści fenomenalnej, ale nie pojazdu tej treści. (…)

V. Nemocentryzm

Jednym z prawdopodobnie najciekawszych, choć nie omawianych szerzej podtekstów książki Metzingera jest sugestia, że dążenia myśli mogą być uwolnione z więzów przeżywanego doświadczenia, a w wielu wypadkach nawet przeciwstawione interesom życia. Na przykład, w ogólnej dyskusji na temat realizmu naukowego Metzinger pisze, że „istnieją aspekty światopoglądu naukowego, które mogą być szkodliwe dla naszej kondycji psychicznej”. Obiekt „człowiek” składa się z ciasno upakowanych warstw symulacji, a naiwny realizm staje się dla niego koniecznym środkiem prewencyjnym, oddzielającym go od przerażenia towarzyszącego rozpadowi naszych intuicji co do samych siebie i naszego statusu w świecie: „świadoma subiektywność stanowi przypadek, gdzie pojedynczy organizm nauczył się zniewalać sam siebie”. To właśnie tutaj twórczość Thomasa Ligottiego może rozświetlić tezę Metzingera, proponując fenomenologiczne ujęcie tego, co Metzinger uznawał za niemożliwe do wyobrażenia – metodologiczny nemocentryzm.

Ligotti opisuje wywłaszczenie z subiektywnego doświadczenia w taki oto sposób: „Nie ma żadnych ludzi, nic takiego nie istnieje, człowiek to nic więcej niż suma ciasno zwiniętych warstw iluzji, z których każda unosi się na skrzydłach ostatecznego obłędu: przekonania, że istnieją jakieś osoby”. Ligotti łączy ów najwyższy obłęd z metafizycznym irrealizmem co do kwestii substancjalności natury świata. Porządek leżący rzekomo u podstaw świata fenomenalnego jest ledwie podobizną – i to nie podobizną jakiegoś ponadziemskiego królestwa, czy obcego „Innego”, lecz podobizną rzeczywistego świata, który to jest kompletnie obojętny interesom organicznego życia i myśli. Ligotti rozwija więc niektóre z egzystencjalnych i fenomenologicznych implikacji Metzingera o relatywnej autonomii przedstawień: jego bohaterowie doświadczają rzeczywistości w sposób, który jest kompletnie nieprzystający do fenomenologicznego rejestru ludzkiej percepcji.

Twórczość Ligottiego charakteryzują dwa nie rozdzielane nigdy zabiegi: bierne rozproszenie świadomości siebie podmiotu oraz „oświecenie w pustce”. Ten podwójny zabieg demaskuje dotychczasową, odwieczną rzeczywistość jego bohaterów. Duszący efekt, który Ligotti osiąga poprzez ten proces, wzmacniany jest przez konsekwentną odmowę uciekania się do jakiejkolwiek ponadnaturalności: nie ma żadnej ucieczki. A zatem ascesis tego co osobowe zachodzi w rzeczywistości pozytywnie pozbawionej znaczenia, oraz w uzmysłowieniu, które rozpuszcza zarówno prywatność subiektywnego doświadczenia, jak i bezosobowy dystans od mechaniki tego doświadczenia.

Fenomenologiczny nemocentryzm Ligottiego ukazuje tę zapaść opierając się o ustabilizowane, ontologiczne i epistemologiczne fundamenty literatury weird-fiction: krajobraz wypełniony ruinami i duchami marionetek. Marionetki występują w twórczości Ligottiego jako bezduszna, subosobowa rzeczywistość ukryta pod „bezmyślnymi lustrami” naszej naiwnej rzeczywistości. Marionetki te funkcjonują jako „kanał dla nierzeczywistego”; za ich pośrednictwem przenika halucynacyjna fenomenalność, ucieleśniając rzeczywistość snu. Życie ukazane jest jako marionetkowa gra bez wyjścia, niekończący się sen, w którym to marionetki są generalnie nieświadome swego zaklęcia w hipnotycznym tańcu, nie mając pojęcia o jego mechanizmach i nie sprawując nad nimi żadnej kontroli. Jak zauważa Dziemianowicz odnosząc się do opowiadania Ligottiego „Dream of a Mannikin”, nadrzędnym poczuciem marionetki jest podejrzenie że „ona i cały jej świat stanowią jakąś nierzeczywistą machinację”. Marionetka nie jest tylko szyderczą parodią człowieka - stanowi demaskację żyjącej twarzy bezdusznej rzeczywistości, odkrycie bezlitosnych mechanizmów stojących za tym, co osobowe; „Nie ma sposobu na ucieczkę z tego świata. Wnika on nawet w twój sen i stanowi jego substancję. Jesteś schwytany w swe własne śnienie, w którym nie ma przestrzeni. Przetrzymywany na wieczność w miejscu, w którym nie istnieje czas. Nie możesz uczynić nic, czego nie kazano ci zrobić. Nie ma nadziei na ucieczkę z tego snu, który nigdy nie był twój. Same nawet słowa które wypowiadasz stanowią tylko jego słowa.” Nieodparta groza towarzysząca wcieleniu rzeczywistości snu wyrasta z doświadczenia życia w „trójwymiarowym filmie”, „tunelu przechodzącym przez niewyobrażalnie wielowymiarową rzeczywistość”. Owo fenomenalne doświadczenie nemocentryzmu ostatecznie rozpuszcza zarówno prywatność tego co osobowe, jak i dystans od tego, co nieosobowe; „nic nie jest za duże, nic nie jest za małe. Gubisz kluczyki do samochodu, twoją żonę przejeżdża ciężarówka, jakiś świr wysadza w powietrze stolicę Pakistanu”. Odwołanie do marionetki i narastająca pasywność narratora tworzą uczucie kosmicznej klaustrofobii poprzez implozję tego, co osobowe – choć co tak naprawdę oczywiście nigdy osobowe nie było. (…)

Obiektywizacja świata ukazuje jego prawdziwy stan, odsłaniając nieubłagalną mechanikę przedstawień jako krajobraz ohydnego szaleństwa – salę bezmyślnych luster obdartą z ciasno zwiniętych warstw iluzji charakteryzujących cele życia i fizjologię myśli. W międzyczasie, protekcjonizm poznawczy i organiczne zniewolenie zapewniają oniryczną afazję cieniowi tańca marionetki:

    „Pełnia wiedzy i zrozumienia oznacza skok ku oświeceniu w pustce, w zimowy krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z wszystkich stron bezkresnej przestrzeni. Wisimy w tej przestrzeni jedynie dzięki sznurkom naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie próby wyrwania sobie tych sznurków? Przypuszczalnie stoi za tym fakt, że nic nie jest dla nas równie pociągające, nic nie jest bardziej idiotyczne, niż nasze pragnienie posiadania imienia – nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec strzępieniu i plątaniu się tych jakże drogich nam sznurków, gdybyśmy tylko mogli zapobiec upadkowi w puste niebo, moglibyśmy dalej zgrywać się pod przybranymi imionami i kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…”

Zapragnąłem pozostać sam w dosyć niezwykły, nowy sposób. Miała to być samotność dokładnie przeciwna do tej, jakiej mógłbyś oczekiwać – chciałem mianowicie pozostać bez samego siebie, w towarzystwie nieznajomego.

Czy wygląda ci to na obłęd?

Być może warto ponownie to przemyśleć.

Nie przeczę – mogłem wtedy być już odrobinę obłąkany, błagam jednak, uwierz – naprawdę samemu pozostać można tylko w poniższy sposób.

Samotności nie może być wraz z tobą; samotność jest zawsze bez ciebie, możliwa tylko w obecności nieznajomego, obcej osoby czy może miejsca, które cie całkowicie ignoruje, i które ty całkowicie ignorujesz - twoja wola i uczucia zostają zawieszone i oszołomione w udręczonej niepewności; a kiedy znika wszelkie potwierdzenie ciebie samego, znika także i sama prywatność twojej świadomości. Prawdziwa samotność istnieje w miejscu, które żyje dla samego siebie, dla ciebie nie pozostawiając żadnego śladu ni dźwięku. W miejscu tym sam stajesz się nieznajomym.

W taki właśnie sposób zachciałem być sam. Bez samego siebie. To znaczy bez tego siebie, którego już znałem, albo którego sądziłem że znam. Sam z pewnym nieznajomym, którego nie byłem w stanie się pozbyć – już wtedy przeczuwałem to niejasno, bowiem byłem nim ja sam: nieznajomy, który ode mnie samego był nie do oddzielenia.

W tamtym czasie przeczuwałem istnienie jednego tylko nieznajomego! A już sam on jeden, albo też potrzeba pozostania z nim sam na sam, postawienia go przed sobą i poznania go, rozmowy z nim, całkowicie mnie rozstrajała, napełniając mieszanką obrzydzenia i przerażenia.

Jeżeli dla innych nie byłem tym, kim zawsze byłem dla siebie samego, to kim byłem?

Nigdy wcześniej za mego życia nie myślałem o wyglądzie mojego nosa, jego kształcie, o tym czy był duży lub mały, albo o kolorze moich oczu, szerokości mojego czoła, i tak dalej. To był mój nos, moje oczy, moje brwi: nieoddzielne ode mnie, i kiedy byłem pochłonięty swoimi sprawami, zajęte były też moje oczy i zaabsorbowane uczucia - nie mogłem o nich myśleć.

Teraz jednak pomyślałem: „A co z innymi? Rzecz jasna inni nie są wewnątrz mnie. Dla innych, którzy patrzą z zewnątrz, moje myśli i uczucia mają nos. Mój nos. Mają też parę oczu. Moich oczu, których ja nie widzę, a oni tak. Jaki jest związek między moimi myślami a moim nosem? Dla mnie żaden. Nie myślę swoim nosem, ani nie zwracam uwagi na swój nos kiedy myślę. Ale inni? Inni, którzy nie widzą moich myśli wewnątrz mnie i widzą mój nos z zewnątrz? Dla innych moje myśli i mój nos mają bliski związek, i jeżeli na przykład te pierwsze były by bardzo poważne, a ten drugi – przez jego kształt – wysoce komiczny, inni zaczęliby się śmiać.”

I tak, idąc za tą myślą, pogrążyłem się dalej w udręce: żyjąc, nie potrafiłem przedstawić sobie siebie wykonującego czynności w życiu; zobaczyć siebie tak jak widzieli mnie inni; postawić przed sobą swoje ciało i zobaczyć jak żyje, jak by to było ciało kogoś innego. Kiedy stanąłem przed lustrem, nastąpiło we mnie jakieś wstrzymanie; cała spontaniczność zniknęła, każdy mój ruch zdawał się sztuczny, jakby był imitacją.

Nie mogłem widzieć siebie jak żyję.

Dowód na to odkryłem we wrażeniu, które zaatakowało mnie kilka dni później, kiedy to spacerowałem rozmawiając z moim przyjacielem Stefano Firbo. Stało się, że przechodząc obok stojącego przy ulicy lustra, nagle mignęło mi w nim moje odbicie. Wrażenie to nie mogło trwać dłużej niż mgnienie, gdyż zaraz potem nadeszło to samo wstrzymanie a spontaniczność zniknęła, i wszystko znów stało się wyuczone. Z początku nie rozpoznałem siebie. Zdało mi się, że widziałem przechodzącego, rozmawiającego nieznajomego. Zatrzymałem się. Musiałem bardzo zblednąć.

Firbo spytał mnie: „Co się stało?”

„Nic”, powiedziałem. Wypełniały mnie dziwny, wewnętrzny niepokój i obrzydzenie zarazem. Myślałem: Czy to, co mi przed chwilą mignęło, to naprawdę był mój obraz? Czy z zewnątrz, kiedy żyję swoim życiem i nie myślę o sobie, naprawdę taki jestem? W takim razie dla innych jestem właśnie tym nieznajomym, który mignął mi znienacka w lustrze: właśnie nim, a nie takim, jakim siebie znałem: tamtym, którego ja sam na pierwszy rzut oka nie rozpoznałem. Jestem tamtym nieznajomym, którego życia nie mogę dojrzeć, może za wyjątkiem takich nieoczekiwanych mignięć. Nieznajomym, którego wszyscy inni mogą widzieć i znać, tylko nie ja.

Po tym zdarzeniu owładnęła mną jedna obsesja: pościg za nieznajomym, który był we mnie i który mnie unikał; którego nie mogłem postawić przed sobą, ponieważ natychmiast stawał się taki, jakim siebie znałem; był tym, który istniał dla innych i którego nie mogłem poznać, którego życie inni widzieli, a ja nie. Również ja chciałem go widzieć i znać, w taki sam sposób jak widzieli i znali go inni.
Powtarzam: wtedy jeszcze wierzyłem, że ten nieznajomy był tylko jedną osobą. Jedną dla wszystkich, tak ja ja byłem tylko jeden dla samego siebie. Wkrótce jednak mój straszliwy dramat jeszcze bardziej się skomplikował – a mianowicie kiedy odkryłem setki tysięcy Moscardów, którymi byłem nie tylko dla innych, ale także dla samego siebie, a wszyscy oni o jednym i tym samym imieniu - Moscarda, brzydkim do okrucieństwa, i wszyscy oni w tym moim biednym ciele, które także było jedno i – niestety! - było nikim jednocześnie, a przynajmniej kiedy staję przed lustrem i wpatruję się długo i nieporuszenie w swoje oczy, znosząc w sobie wszelkie uczucia i wolę.

A kiedy tak oto skomplikował się mój dramat, rozpoczęły się także i niewiarygodne akty mego szaleństwa.

- Luigi Pirandello
Jeden, nikt i sto tysięcy (fragment)
tłum. z angielskiego - ja.

    “Ktoś kiedyś powiedział, że niektóre przeprawy życiowe - czy to ekstatyczne, czy katastrofalne - winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, jako że po ich przejściu nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej. Obowiązuje jednak odwrotna zasada: nasze imiona wloką się za nami jeszcze długo po tym jak wszystko, co przypominało to czym byliśmy wcześniej, lub to, czym wydawało nam się że byliśmy, przestało istnieć. Nie, żebyśmy mieli wiele za punkt wyjścia - jedynie kilka wątpliwych wspomnień i impulsów dryfujących w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej i nieskończonej zimy. Ostatecznie jednak każdy z płatków opada, osadzając się w zimnej i bezimiennej otchłani.”

- Thomas Ligotti, fragment “In a Foreign Town, In a Foreign Land”, treść ulotki z opowiadania.

Czy nie bylibyśmy szczęśliwsi, gdyby - tak jak dawniej - każdy próg w życiu człowieka znaczony był nadaniem nowego imienia? Dlaczego właściwie każe nam się obchodzić urodziny?

Wyciągnijcie przed siebie rękę i w dowolnie wybranej chwili, spontanicznie i z własnej woli, poruszcie nadgarstkiem. Możecie powtórzyć to kilkakrotnie, starając się, by wasze działanie było jak najbardziej świadome i spontaniczne. Przypuszczalnie odniesiecie wrażenie, że w waszym umyśle rozgrywa się swego rodzaju dialog wewnętrzny lub decyzyjny, którego mocą powstrzymujecie się od wszelkich działań, po czym postanawiacie poruszyć ręką. Teraz zadajcie sobie pytanie: Co zapoczątkowało proces, który doprowadził do działania? Czy wy sami?

Opisane zadanie stanowiło podstawę fascynujących eksperymentów przeprowadzonych przez neurochirurga Benjamina Libeta (1985). Badani, z elektrodami wykrywającymi ruch na nadgarstkach oraz elektrodami do pomiaru fal mózgowych na głowach, obserwowali przesuwającą się po tarczy zegarowej plamkę. Oprócz spontanicznego zginania nadgarstka proszeni byli o dokładne odnotowanie położenia plamki w chwili, gdy zdecydowali się wykonać ruch. Libet rejestrował zatem moment wystąpienia trzech zjawisk: rozpoczęcia ruchu, podjęcia decyzji o jego wykonaniu oraz pojawienia się specyficznego wzoru fal mózgowych, zwanego potencjałem gotowości.

Wzór ten, obserwowany tuż przed podjęciem jakichkolwiek złożonych działań, łączony jest z aktywnością mózgu planującego ciąg przyszłych ruchów. Pytanie brzmiało: Co pojawi się pierwsze: decyzja o działaniu czy potencjał gotowości? Jeśli jesteście dualistami, przypuszczacie zapewne, że pierwszeństwo musi mieć decyzja. W rzeczywistości Libet odkrył, iż potencjał gotowości pojawiał się około 550 milisekund (nieco ponad pół sekundy), decyzja zaś około 200 milisekund (mniej więcej jedną piątą sekundy) przed wykonaniem ruchu. Innymi słowy, to nie decyzja dostarczała pierwszego impulsu — spostrzeżenie zadające kłam naszemu poczuciu jaźni. (…) Nie istnieje żadna odrębna jaźń, pojawiająca się ni stąd, ni zowąd w synapsach, by inicjować działania. Mój mózg mnie nie potrzebuje.

Jaką więc funkcję pełni moje „Ja”? Z pewnością musi stanowić przynajmniej centrum mojej świadomości, tę cząstkę, która odbiera wrażenia, jakie niesie życie? Niekoniecznie. (…) Osiemnastowieczny szkocki filozof David Hume wyznawał, iż ilekroć wkraczał w najgłębsze obszary własnej istoty, zawsze natrafiał na jakieś konkretne doznanie — gorąca albo zimna, bólu lub przyjemności. Nigdy nie zdołał przyłapać siebie bez doznań ani zaobserwować niczego prócz nich. Wyciągnął stąd wniosek, że jaźń jest jedynie „skupiskiem wrażeń” (Hume 1739-1740). Tak naturalne z pozoru przekonanie, iż ,ja” słyszę dźwięki, widzę obrazy i odczuwam doznania, może w istocie być tylko złudzeniem.

Kolejna seria eksperymentów Libeta (1981) dostarcza nowych, ciekawych argumentów w tej dyskusji. Okazuje się, że świadome doznania zmysłowe można wywołać sztucznie przez stymulację mózgu, ale tylko wówczas, gdy jest on pobudzany w sposób ciągły przez około pół sekundy. Wygląda to tak, jakby uformowanie się świadomych wrażeń wymagało czasu, to zaś prowadzi do dziwacznej myśli, że nasze świadome zrozumienie świata nie nadąża za biegiem wydarzeń, jednak z powodu procesu, który Libet nazywa „subiektywnym antydatowaniem”, nie zdajemy sobie sprawy z tej zwłoki. Opowieść, jaką tworzymy sobie w umyśle, ustawia wydarzenia w odpowiednim porządku.

Dalsze eksperymenty wykazały, że przy krótkich bodźcach (zbyt krótkich, by wzbudzić świadome doznanie) ludzie mimo wszystko trafnie odgadywali, czy byli poddawani stymulacji czy też nie (Libet i in. 1991). Innymi słowy, mogli przejawiać prawidłowe reakcje bez udziału świadomości. I znów wnioskiem, jaki stąd wynika, jest to, że nie świadomość jest motorem naszych działań. Świadome doznania zjawiają się, owszem, ale nie na czas. Usuwamy dłoń z płomienia, zanim zdążymy odczuć ból. Odbijamy piłeczkę tenisową, nim zorientujemy się, że leci w naszą stronę. Omijamy kałużę, zanim jeszcze zauważymy jej istnienie. Świadomość dołącza później. A mimo to nie opuszcza nas wrażenie, że były to „nasze” świadome działania.
Innym ze złudzeń, jakim ulegamy, jest żywienie przekonań. Z ich powodu argumentujemy namiętnie przy obiedzie, że prezydent Clinton naprawdę nie mógł tego zrobić, że Izraelczycy
powinni byli (lub nie) postawić te domy, że prywatne szkoły należałoby pozamykać, że narkotyki powinny zostać zalegalizowane i tak dalej. Jesteśmy tak przekonani o istnieniu Boga, że moglibyśmy spierać się o to godzinami (a może nawet toczyć wojny lub oddać za Niego życie). Wierzymy w alternatywną terapię, która nam pomogła, do tego stopnia, że namawiamy do niej wszystkich naszych znajomych. Ale co właściwie oznacza stwierdzenie, że ,ja” wierzę w to lub owo? Mogłoby się wydawać, że musi istnieć jaźń wyznająca takie lub inne przekonania, z drugiej strony jednak wszystko, z czym mamy do czynienia, to dowodzący swoich racji człowiek, przetwarzający informacje mózg oraz powielany (lub nie) zestaw memów. Choćbyśmy szukali, nie znajdziemy ani samych przekonań, ani żywiącej je jaźni.

To samo odnosi się do pamięci. Mówimy o niej tak, jakby jaźń wedle woli czerpała wspomnienia ze swych prywatnych zasobów. Chętnie ignorujemy fakt, że wspomnienia są nieustannie zmieniającymi się konstrukcjami mentalnymi, że często bywają niedokładne, że niekiedy zjawiają się nieproszone i że nieraz zdarza nam się przywołać złożone wspomnienia zupełnie bez udziału świadomości. Słuszniejsze byłoby więc stwierdzenie, że jesteśmy po prostu istotami ludzkimi wykonującymi skomplikowane zadania, do których potrzebna jest pamięć, a następnie konstruującymi opowieść o jaźni, która ową pamięcią zawiaduje.

Powyższe przykłady wskazują, iż najwyraźniej odczuwamy ogromną potrzebę opisywania siebie (mylnie) jako jaźni sprawującej władzę nad „naszym” życiem. Brytyjski psycholog Guy Claxton sugeruje, że to, co bierzemy za samokontrolę, jest tylko mniej lub bardziej udaną próbą przewidywania. Zazwyczaj nasze przewidywania własnych kolejnych posunięć są wystarczająco trafne, byśmy mogli z czystym sumieniem powiedzieć: „zrobiłem to” lub: „zamierzałem zrobić tamto”. Kiedy się pomylimy, po prostu blefujemy. I używamy naprawdę skandalicznych wybiegów, by podtrzymać iluzję.

    Chciałem zachować spokój, ale po prostu nie byłem w stanie. Nie powinienem jeść wieprzowiny, ale wyszło mi to z głowy. Zamierzałem wcześnie pójść spać, ale oto siedzimy na Piccadiiiy Circus o czwartej nad ranem w zabawnych czapeczkach i z butelką wina [...] Jeśli wszystko inne zawiedzie- a to już wybitnie bezczelne szalbierstwo - możemy przedstawić naszą porażkę jako faktyczny sukces! „Zmieniłem zdanie”, mówimy. (Claxton 1986, str. 59). Claxton stwierdza, że świadomość jest „mechanizmem konstruowania podejrzanych historii, których celem jest obrona zbytecznego i błędnego poczucia własnego «ja»” (1994, str. 150).

Nasz błąd polega na tym, że traktujemy jaźń jako odrębny, trwały i autonomiczny byt. Podobnie jak Dennett, Claxton uważa, że jaźń jest w rzeczywistości jedynie opowieścią o jaźni. Wewnętrzne, działające “Ja” jest złudzeniem.

-Susan Blackmore, “Maszyna memowa”