Archiwum dla kategorii Thomas Ligotti

Moje tłumaczenie opowiadania Thomasa Ligottiego Our Temporary Supervisor ze zbioru “Teatro Grottesco” (2007).

Nasz tymczasowy nadzorca.pdf

Poniższy tekst stanowi okrojone (własne) tłumaczenie tekstu Jamesa Trafforda “The Shadow of a Puppet Dance: Metzinger, Ligotti and the Illusion of Selfhood”, który oryginalnie okazał się w IV numerze czasopisma Collapse – nadal do dostania. Pominąłem w nim m.in. cały wątek Kantowski i przypisy, chcąc raczej zarysować ideę tekstu, niż podając go tu w całości. W razie zainteresowania, mogę podjąć się przetłumaczenia pełnego tekstu.

Nie ma żadnych ludzi, nic takiego nie istnieje.
-Thomas Ligotti

Na świecie nie istnieje nic takiego jak „ja”
Nikt nigdy ani nie był „kimś” ani nie miał żadnego „ja”.
-Thomas Metzinger

I. Być nikim

oknoW swojej książce „Being no-one”, Thomas Metzinger rzuca radykalne wyzwanie próbom obrony przez filozofię statusu świadomej siebie subiektywności przed ekspansją redukcjonistycznej neuronauki. Angażując całe zasoby kształtującej się dopiero nauki o świadomości, Metzinger za jednym pociągnięciem proponuje eliminację ‘ja’ z ontologicznego horyzontu oraz zniszczenie naszych najdroższych nam ‘źródłowych’ intuicji co do „samych siebie” i naszego miejsca w świecie. Tego typu intuicje tworzą wstępne warunki do fenomenologicznego opisu świata, odróżniającego naturalną, jawiącą się naoczność (manifest appearences) od nadbudowywanych wytworów wiedzy teoretycznej. Poprzez zagarnięcie rzekomo ‘nieobiektywizowalnej’ domeny subiektywności, filozofia starała się utrzymać swój dystans od skrzącego potencjału neuronauki. Tak zwana „zasada wszelkich zasad” Husserla stanowi prawdopodobnie najbardziej radykalne filozoficzne założenie tego rodzaju – „Każda źródłowo prezentująca naoczność jest źródłem prawomocności poznania, że wszystko, co się nam w «intuicji» źródłowo przedstawia, należy po prostu przyjąć jako to, jako, co się prezentuje, ale także jedynie w tych granicach, w jakich się prezentuje”. Jednak Metzinger problematyzuje zasadność tych właśnie „przed-teoretycznych” intuicji, ukazując że nawet sama naoczność nigdy nie „jawi się” w sposób niezapośredniczony doświadczającemu jej świadomemu podmiotowi. Prowadząc wyjaśnienia na kilku płaszczyznach, Metzinger nie tylko tworzy zarys funkcjonalnej nauki o świadomości, ale też obnaża „naiwny realizm” świadomości na temat jej własnych stanów.

Pomimo ogromnej technicznej złożoności, rezultat analiz Metzingera jest jasny: „na świecie nie istnieje nic takiego jak ‘ja’: Nikt nigdy nie był ‘kimś’ ani nie miał żadnego ‘ja’”. Konsekwentnie zaś „świadomość to tylko przedstawienie (appearence)”. Według Metzingera, organizmy nie są „sobą”, a raczej posiadają „model ja”, zaś budujący go system nie może tego faktu rozpoznać. Jedyne co istnieje, to systemy przetwarzania informacji uczestniczące w modelowaniu „ja”, lecz modele te nie mogą być zestawione z jakimikolwiek innymi, pozornie „rzeczywistymi” przedmiotami na świecie. Metzinger eliminuje więc substancjalną subiektywność na rzecz nie tyle samej redukcji, co użytecznego wyjaśnienia. Zamiast redukować ‘ja’, buduje za pomocą źródeł naukowych funkcjonalny model ilustrujący czym musi być owo ‘ja’ – „fenomenalne ‘ja’ nie jest rzeczą, a procesem – zaś subiektywne doświadczenie bycia kimś powstaje, gdy świadomy system przetwarzania informacji działa wewnątrz przezroczystego modelu ‘ja’.”

Rozszerzając podjęty przez Wilfreda Sellara atak na „mit tego, co dane” (The „Myth of the Given”), a więc „ideę, że część naszych wierzeń lub twierdzeń ma uprzywilejowany status epistemologiczny ze względu na istnienie uprawomocniających je faktów „danych” nam poprzez doświadczenie” , Metzinger twierdzi, że nasze intuicje filozofii potocznej wynikają bezpośrednio z ograniczeń naszego poznania, pozostając zamknięte w granicach fenomenalnego czasu i przestrzeni. Ilustruje to naturalistyczną materializacją alegorii jaskini Platona, skonstruowaną na podstawie argumentu że „nasz fenomenalny model rzeczywistości to w istocie wewnętrzny model rzeczywistości. Z zasady może on w dowolnej chwili okazać się bardzo odległy od rzeczywistości fizycznej, rzeczywistości bardziej wielowymiarowej niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuścić”. „Jaskinia” to organizm fizyczny; cienie to „niskowymiarowa projekcja obiektów o większej ilości wymiarów”; ogień to dynamika neuronalna, tzn „samoregulujący się strumień przetwarzania informacji neuronalnej”; ściana jaskini to przestrzeń fenomenologii, choć ściana i ogień nie stanowią odrębnych bytów. Podsumowując, „jaskinia, w której żyjemy nasze świadome życie, kształtowana jest przez nasz globalny, fenomenalny model rzeczywistości”. W zgodzie z niektórymi śmielszymi propozycjami współczesnych fizyków, analogia Metzingera sugeruje więc, że fenomenologiczna percepcja może być więźniem wirtualnego modelu, w którym to doświadczany przedmiot jest zawsze zaledwie „nisko-wymiarowym cieniem rzeczywistego, fizycznego przedmiotu w twoich dłoniach, cieniem tańczącym w twoim układzie nerwowym”. Zasadniczą i dużo głębiej sięgającą różnicą jednak fakt, że iluzja ta jest, całkiem dosłownie, iluzją niczyją: „w jaskini nikogo nie ma[...] Jest tylko cień jaskini. Sama jaskinia jest zaś pusta.”

W tekście tym użyjemy spekulatywnych tez płynących z duszącej, halucynogennej literatury grozy Thomasa Ligottiego, by nakreślić niektóre implikacje tez Metzingera. Naszym zasadniczym założeniem jest, że tak jak wywłaszczenie subiektywności, które stanowi podstawowy motyw twórczości Ligottiego, znajduje nieoczekiwaną bazę realistyczną w filozoficznym naturalizmie Metzingera, tak też i na odwrót, metafizyczny „irrealizm” Ligottiego dostarcza zasobów, dzięki którym „niewyobrażalne” konsekwencje naturalistycznego „nemocentryzmu” Metzingera mogą być poddane ujęciu spekulatywnemu.

II. Fenomenologia i fikcja doświadczenia

Metzinger przekonuje, że neuronauka przekracza rzekomo nieredukowalną granicę świadomości siebie i rozpuszcza jej prywatność obiektywizując mechanizmy subiektywności. To właśnie nieintuicyjność tych mechanizmów daje początek jakościowemu doświadczeniu – doświadczenie konstytuowane jest więc przez swą niezdolność dotarcia do bezosobowych mechanizmów, za sprawą których staje się możliwa symulacja fenomenalna „ja”. Ta symulacja fenomenalna jest przeźroczysta dla doświadczenia: „nie doświadczamy stanów fenomenalnych jako stanów fenomenalnych[...], patrzymy poprzez nie. Dla zilustrowania swoich tez, Metzinger często przytacza całkowite zanurzenie w świecie wirtualnym: „nie doświadczamy pola naszej świadomości jako cyberprzestrzeni wytworzonej przez nasz mózg, lecz po prostu jako rzeczywistość samą w sobie, z którą to jesteśmy w kontakcie w sposób naturalny i bezproblematyczny.” (…)

III. Przezroczystość: szczególna forma ciemności

Fenomenalne ‘ja’ wyłania się dzięki „szczególnej formie ciemności” – a więc zasadniczo dzięki niezdolności podmiotu do reprezentowania warunków stojących za jego intuicjami. Psychologia potoczna postuluje, że świat dany jest subiektywnej świadomości w sposób niezapośredniczony; zakłada, że doświadczenie treści naocznej (phenomenal content) jest dla ‘ja’ przezroczyste. Metzinger przekonuje jednak, że niezapośredniczenie stanowi tylko pozorne doświadczenie świata „zewnętrznego”:

    “Spoglądając z perspektywy epistemologicznej da się zauważyć, że nasze stany fenomenalne nigdy nie nawiązują dla nas niezapośredniczonej łączności ze światem. [...] Jednakże na poziomie naocznego przedstawienia [...] fakt ten jest systematycznie tuszowany.”

Odwracając tradycyjny pogląd na temat przezroczystości czucia wewnętrznego, Metzinger przekonuje, że przezroczystość jako kluczowa własność doświadczenia fenomenalnego ukazuje błędność fenomenologicznego czystego doświadczenia oraz „subiektywnego wrażenia niezapośredniczenia”. Naiwny realizm nie jest więc jako taką teorią filozoficzną, a raczej ogólną cechą intuicji, jeżeli rozumieć ją jako treść fenomenalną zachodzącą lokalnie z własności neurobiologicznych. Nieprzezroczystość z kolei zachodzi wtedy, kiedy przedstawienia zostają rozpoznane jako przedstawienia. Stąd – nasze pierwotne, przedrefleksyjne poczucie świadomej osobowości nigdy nie jest zgodne z prawdą, tzn. nie odpowiada ono żadnemu bytowi wewnątrz ani zewnątrz samo-reprezentującego się systemu. Kulminacją odwrócenia koncepcji przezroczystości jest fakt, że przezroczystość stanowi formę ciemności: „odnosząc się do fenomenologii doświadczenia wzrokowego, przezroczystość oznacza, że nie możemy czegoś zobaczyć, ponieważ jest to przezroczyste. Nie widzimy okna, tylko przelatującego za nim ptaka. Przezroczystość fenomenalna (phenomenal transparency) ogólnie oznacza jednak, że coś nie jest dostępne subiektywnemu doświadczeniu, konkretnie zaś przedstawieniowy charakter treści świadomego doświadczenia.” Dana w sposób niezapośredniczony treść Fenomenalnego Modelu ‘Ja’ (PSM – Phenomenal Self Model) nie odpowiada ani subosobowym mechanizmom leżącym u podstaw tej treści, ani żadnego rodzaju zewnętrznej rzeczywistości; cały świat życia jest iluzoryczny, stanowi „halucynację online”. Metzinger nazywa ten element teorii modelu ‘ja’ (SMT – self model theory) „autoepistemicznym zamknięciem”, to jest zamknięciem i odcięciem przetwarzania od dynamiki wewnętrznej. Autoepistemiczne zamknięcie zezwala na dostępność treści fenomenalnej, ale nie pojazdu tej treści. (…)

V. Nemocentryzm

Jednym z prawdopodobnie najciekawszych, choć nie omawianych szerzej podtekstów książki Metzingera jest sugestia, że dążenia myśli mogą być uwolnione z więzów przeżywanego doświadczenia, a w wielu wypadkach nawet przeciwstawione interesom życia. Na przykład, w ogólnej dyskusji na temat realizmu naukowego Metzinger pisze, że „istnieją aspekty światopoglądu naukowego, które mogą być szkodliwe dla naszej kondycji psychicznej”. Obiekt „człowiek” składa się z ciasno upakowanych warstw symulacji, a naiwny realizm staje się dla niego koniecznym środkiem prewencyjnym, oddzielającym go od przerażenia towarzyszącego rozpadowi naszych intuicji co do samych siebie i naszego statusu w świecie: „świadoma subiektywność stanowi przypadek, gdzie pojedynczy organizm nauczył się zniewalać sam siebie”. To właśnie tutaj twórczość Thomasa Ligottiego może rozświetlić tezę Metzingera, proponując fenomenologiczne ujęcie tego, co Metzinger uznawał za niemożliwe do wyobrażenia – metodologiczny nemocentryzm.

Ligotti opisuje wywłaszczenie z subiektywnego doświadczenia w taki oto sposób: „Nie ma żadnych ludzi, nic takiego nie istnieje, człowiek to nic więcej niż suma ciasno zwiniętych warstw iluzji, z których każda unosi się na skrzydłach ostatecznego obłędu: przekonania, że istnieją jakieś osoby”. Ligotti łączy ów najwyższy obłęd z metafizycznym irrealizmem co do kwestii substancjalności natury świata. Porządek leżący rzekomo u podstaw świata fenomenalnego jest ledwie podobizną – i to nie podobizną jakiegoś ponadziemskiego królestwa, czy obcego „Innego”, lecz podobizną rzeczywistego świata, który to jest kompletnie obojętny interesom organicznego życia i myśli. Ligotti rozwija więc niektóre z egzystencjalnych i fenomenologicznych implikacji Metzingera o relatywnej autonomii przedstawień: jego bohaterowie doświadczają rzeczywistości w sposób, który jest kompletnie nieprzystający do fenomenologicznego rejestru ludzkiej percepcji.

Twórczość Ligottiego charakteryzują dwa nie rozdzielane nigdy zabiegi: bierne rozproszenie świadomości siebie podmiotu oraz „oświecenie w pustce”. Ten podwójny zabieg demaskuje dotychczasową, odwieczną rzeczywistość jego bohaterów. Duszący efekt, który Ligotti osiąga poprzez ten proces, wzmacniany jest przez konsekwentną odmowę uciekania się do jakiejkolwiek ponadnaturalności: nie ma żadnej ucieczki. A zatem ascesis tego co osobowe zachodzi w rzeczywistości pozytywnie pozbawionej znaczenia, oraz w uzmysłowieniu, które rozpuszcza zarówno prywatność subiektywnego doświadczenia, jak i bezosobowy dystans od mechaniki tego doświadczenia.

Fenomenologiczny nemocentryzm Ligottiego ukazuje tę zapaść opierając się o ustabilizowane, ontologiczne i epistemologiczne fundamenty literatury weird-fiction: krajobraz wypełniony ruinami i duchami marionetek. Marionetki występują w twórczości Ligottiego jako bezduszna, subosobowa rzeczywistość ukryta pod „bezmyślnymi lustrami” naszej naiwnej rzeczywistości. Marionetki te funkcjonują jako „kanał dla nierzeczywistego”; za ich pośrednictwem przenika halucynacyjna fenomenalność, ucieleśniając rzeczywistość snu. Życie ukazane jest jako marionetkowa gra bez wyjścia, niekończący się sen, w którym to marionetki są generalnie nieświadome swego zaklęcia w hipnotycznym tańcu, nie mając pojęcia o jego mechanizmach i nie sprawując nad nimi żadnej kontroli. Jak zauważa Dziemianowicz odnosząc się do opowiadania Ligottiego „Dream of a Mannikin”, nadrzędnym poczuciem marionetki jest podejrzenie że „ona i cały jej świat stanowią jakąś nierzeczywistą machinację”. Marionetka nie jest tylko szyderczą parodią człowieka – stanowi demaskację żyjącej twarzy bezdusznej rzeczywistości, odkrycie bezlitosnych mechanizmów stojących za tym, co osobowe; „Nie ma sposobu na ucieczkę z tego świata. Wnika on nawet w twój sen i stanowi jego substancję. Jesteś schwytany w swe własne śnienie, w którym nie ma przestrzeni. Przetrzymywany na wieczność w miejscu, w którym nie istnieje czas. Nie możesz uczynić nic, czego nie kazano ci zrobić. Nie ma nadziei na ucieczkę z tego snu, który nigdy nie był twój. Same nawet słowa które wypowiadasz stanowią tylko jego słowa.” Nieodparta groza towarzysząca wcieleniu rzeczywistości snu wyrasta z doświadczenia życia w „trójwymiarowym filmie”, „tunelu przechodzącym przez niewyobrażalnie wielowymiarową rzeczywistość”. Owo fenomenalne doświadczenie nemocentryzmu ostatecznie rozpuszcza zarówno prywatność tego co osobowe, jak i dystans od tego, co nieosobowe; „nic nie jest za duże, nic nie jest za małe. Gubisz kluczyki do samochodu, twoją żonę przejeżdża ciężarówka, jakiś świr wysadza w powietrze stolicę Pakistanu”. Odwołanie do marionetki i narastająca pasywność narratora tworzą uczucie kosmicznej klaustrofobii poprzez implozję tego, co osobowe – choć co tak naprawdę oczywiście nigdy osobowe nie było. (…)

Obiektywizacja świata ukazuje jego prawdziwy stan, odsłaniając nieubłagalną mechanikę przedstawień jako krajobraz ohydnego szaleństwa – salę bezmyślnych luster obdartą z ciasno zwiniętych warstw iluzji charakteryzujących cele życia i fizjologię myśli. W międzyczasie, protekcjonizm poznawczy i organiczne zniewolenie zapewniają oniryczną afazję cieniowi tańca marionetki:

    „Pełnia wiedzy i zrozumienia oznacza skok ku oświeceniu w pustce, w zimowy krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z wszystkich stron bezkresnej przestrzeni. Wisimy w tej przestrzeni jedynie dzięki sznurkom naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie próby wyrwania sobie tych sznurków? Przypuszczalnie stoi za tym fakt, że nic nie jest dla nas równie pociągające, nic nie jest bardziej idiotyczne, niż nasze pragnienie posiadania imienia – nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec strzępieniu i plątaniu się tych jakże drogich nam sznurków, gdybyśmy tylko mogli zapobiec upadkowi w puste niebo, moglibyśmy dalej zgrywać się pod przybranymi imionami i kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…”

Poniższe tłumaczenie pochodzi z wydawnictwa Current 93 / Thomas Ligotti “In a Foreign Town, in a Foreign Land”, w skład którego wchodzi płyta oraz książeczka z opowiadaniami. Każde z opowiadań odpowiada tytułem jednemu z czterech utworów na płycie, w tym wypadku jest to “Soft Voice Whispers Nothing”, gdzie David Tibet odczytuje duży fragment tekstu tego opowiadania.

Tekst “In a Foreign Town, In a Foreign Land” ukazał się niedawno w nieco wzbogaconej wersji w zbiorze opowiadań “Teatro Grottesco” – jako jedno opowiadanie podzielone na cztery części.

***

in a foreign town, in a foreign landMożna powiedzieć, że zostałem mieszkańcem miasteczka spod północnej granicy jeszcze długo przed tym, zanim zacząłem podejrzewać że to odległe i opustoszałe miejsce w ogóle istnieje.
Wskazują na to niepoliczalne poszlaki, choć niektóre z nich mogą się wydawać na pierwszy rzut oka nie do końca jednoznaczne. Większa ich część sięga mojego dzieciństwa – tamtych miękkich i szarych lat, kiedy byłem nieustannie dotknięty raz tą, raz inną wysysającą życie chorobą. To właśnie wtedy, na tym wczesnym etapie rozwoju przypieczętowałem swą głęboką więź z zimą, z każdą jej porą czy przejawem. Nic nie zdawało mi się bardziej naturalne, niż podążanie ścieżką wśród ośnieżonych dachów i zwieńczonych lodem płotów, jako że i ja w swej chorobie przejawiałem objawy stanu głębokiego uśpienia. Zmarznięty i blady leżałem pod puszystymi kocami swego łóżka, moje skronie połyskiwały od pokrywających je kropel potu. Z okropnym oddaniem wypatrywałem przez oszronione ramy okna mej sypialni, jak po ospałych zimowych dniach następują oślepiające zimowe noce. Byłem nieustannie świadom możliwości zajścia tego, co mój młody umysł nazywał wówczas „lodowatą transcendencją”. Nawet podczas nawiedzających mnie często majaków byłem więc ostrożny, aby nie pozwolić sobie na zwyczajny sen – wyłączając może wyprawy w odleglejsze krajobrazy, gdzie wymazujący wszystko wiatr porywał mnie w pustkę ostatecznej hibernacji.

Nikt nie liczył że będę żył długo, nawet zajmujący się mną lekarz dr Zirk. Ten wdowiec w późnym wieku średnim sprawiał wrażenie, jakby był głęboko oddany sprawie dobrego samopoczucia ciał, które miał pod swą opieką; jednak odkąd go znałem, miałem przeczucie że i on czuł skrytą więź z najodleglejszymi, opustoszałymi miejscami spod władania zimowego ducha, a więc i on musiał zawrzeć przymierze z miasteczkiem spod północnej granicy. Ilekroć mnie badał siedząc przy moim łóżku, ujawniał się jako fanatyczny współwyznawca tej wiary bez pocieszenia, zdradzając tak liczne jej przejawy i stygmaty. Jego sztywne, przeplatane siwizną włosy i broda – niegdyś tak bujne – obecnie były tylko ich rzedniejącą pozostałością z tamtego czasu, całkiem jak nagie, pokryte szadzią gałęzie drzew za mym oknem. Miał szorstką i chropowatą jak zamarznięta ziemia cerę, a jego oczy przysłonięte były mętną aurą grudniowego popołudnia. Jakże lodowate zdawały mi się jego palce, kiedy badały tętno na mej szyi albo łagodnie ściągały dolne powieki moich oczu..
Pewnej nocy, zapewne w przeświadczeniu że śpię, dr Zirk odkrył przede mną głębię swego wtajemniczenia w opuszczone sekrety zimowego świata, chociaż mówił tylko zagadkowymi urywkami wycieńczonej, umierającej duszy. Głosem czystym i zimnym jak arktyczny wiatr, doktor czynił wzmianki o doświadczaniu „pewnych przepraw” i „groteskowych przerw w ciągłości porządku rzeczy”. Jego drżące słowa przywoływały epistemologię „nadziei i grozy”, całkowitego, ostatecznego obnażenia natury tego „wielkiego, szarego rytuału egzystencji” oraz karkołomnego skoku w „oświecenie w pustce”. Miałem wrażenie, że mówił bezpośrednio do mnie, gdy w lekkim przypływie desperacji rzekł: „Skończyć z tym, mała marionetko, we własny sposób. Zamknąć drzwi jednym zdecydowanym ruchem, zamiast serią małych, zlęknionych kroków. Gdyby tylko ten lekarz mógł wskazać ci drogę ku temu zimnemu wybawieniu!” Ton i powaga tych słów wprawiły moje powieki w drżenie i Dr Zirk natychmiast zamilkł. Zaraz potem do pokoju weszła moja matka, co dało mi pretekst do okazanego wcześniej wzbudzenia. Nigdy jednak nie zdradziłem zaufania i szczerości, jakich doktor okazał mi tamtego dnia.

Tym niemniej, musiało upłynąć wiele lat nim po raz pierwszy trafiłem do miasteczka spod północnej granicy i to właśnie tam przyszło mi zrozumieć źródło i znaczenie słów, które dr Zirk mamrotał owego niemal bezgłośnego, zimowego dnia. Po dotarciu do miasteczka zauważyłem jak bardzo było ono podobne do zimowej krainy mego dzieciństwa, chociaż było już wtedy odrobinę po sezonie. Tamtego dnia wszystko wokół mnie – ulice miasteczka i nieliczni idący nimi ludzie, okna sklepowe i wystawiany w nich skromny towar, kawałki śmieci ledwie poruszane przez na wpół martwy wiatr – wszystko wyglądało jak wyprane z wszelkich barw, jak gdyby ogromna lampa dopiero co błysnęła w spłoszoną twarz tego miasta. Gdzieś pod tą bladą powierzchnią wyczuwałem coś, co nazwałem „wszechogarniającą atmosferą miejsca, które oddało się za przystań dla bezkresnego ciągu rojeń”.

Nad sceną zawisła wyraźna aura delirium, sprawiając że wszystko w polu mego widzenia lśniło mgliście, jakbym spoglądał przez rozmytą poświatę szpitalnej sali: mętność bez substancji, zniekształcająca, choć w żaden sposób nie ograniczająca widoczności znajdujących się w niej i za nią przedmiotów. Na ulicach miasta panowała chorobliwa atmosfera poruszenia, jak gdyby deliryczna aura stanowiła jedynie cichą zapowiedź nadciągającego pandemonium. Słyszałem dźwięk czegoś, czego nie potrafiłem określić: nadciągającą wrzawę, która zmusiła mnie by poszukać schronienia w wąskim przejściu między parą wysokich budynków. Wciśnięty w tę ciemną kryjówkę, spoglądałem na ulicę, nasłuchując jak ten bezimienny zgiełk narastał. Była to kotłowanina łomotu i zgrzytu, jęku i rechotu, głuche dzwonienie czegoś nieznanego przemierzającego miasto po omacku, bezładny pochód na cześć jakiejś wyjątkowej okoliczności delirium.

Ulica, na którą spoglądałem przez prześwit między dwoma budynkami, była teraz całkowicie pusta. Mogłem dojrzeć tylko zarys różnej wysokości budynków, drżący lekko wraz z narastającym dudnieniem nadciągającego pochodu. Bezkształtny łomot zdawał się pochłaniać wszystko wokół mnie, kiedy nagle zobaczyłem jakąś postać przechodzącą przez ulicę. Była ubrana była w luźny biały strój, miała jajowatą, całkowicie nieowłosioną i białą jak klej głowę, jakiś clown poruszający się w sposób jednocześnie swobodny i mozolny, jak gdyby szedł pod wodą lub pod silny wiatr, kreśląc dziwaczne wzory swymi bladymi dłońmi i wzdętymi ramionami. Zdawało się, że trwało to wieczność nim widmo w końcu zniknęło mi z oczu. Jednak w ostatniej chwili postać obejrzała się by spojrzeć w wąskie przejście w którym stałem ukryty, ukazując swą bladą, zatłuszczoną twarz o wyrazie martwej wrogości.
Po postaci prowadzącej pochód nadeszły kolejne, w tym grupa zaprzęgniętych jak bestie nędzarzy ciągnących długie, szczeciniaste liny. Po chwili oni także zniknęli mi z widoku, pozostawiając za sobą jedynie luźno wiszące sznury. Były one przywiązane za pomocą olbrzymich haków do pojazdu, który wtaczał się teraz na scenę szorując głośno o chodnik wielkimi drewnianymi kołami. Pojazd ten stanowiła jakaś platforma z ogromnymi drewnianymi palami wystającymi z jej podstawy, które składały się pionowe kraty klatki. Nic nie zabezpieczało jej od góry, więc pale chybotały się wraz z ruchem procesji.

O kraty klatki obijał się szereg przedmiotów zwisających z ich szczytu, przypadkowo uwiązanych wszelkiego rodzaju szmatami, sznurkami i drutem. Widziałem maski i buty, przybory domowe i nagie lalki, duże wyblakłe kości i szkielety małych zwierząt, butelki z barwionego szkła, głowę psa owiniętą kilkukrotnie łańcuchem wokół szyi, rozmaite strzępy i odpadki, i inne rzeczy, których nie byłem w stanie nazwać, a wszystko to obijało się o siebie w szalonym łomocie. Patrzyłem i słuchałem jak ten absurdalny pojazd przemierzył ulicę; Nic już po nim nie nadeszło, a zagadkowa procesja zdawała się dobiegać końca, pozostawiając za sobą zaledwie chorobliwy szmer rozmywający się w oddali. I wtedy usłyszałem za sobą głos:

„Co tu robisz?”

Odwróciłem się i ujrzałem starą, grubą kobietę nadciągającą w moim kierunku, wynurzającą się z cienia tego wąskiego przejścia między dwoma wysokimi budynkami. Nosiła bogato zdobiony kapelusz prawie tak szeroki jak ona sama, a jej i tak już obfitą sylwetkę powiększały liczne warstwy kolorowych chust i szali. Jej ciało dodatkowo obciążało kilka naszyjników wiszących jej u szyi jak pętla, parę bransolet pobrzękujących na obu jej pulchnych nadgarstkach oraz cały asortyment pstrokatych pierścieni pobłyskujących na grubych palcach jej dłoni.

„Oglądałem paradę”, powiedziałem. „Nie mogłem jednak dojrzeć co znajdowało się tamtej klatce, czy cokolwiek to było. Zdawała się pusta.”

Przez jakiś czas kobieta patrzyła na mnie tylko i oceniała moją twarz, być może domyślając się, że dopiero niedawno przybyłem do miasteczka spod północnej granicy. Potem przedstawiła się jako pani Glimm i oznajmiła że prowadzi pensjonat. „Masz gdzie zostać?”, spytała się agresywnie domagającym się tonem. „Niedługo będzie ciemno,” powiedziała, zerkając lekko w górę. „Dni ciągle się skracają”.
Zgodziłem się pójść za nią do pensjonatu. Po drodze spytałem ją o tamtą paradę. „To wszystko jakieś głupoty”, powiedziała, prowadząc mnie po ciemniejących ulicach miasteczka. „Widziałeś to?”, spytała, podając mi wymięty kawałek papieru, wyciągnięty spomiędzy warstw jej chust i szali.

Wyprostowując stronę, którą pani Glimm umieściła w moich dłoniach, próbowałem odczytać widniejące na niej słowa mimo pogłębiającego się zmroku. Na górze strony znajdował się pisany drukowanymi literami tytuł: WYKŁAD METAFIZYCZNY I, a pod nim krótki tekst, który czytałem idąc za panią Glimm. “Ktoś kiedyś powiedział,” rozpoczynał się tekst „że niektóre przeprawy życiowe – czy to ekstatyczne, czy koszmarne – winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, jako że po ich przejściu nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej. Obowiązuje jednak odwrotna zasada: nasze imiona wloką się za nami jeszcze długo po tym, jak wszystko co przypominało to, czym byliśmy wcześniej, jak i to, czym wydawało się nam że byliśmy, przestało istnieć. Nie, żebyśmy mieli wiele za punkt wyjścia – jedynie kilka wątpliwych wspomnień i impulsów unoszących się w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej, nie kończącej się zimy. Ostatecznie jednak każdy z płatków opada, osadzając się w zimnej, bezimiennej otchłani.”

Po przeczytaniu krótkiego „wykładu metafizycznego”, spytałem pani Glimm skąd wzięła się ta kartka. „Były rozrzucone po całym mieście”, odpowiedziała. „Jakieś głupoty, jak cała ta reszta. Osobiście uważam, że takie rzeczy źle robią interesom. Dlaczego mam szwendać się po mieście i szukać swoich klientów na ulicach? Ale tak długo, jak ktoś płaci moją cenę, zakwateruję go w takim stylu, jaki sobie zażyczy. Mam upoważnienie nie tylko by prowadzić jeden czy dwa pensjonaty, ale także by występować jako asystent przedsiębiorcy pogrzebowego oraz dyrektor kabaretu. No cóż, dotarliśmy. Możesz wejść, ktoś tam się tobą zajmie. Ja mam teraz spotkanie umówione gdzie indziej.” To mówiąc, pani Glimm odeszła, z każdym krokiem podzwaniając swoją biżuterią.

Pensjonat pani Glimm był jednym z kilku wielkich obiektów położonych przy ulicy. Każdy z nich miał podobne cechy i – jak się później dowiedziałem – był w posiadaniu bądź pod nadzorem jednej osoby – to jest pani Glimm. Ulica była obsadzona niemal równym szykiem wysokich, pozbawionych stylu domów o bladych, szarych fasadach urzędu i ogromnych, ciemnych dachach. Mimo rozległości ulicy, chodnik przed budynkami był tak wąski, że dachy sięgały lekko poza jego brzeg, tworząc wrażenie zamknięcia jak w tunelu. W zasadzie każdy z tych budynków mógł należeć do tej samej rodziny, co dom z mego dzieciństwa, który ktoś kiedyś opisał jako „architektoniczny jęk”. Myślałem o tym wyrażeniu, kiedy rezerwowałem pokój w pensjonacie pani Glimm, nalegając by miał okna z widokiem na ulicę. Gdy już znalazłem się w swoim apartamencie – właściwie pojedynczej, całkiem przestrzennej sypialni – stanąłem przed oknem, wodząc wzrokiem po ulicy szarych domów. Zebrane razem, domy te zdawały się tworzyć jakąś procesję, jakby zamarznięty kondukt pogrzebowy. W kółko i w kółko powtarzałem sobie w myślach wyrażenie „architektoniczny jęk”, aż w końcu wyczerpanie ściągnęło mnie sprzed okna pod zatęchłe koce łóżka. Nim zasnąłem, przypomniałem sobie że osobą, która użyła tego określenia by opisać mój dom, był jakże częsty jego gość – dr Zirk.

Tak więc to Dr. Zirk zaprzątnął moje myśli, kiedy zasypiałem w tamtej przestrzennej sypialni pensjonatu pani Glimm. Myślałem o nim nie tylko dlatego, że użył określenia „architektoniczny jęk” by opisać dom z czasów mego dzieciństwa, tak podobny do tych budowli o wysokich dachach ciągnących się wzdłuż ulicy, ale także – a może przede wszystkim – z powodu słów krótkiego wykładu metafizycznego, które przeczytałem parę godzin wcześniej. Jakże przypominały mi one ten urywany mamrot doktora siedzącego przy mym łożu, doglądającego moich wysysających życie chorób, które według wszystkich miały być przyczyną mej śmierci w bardzo młodym wieku… Leżąc w tym dziwnym pensjonacie pod zatęchłymi kocami mego łóżka, przy odrobinie księżycowego światła padającego na rozległą, senną przestrzeń pokoju wokół mnie, raz jeszcze poczułem ciężar kogoś siedzącego na mym łóżku, schylającego się nad moim śpiącym ciałem, usługującego mu niewidocznymi gestami i łagodnym głosem. Wtedy to, udając że śpię zupełnie jak za dziecka, usłyszałem słowa drugiego „wykładu metafizycznego”, szeptane powolną, rezonującą monotonią. „Powinniśmy być wdzięczni”, rzekł do mnie głos, „że niedostatek wiedzy na tyle ogranicza nasze widzenie, że możemy w ogóle cokolwiek czuć. Skąd wzięlibyśmy pretekst by na cokolwiek reagować, gdybyśmy rozumieli… wszystko? Jedynie umysł oddzielony pada ofiarą intensywnych emocji. Bez zawieszania wynikającego z naszego stanu nieoświecenia – jako istoty opętane przez nasze ciała i płynący z nich obłęd – któż zainteresowałby się tym kosmicznym przedstawieniem choćby na tyle, aby zdobyć się na najsłabsze ziewnięcie na jego widok, a co dopiero na bardziej dramatyczne gesty mogące nadać jakże rzadkiego koloru temu światu, złożonego zasadniczo z odcieni szarości na tle czerni? Nadzieja i groza – by wymienić choćby dwa z niepoliczalnych stanów wynikających z niepełnego wglądu – co by z nich zostało w obliczu ostatecznego objawienia, obnażającego brak ich konieczności? Z drugiej strony, zarówno nasze najwznioślejsze, jak i najbardziej porażające emocje otrzymują doskonałą pożywkę, ilekroć pojedynczy promień wiedzy zostaje oddzielony od pełnego spektrum zrozumienia, a następnie całkowicie zapomniany. Wszystkie nasze uniesienia, święte czy unużane w błocie, opierają się na odmowie poznania nawet najbardziej powierzchownych prawd oraz na naszej obłąkańczej woli podążania ścieżką zapomnienia. Amnezja stanowi prawdopodobnie najwyższy sakrament tego wielkiego szarego rytuału egzystencji. Pełnia wiedzy i zrozumienia oznacza skok ku oświeceniu w pustce, w zimowy krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z wszystkich stron bezkresnej przestrzeni. Wisimy w tej przestrzeni jedynie dzięki sznurkom naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie próby wyrwania sobie tych sznurków? Przypuszczalnie stoi za tym fakt, że nic nie jest dla nas równie pociągające, nic nie jest bardziej idiotyczne, niż nasze pragnienie posiadania imienia – nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec strzępieniu i plątaniu się tych jakże drogich nam sznurków, gdybyśmy tylko mogli zapobiec upadkowi w puste niebo, moglibyśmy dalej zgrywać się pod przybranymi imionami i kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…”

Głos szeptał dalej wymawiając kolejne słowa, więcej słów niż jestem w stanie sobie przypomnieć, jakby mógł głosić swój wykład bez końca. Jednak w pewnym momencie odpłynąłem w sen, jakiego nigdy wcześniej nie śniłem – spokojny, szary i bez snów.

Następnego ranka zbudził mnie jakiś hałas za oknem. Była to ta sama szaleńcza kakofonia, jaką słyszałem poprzedniego dnia, kiedy to po raz pierwszy przybyłem do miasteczka spod północnej granicy i zostałem świadkiem przemarszu niezwykłej parady. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna, nie zobaczyłem jednak nic, co mogłoby zwiastować ponowne nadejście tej hałaśliwej procesji. Wtedy moją uwagę przykuł dom naprzeciw mnie – jedno z jego najwyższych okien było szeroko otwarte. Tuż pod parapetem tego okna dojrzałem ciało zwisające za szyję na grubym, białym sznurze. Lina była mocno napięta i prowadziła przez okno w głąb pokoju. Z jakiegoś powodu widok ten nie zdał mi się w żaden sposób niespodziewany czy nie na miejscu – nawet gdy dudnienie parady stało się znacznie głośniejsze, ani nawet kiedy dotarło do mnie kim był ten niezwykle wątły wisielec o niemal dziecięcej posturze i promieniście siwych włosach i brodzie. Mimo, że ciało to było znacznie starsze niż kiedy widziałem je po raz ostatni, należało ono bezspornie do mojego dawnego lekarza, Dr. Zirka.
Mogłem teraz ujrzeć nadchodzącą paradę. Zbliżając się z odległego końca szarej, przypominającej tunel ulicy, spacerowała jajogłowa, przypominająca clowna istota ubrana w luźny biały strój, mierząca wzrokiem wysokie domy po swych obu stronach. Mijając moje okno, spojrzała na mnie przez chwilę z tym samym wyrazem martwej wrogości, po czym poszła dalej. Podążał za nią szyk nędzarzy zaprzęgniętych w liny przyczepione do przypominającego klatkę pojazdu, który wtoczył się na swych drewnianych kołach. Niezliczone przedmioty stukotały o jego kraty, znacznie więcej przedmiotów niż widziałem poprzedniego dnia. Groteskowy inwentarz zawierał teraz również butelki z pigułkami grzechoce wraz ze swoją zawartością, błyszczące skalpele i narzędzia do cięcia kości, zwisające jak ozdoby choinkowe, powiązane w pęki igły ze strzykawkami oraz stetoskop owinięty wokół odciętej głowy psa. Drewniane pale klatki chybotały się prawie do złamania od dodatkowego ciężaru tej porzuconej sterty. Jako że klatka nie miała przykrycia, spoglądając ze swego okna mogłem zajrzeć do jej wnętrza – niczego tam jednak nie było, a przynajmniej jeszcze nie wtedy. Kiedy pojazd sunął bezpośrednio pode mną, spojrzałem na przeciwległy brzeg ulicy, na wisielca i grubą linę, na której dyndał jak marionetka. Spomiędzy cieni pomieszczenia za oknem wyłoniła się dłoń trzymająca błyszczącą, prostą brzytwę; na jej pulchnych palcach widniały liczne pstrokate pierścienie. Gdy dłoń skończyła pracować nad węzłem, ciało Dr. Zirka spadło z wysokości szarego domu i wylądowało w mijającym go otwartym pojeździe. Procesja, która dotąd była ospała w każdym aspekcie, zaczęła teraz znikać szybko z widoku, a przytłumiona kotłowanina jej dźwięków rozmywała się w oddali.
Skończyć z tym, pomyślałem – skończyć z tym w takim stylu, w jakim tylko zapragniesz.

Spojrzałem na dom po drugiej stronie ulicy. Otwarte jeszcze przed chwilą okno było teraz zamknięte i zakryte zasłoną. Przypominająca tunel ulica szarych domów stała się absolutnie cicha i statyczna. I wtedy, jakby w odpowiedzi na me najskrytsze życzenie, pojedyncze płatki śniegu zaczęły opadać z szarego porannego nieba, każdy z nich cichym, szepczącym głosem. Patrzyłem dalej, wyglądając bez końca z mego okna na ulicę i miasto, i wiedziałem już, że tu jest mój dom.

Depatament StorePoniższy tekst stanowi wstęp do zbioru opowiadań Ligottiego “The Shadow at the Bottom of the World”.

Aby opowiadanie grozy działało na czytelnika, musi ono jednocześnie odzwierciedlać i zniekształcać świat, który zna – a więc to samo miejsce, w którym rozmnaża się, walczy i je. Oznacza to, że opowiadanie to nie może wkraczać na święte ziemie okupowane przez uznane instytucje wiary. Instytucje te mają bowiem w zwyczaju by w trosce o swych członków nazywać podległe im terytoria obszarami niemożliwymi do poznania. Gdybyśmy mimo to poprowadzili nasze opowiadanie tą tchórzliwą ścieżką, utraciłoby ono swą największą wartość – mianowicie moc przekazywania prawdy o naszych aktualnych, ciągle ewoluujących lękach, oddając się zamiast tego utrwalaniu prymitywnych tradycji jakiejś odległej przeszłości. Prawo literackie, którego w swej twórczości przestrzegali tylko najwięksi pisarze gatunku jak Edgar Allan Poe czy H.P. Lovecraft, można sformułować w następujący sposób: żadne opowiadanie grozy nie będzie wykorzystywać swych czytelników grając na ich wierzeniach. Jest to łatwa i podła gra, której dopuściłby się tylko skryba najniższego sortu. Głowy czytelników są już i tak pełne wszelkiego rodzaju lęków warunkowanych im od dzieciństwa spędzonego w rękach gniewnego boga. Szczęśliwie, został nam dany inny wzorzec dla horroru, nie mający nic wspólnego z kaznodziejami, ambonami i fasadowemu posłuszeństwu doktrynie. Wzorcem tym jest mianowicie senny koszmar. Jedyne doktryny jakim posłuszny jest koszmar to te, które wywodzą się właśnie z naszych ewoluujących lęków. Żaden zły sen nie skończył się nigdy wybawieniem śniącego od piekła jego umysłu. Takie zakończenia powstają zawsze po fakcie, pisane z rąk pisarzy o zacięciu wybawicielskim.

Nie ważne jak niechętnie i rzadko dopuszczamy do siebie świadomość śmierci, chorób, kalectwa i obłędu – dla większości z nas jest ona w takim samym stopniu nieunikniona, jak inna konieczność: taka mianowicie, by zgodnie z pewnym rytmem regularnie opuszczać ten świat i udawać się w podróż do innego – do świata, w którym jesteśmy zmuszeni stawiać czoła nienaturalnej grozie – wypaczonym rzeczywistościom powstającym tylko dlatego, że nasze mózgi przechodzą w inny tryb funkcjonowania. W perspektywie przebudzonego „ja”, światy te mogą być nazwane w tylko jeden sposób: „obłąkańcze”. Prawdopodobnie równie stosownym określeniem byłoby także słowo „nadprzyrodzone”, gdyż jak wykazał Zygmunt Freud w swoim słynnym eseju „Niesamowite”, istnieje zwyczaj symbolicznego zrównywania stanów odchyleń umysłowych z dziwacznymi wydarzeniami świata „rzeczywistego”. To właśnie stąd wzięło się długotrwałe skojarzenie między literaturą grozy a tym, co nadprzyrodzone. Jeżeli umieszczamy ducha ze snu w kontekście naszego życia na jawie – nawet jeśli robimy to tylko na łamach opowiadania o duchach – to tym samym z własnej woli podejmujemy się metafizyki pomyłki. Motywacja tego działania jest równie poplątana, jak wszystkich pozostałych działań na ziemi; Jedno jest pewne – robimy to, bo czujemy do tego pociąg. Spekulacja ta odwodzi nas jednak od naszego głównego zagadnienia, jakim jest fabuła opowiadania grozy i jego geneza w koszmarze.

Droga między koszmarem a horrorem bywa zwykle długa i pokręcona. Jeśli chodzi o fabułę jakiej mógłby dostarczyć koszmar – ma on to do siebie, że notorycznie generuje wątki albo banalnie proste i tym samym nie działające poza obrębem snu, albo zbyt skomplikowane aby wyciągnąć z nich jakiś sens. Oczywiście, to samo może być powiedziane o naszym życiu na jawie. Z jednej strony składa się na nie kilka podstawowych, rutynowych działań i kiedy je rozebrać do naga, nie mają w sobie wiele interesującego. Mimo to musimy je realizować, jeżeli to przedstawienie ma trwać dalej. Jemy, ponieważ jesteśmy głodni i umrzemy, jeśli nie uda nam się zaspokoić tego głodu. Pracujemy, ponieważ musimy zapewniać sobie pożywienie i schronienie przed żywiołami. Śpimy, ponieważ jesteśmy zmęczeni i musimy się zregenerować by móc dalej pracować, co z kolei pozwala nam się schronić i pożywić. Jednakże te rutynowe działania i ich sens nie zapewniają wystarczającego materiału na twórczość literacką – byłaby z tego raczej uciążliwa lektura. Z drugiej strony, sprawy w naszym życiu przybierają czasem tak porywający i tajemniczy obrót, że sprawia nam trudność samo choćby określenie co się właściwie dzieje. Jednego dnia rutynowo podbijamy kartę w biologicznej fabryce, a następnego wikłamy się w jakąś najniezwyklejszą historię tylko dlatego, że zobaczyliśmy ładną twarz albo rzuciliśmy lekkomyślnie kilka słów, które wywołały pożar wściekłości trwający czasem kilka godzin, a czasem przeciągający się na całe lata. Z początku próbujemy jakoś to sobie tłumaczyć, ostatecznie jednak dochodzimy do wniosku że po prostu nie jesteśmy w stanie nazwać mechanizmu stojącego za początkowym impulsem – nadążyć za tym co właściwie go napędzało a co hamowało, i zrozumieć do czego na koniec doprowadził. Jest to jeden z głównych powodów, dla których w ogóle czytamy literaturę – jesteśmy nieusatysfakcjonowani bądź sfrustrowani zarówno zasadniczą nudą, jak i bezkonkluzywną, dezorientującą złożonością naszego życia. Brakuje mu czegoś, czego pragniemy – znaczenia… albo, innymi słowy, wątku. Żadne inne stworzenie na tym świecie niczego takiego nie wymaga – zdaje się, że brzemię to należy wyłącznie do nas. Z tego też powodu norweski filozof Peter Wessel Zapffe uznał istotę ludzką za pomyłkę w świecie natury. Jest w nas pragnienie, które nigdy nie może zostać zaspokojone, pragnienie, które nie jest naturalne – a przynajmniej nie występujące nigdzie indziej w królestwie natury. Mimo to, będziemy dalej trwać w tej pogoni za niemożliwym i ostatecznie przyjdzie nam w tym wysiłku umrzeć. Na tym polega tragedia ludzkiej egzystencji, którą – jak stwierdził Zapffe – staramy się przed sobą zakrywać najlepiej, jak tylko możemy. Tylko tak możemy znosić istnienie, które niesie grozę na swym każdym kroku. Tworzymy więc pełne znaczeń narracje, zawiązując między sobą spisek kłamstw mających upozorować spójność, jakiej odmawia nam zarówno nasze życie we śnie, jak i na jawie. Stąd też mitologie, religie, a nawet scenariusze naukowe rozpoczynające się big-bangiem, ciągnące się aż zjawią się w nich jakieś postaci i wtedy urywające się w entropii; na naszym etapie historii wkraczanie na ten grunt, po którym kroczyło już tak wielu przed nami, wydaje się zbędne i co najmniej banalne. Interesują nas tu jednak wątki fikcji literackiej – konkretnie zaś te, która oscylują między koszmarem a powieścią grozy. Jeśli znowu zboczyliśmy nieco z głównego tematu, nie powinno to być zaskoczeniem. Może się nawet okazać, że zyskamy na kilku kolejnych krokach w bok.

Częścią naszego dziedzictwa jako istot obdarzonych świadomością – zdających sobie sprawę z tego że żyją i że nieuchronnie umrą – jest fakt, że zdarza nam się miewać koszmary. Każde działanie, jakiego się w życiu podejmujemy, wiąże się z ryzykiem. W wypadku czynności jaką jest kładzenie się spać, jest ono takie, że nasz umysł może niczym balon podryfować ku pokrytemu chmurom i cieniom niebu, gdzie przyjdzie mu znosić udrękę w scenerii niewyobrażalnego obłędu. W czasie, gdy nasze ciała leżą unieruchomione w stanie paraliżu, nasza błąkająca się po zaułkach mózgu świadomość zostaje wykrzywiana do granic psychozy… przynajmniej do chwili, kiedy skala grozy staje się zbyt wielka, aby sen mógł trwać dalej; zostajemy wtedy na powrót pchnięci ku jawie.

Jednak jeśli koszmar dostatecznie nami wstrząsnął, może zająć trochę czasu nim się w pełni obudzimy. Jesteśmy dostatecznie przytomni by sięgnąć lampy i wygramolić się z łóżka, przecierając oczy jakbyśmy chcieli zetrzeć wizje jakich padliśmy ofiarą, przykładając dłonie do skroni aby poczuć że wracamy do znajomych obszarów fizyczności. Jednak nie do końca jeszcze opuściliśmy świat koszmaru. Wychodzimy więc z przemienionego w komnatę grozy pokoju i poszukujemy jakiegoś innego miejsca w naszym domu, nie skażonego doświadczonym przez nas szaleństwem, gdzie moglibyśmy umieścić swoje ciało – stojące, aby uniemożliwić mu ponowne utonięcie w tą obłąkaną ciemność, z której staramy się wydostać. Kiedy już siądziemy, zaczynamy stękać i przeklinać na wspomnienie tej przerażającej przeprawy, przez jaką zabrała nas świadomość. Nasz umysł dalej nękają pozostałości po rzeczach, jakich nigdy nie spodziewalibyśmy się doświadczyć, serwując widoki wyskakujące z ciemności wewnątrz nas, gdzie nadal w kółko rozgrywane są wewnętrzne scenariusze – jak grająca w głowie melodia, której nie możemy zatrzymać. Nasze ciało nadal drży od objawów tej niematerialnej choroby – jej gorączki, spustoszenia i pomieszania. Nie jesteśmy już zatrzaśnięci we śnie, nadal jednak nie jesteśmy w pełni wyzwoleni z jego uścisku. Najgorszą zaś rzeczą, jaka wiąże się z przebywaniem w tej strefie przejściowej – najokropniejszym objawieniem, jakiego w tym stanie można zaznać – stanowi nie sam ów koszmar, który to wślizgnął się niedawno do naszych czaszek i zasiedlił w nich na pewien czas. Ta trauma dobiegła już końca. Światła mieszkania palą się wokół nas… jednak nadal trwamy w stanie delirium, które w innych okolicznościach mogłoby sugerować jakąś poważną chorobę umysłową albo uszkodzenie systemu dającego nam poczucie, że jesteśmy kimś prawdziwym, że mamy normalne i ciągłe „ja”. Tym co najgorsze w zawieszeniu między dwoma światami nie jest wcale wspomnienie minionego już koszmaru, osuwające się właśnie w jedno z pokrytych szlamem i pajęczynami zagłębień pamięci. Jest nim natomiast idea wszystkich tych koszmarów, które mają w naszym życiu dopiero nadejść. W tych chwilach granicznych między zniekształceniami chorego snu a pełnym wyzdrowieniem, pozwalającym naszemu umysłowi wrócić ze szpitala do domu, odkrywamy, że perspektywa kolejnych epizodów tego rodzaju – tych nawrotów szału śpiącego umysłu – jest absolutnie nie do zniesienia. Jak mielibyśmy kiedykolwiek zdobyć się na podjęcie ryzyka powrotu do tamtego łóżka, aby znów zejść do świata snu? Cóż za potworne przeznaczenie musimy bezradnie znosić każdej nocy – stawać na krawędzi przepaści snu, nie wiedząc co nas czeka na dole…

Jak już wcześniej jednak zauważyliśmy, każdy krok w naszym życiu wiąże się z ryzykiem. Zdanie to można by słusznie rozszerzyć, aby – jak wskazują pewne fakty i statystyki – mówiło nie tyle o ryzyku, co wręcz o pewności bólu i cierpienia, otaczających nas niczym drut kolczasty, w który prędzej czy później musimy z impetem wpaść. Tylko nieliczni zaklinają się że nie wejdą do samochodu z uwagi na pewne wyjątkowo groteskowe okaleczenia czy zgony, które nie raz wyniknęły z powodu tej decyzji. Z drugiej strony, wielu rezygnuje z zaznawania euforii, w jaką wprawia jazda na motocyklu – nawet jeśli nie słyszeli wcześniej, że chirurdzy zwykli nazywać te pojazdy „dawco-cyklami”. Jednak nawet najbardziej beztroscy z nas ważą ryzyko, zestawiając potencjalną krzywdę jaką mogą odnieść, z uzyskaną w zamian nagrodą. Wielu ludzi wierzy, że może wybierać jaki rodzaj zagłady ich spotka; czasem rzeczywiście kończą oni swój żywot w takich mniej więcej okolicznościach, jakie sobie wyobrazili. Oczywiście, kiedy już wpadną w tarapaty, tłumaczą je sobie w nieco inny sposób. W sprawach okropieństw, które mogłyby pokrzyżować ich plany życiowe, ludzie pozostają nieświadomi do granic możliwości. Choć zdarza im się otrzeć się o poważne kalectwo lub śmierć, zwykle zdrowieją z tych doświadczeń i podobnie jak ktoś, kto swego czasu przeżył serię nocnych koszmarów – w końcu z powrotem kładą się spać… ponieważ to właśnie we śnie pragną umrzeć, przeżywszy już swoje długie i zdrowe życie. Ani koszmary we śnie, ani na jawie, nie wstrzymały nigdy marszu ludzkości. Nie żeby urodzona już osoba, czy uformowane już społeczeństwo miały jakiś inny wybór, niż trwać w założeniu, że na krótką metę wszystko będzie w porządku – starając się przy tym możliwe najmniej myśleć o tym jak to się skończy. Codzienne i świadome stawianie czoła koszmarom z zasady nie leży w ludzkim zwyczaju. Istnieją jednak nieliczni pośród nas, którzy oddają się badaniu koszmaru we wszelkich jego odmianach – i być może za sprawą przypadku lub jakiejś wady charakteru – pragną oni publikować swoje odkrycia w formie znanej powszechnie jako opowiadanie grozy. Poniższe obserwacje zostały zaczerpnięte z moich własnych badań nad tym właśnie obszarem ludzkiego doświadczenia.

Jakkolwiek przerażające potrafią być koszmary, nie sama groza stanowi ich istotę – podobnie zresztą jak nie stanowi ona istoty horroru. Rzecz jasna, musi być w nich coś przerażającego – czy to ucieczka przed kimś czyhającym na ciebie pośród ciemnych uliczek, bieg po omacku wgłąb wiecznie zwężającego się tunelu, czy też wizyta jakiejś widmowej istoty. Specyfika koszmaru nie leży jednak w tych, ani w jakichkolwiek innych hipotetycznych sytuacjach jako takich. To, co sprawia, że koszmar rzeczywiście staje się koszmarny, to poczucie, że dzieje się właśnie coś, co nie powinno się dziać. I chociaż koszmar stanowi najlepszy przykład sytuacji, w której zachodzi coś niemożliwego i nie do pomyślenia, to jednak sytuacje te nie zdarzają się wyłącznie w godzinach naszego snu.

Aby zilustrować to łatwo dostępnym przykładem, rozważmy scenariusz wypadku samochodowego – wydarzenia, którego z początku doświadcza się, jakby to był sen. Oto nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie czas niesie cię zupełnie odmiennym nurtem niż dotąd. Być może podróżowałeś właśnie po jakiejś śliskiej drodze, kiedy nagle i bez ostrzeżenia odkrywasz, że straciłeś kontrolę i za chwilę przelecisz przez kilka pasów nadciągającego z naprzeciwka ruchu. Wiesz, że takie rzeczy zachodzą dość łatwo; może nawet przydarzyły ci się już wcześniej; wiesz, że przytrafiają się one ludziom praktycznie codziennie. Tym niemniej, wypadek ten nie był w twoich planach – dlatego zresztą zwie się wypadkiem. Sprawia wrażenie pomyłki, nawet jeśli da się go wytłumaczyć jako zbieg serii przyczynowo-skutkowych okoliczności. Jest pomyłką, ponieważ – jak co dzień zresztą – miałeś własne wyobrażenie tego, jak sprawy powinny się dziś potoczyć. Bezradne wirowanie w samochodzie w czasie kiedy inni usiłują cię ominąć – być może nieskutecznie – nie było częścią twojego planu dnia. Raz zdajesz się mieć sprawy pod kontrolą, chwilę później lecisz w kierunku nie do przewidzenia. Kręcąc się tak po śliskim od śniegu lub deszczu chodniku, nie czujesz przerażenia – przynajmniej jeszcze nie teraz. Na tym etapie wszystko jest dziwnością. Zabrano cię do miejsca innego niż wcześniej i nie masz tu już kontroli. Wszystko może się teraz zdarzyć. Wślizgnięcie się tego podejrzenia do twych myśli znaczy moment, w którym rozpoczyna się koszmar. Nic już nie jest bezpieczne ani nic nie jest zakazane. Zupełnie znienacka uruchomione zostało coś, co przemieniło wszystko w rzeczy, których być nie powinno – przynajmniej zgodnie z twoją urojoną koncepcją twego życia i jego „sensownej” trajektorii. A jednak – takie rzeczy się zdarzają, wie to każdy. Zawsze się zdarzały i zawsze będą się zdarzać.

Odsuwamy jednak od siebie ten koszmar, nazywając go wymyślonym i negując jego rolę w naszym prawdziwym życiu; zakotwiczamy się w odległych od niego krainach, władanych przez takie „rzeczywistości” jak Kraj albo Bóg; rozpraszamy swą uwagę, zawężając umysł do obszarów, w których zdaje się być nieobecny; i ostatecznie – łagodzimy koszmar, umieszczając go w opowiadaniach, obrazach i innych formach wyrazu, które możemy odłożyć kiedy nam się żywnie podoba. Gdybyśmy tego zaniechali, zostalibyśmy skazani na życie w ciągłym koszmarze… świecie, który nie powinien być, a mimo to trwa. Spiskujemy więc ze sobą i przeciw sobie, aby zanegować najbardziej oczywiste fakty koszmaru – śmierć, obłęd, zwyrodnienie i kalectwo. Poprzez funkcjonowanie na zasadach koszmaru, opowiadanie grozy stanowi sposób, za pomocą którego pewni ludzie myślą o czymś, czego nie da się pomyśleć, stawiają czoła czemuś, na co w przeciwnym razie nie byliby w stanie spojrzeć i, co najważniejsze, kontrolują i nadają znaczenie czemuś, co nie może ani poddawać się kontroli, ani skrywać jakiegokolwiek znaczenia. Jest to perwersyjny sposób na obronę przed czymś, co nas poniża i niszczy, przed czym nie ma ratunku i co nigdy nie powinno zaistnieć – przed życiem samym w sobie z całą wrodzoną mu groteskowością. Jednakże jedynym rezultatem naszych wysiłków w nadpisywaniu tego, co już zapisano, przerabianiu czegoś, co już utrwalono, przemienianiu rzeczy, która jest niezmienna i godzeniu się z czymś, co jest nie do zaakceptowania, to tylko dalsze pogorszenie naszej sytuacji. Nie ma znaczenia jak wielu papierowym potworom stawimy czoła czy z jak wielu koszmarów się otrząśniemy – najlepsze co możemy uczynić to otworzyć strony Poego i zarecytować – w miarę możliwości zrezygnowanym i sardonicznym tonem – słowa wiersza „Zdobywca czerw” opowiadającego historię, w której jest „Dużo Szaleństwa, więcej Grzechu, / A motyw sztuki – Groza dusz”

In a Foreign Town, in a Foreign LandPoniższe tłumaczenie pochodzi z wydawnictwa Current 93 / Thomas Ligotti “In a Foreign Town, in a Foreign Land”, w skład którego wchodzi płyta oraz książeczka z opowiadaniami. Każde z opowiadań odpowiada tytułem jednemu z czterech utworów na płycie, w tym wypadku jest to “The Bells Will Sound Forever”. Tekst na płycie sugeruje, że opowiadanie i muzyka stanowią nierozrywalną całość.

Siedziałem na jednej z ławek niewielkiego parku w pewien bezbarwny, wczesnowiosenny poranek, kiedy usiadł przy mnie mężczyzna, który wyglądał jakby wkrótce miał znaleźć się w szpitalu. Przez pewien czas oboje w milczeniu wpatrywaliśmy się w wypłowiałą, wilgotną przestrzeń tego miejsca, gdzie wszystko jeszcze topniało, znaki odnawiającego się życia zdawały się być tymczasowe a kontury nagich gałęzi drzew rysowały się wyraźnie na tle szarego nieba. Znałem tego człowieka z moich wcześniejszych wizyt w parku i kiedy przedstawił mi się po imieniu, odniosłem wrażenie, że kojarzę go jako jakiegoś rodzaju biznesmana. Przeszły mi przez myśl słowa: „agent handlowy”, kiedy siedziałem tak wpatrując się w cienkie, ciemne gałęzie i szare niebo nad nimi. Nasza cicha i nieco niepewna rozmowa zeszła niepostrzeżenie na temat pewnego miasta położonego niedaleko północnej granicy, miejsca, w którym niegdyś mieszkałem. „Upłynęło wiele lat,” powiedział mężczyzna, „odkąd byłem tam po raz ostatni”. Opowiedział mi potem o czymś, czego doświadczył w czasach kiedy często podróżował do odległych miejsc, załatwiając interesy dla firmy, której był wieloletnim i oddanym przedstawicielem.

Była późna noc i potrzebował noclegu przed dalszą podróżą do końcowego celu, położonego za północną granicą. Jako niegdysiejszy mieszkaniec tego miasta wiedziałem, że były zasadniczo dwa miejsca, w których mógł spędzić tę noc. Jednym z nich był pensjonat położony w zachodniej dzielnicy, który w rzeczywistości stanowił burdel odwiedzany głównie przez podróżnych agentów handlowych. Drugi, położony gdzieś we wschodniej dzielnicy miasta – niegdyś bogatej, obecnie jednak niemal całkowicie opustoszałej – był domem zaadoptowanym do roli swego rodzaju schroniska przez starą kobietę zwaną Mrs. Pyk. Chodziły słuchy, że nim osiedliła się w mieście spod północnej granicy, występowała na rozmaitych ubocznych atrakcjach karnawałowych – z początku jako tancerka egzotyczna, później zaś jako wróżbiarka. Agent handlowy powiedział mi, że nie był w stanie stwierdzić czy fakt, że trafił do wschodniej, rozświetlanej przez nieliczne okna części miasta, był wynikiem błędu we wskazówkach, czy też czyjejś celowej złośliwości. W każdym bądź razie bez trudu zauważył znak „PUSTE POKOJE” stojący obok schodów prowadzących do olbrzymiego, pokrytego licznymi wieżyczkami domu. Pączkowały one wzdłuż jego fasady jak narośla, a gdzieniegdzie także wprost z wieńczącego konstrukcję strzelistego dachu. Mimo ponurego wyglądu domu („zrujnowany, miniaturowy zamek”, jak określił go mój towarzysz z parku) i aury opustoszenia unoszącej się nad sąsiedztwem tego miejsca, agent handlowy ani chwili nie zawahał się, by wejść po schodach przedsionka. Wdusił przycisk dzwonka przy drzwiach, który był, jak twierdził, z rodzaju tych „brzęczących”, w przeciwieństwie do dzwonków o dźwięku przypominającym raczej bicie dzwonu. Twierdził, że oprócz przeszywającego brzęczenia, które rozbrzmiało się po wduszeniu przycisku, usłyszał również dźwięczenie podobne do dźwięku dzwonków przy saniach. Kiedy drzwi się w końcu drzwi otworzyły, ukazując agentowi handlowemu pokrytą grubą warstwą makijażu twarz Mrs. Pyk, zapytał zwyczajnie:

„Znajdzie się pokój?”

Po wkroczeniu do przedsionka domu, zmuszony był zatrzymać się przy Mrs. Pyk, która swą chudą, drżącą dłonią wskazywała na otwartą księgę rejestrów, leżącą na pulpicie w rogu pomieszczenia. Listy gości nie tworzyło ani jedno nazwisko, a jednak agent handlowy bez zwłoki sięgnął po pióro spoczywające w załamaniu jej stron i wpisał swe imię: Q. H. Crumm. Następnie zwrócił się w kierunku Mrs. Pyk, nachylając się aby sięgnąć po swą małą walizkę. Wtedy to po raz pierwszy dojrzał lewą, nie dotkniętą starczym drżeniem dłoń Mrs. Pyk. Była równie chuda jak prawa, stanowiła jednak protezę wyglądającą jakby należała do starego manekina, z odklejającymi się w kilku miejscach płatami jej lakierowego naskórka. Dokładnie w tym momencie Mr. Crumm zdał sobie sprawę z „delirycznie niedorzecznego” położenia, w jakim się znalazł. Jednocześnie czuł jednak olbrzymią ekscytację, której źródła nie był w stanie dokładnie określić. Biła ono z miejsca leżącego daleko poza wszelkim wyobrażeniem, z miejsca przekraczającego jego zdolność do wyobrażenia.

Stara kobieta zdawała sobie sprawę, że Crumm spostrzegł jej sztuczną dłoń. „Jak pan widzi” powiedziała powolnym, ochrypłym głosem, „potrafię doskonale o siebie zadbać, nie ważne jakie numery próbuje mi wykręcić ta nieudacznica… Jednak nie odwiedza mnie już tak wielu podróżnych panów jak dawniej. Gdyby zależało to od pewnych ludzi, to z pewnością nie miałabym w ogóle żadnych gości”, dokończyła.

Delirycznie niedorzeczne, pomyślał Mr. Crumm. Tym niemniej, kiedy Mrs. Pyk zaczęła prowadzić go po swym domu, pobiegł za nią jak mały piesek. Budynek był tak słabo oświetlony, że o jego wystroju nie dało się powiedzieć zupełnie nic. Crumm odnosił podniecające wrażenie, że jest spowijany przez to otoczenie najkunsztowniejszych cieni. Uczucie tylko narosło, kiedy stara kobieta sięgnęła po małą, ledwie jarzącą się w ciemnościach lampkę i za pomocą palca swej prawdziwej dłoni podkręciła jej knot. Światło zepchnęło w głąb część cieni, groteskowo powiększając jednak pozostałe. Zaczęła wówczas prowadzić Crumma do jego pokoju na górze schodów, trzymając lampkę w swej prawdziwej ręce, a protezie pozwalając zwisać bezwładnie u boku. Z każdym krokiem w górę schodów wykonywanym przez Mrs. Pyk, agent handlowy zdawał się słyszeć to samo dzwonienie małych dzwoneczków, które zarejestrował po raz pierwszy stojąc na zewnątrz domu, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dźwięk ten był jednak na tyle słaby i jakby przytłumiony, że Mr. Crumm skłonny był uwierzyć, że było to raczej echo wspomnienia albo wymysł jego błądzącej wyobraźni.

Pokój, w którym Mrs. Pyk w końcu umieściła swego gościa, znajdował się na najwyższym piętrze domu, obok krótkiego, wąskiego korytarzyka prowadzącego na strych. „W owym czasie, umiejscowione to wcale nie zdało mi się niedorzeczne”, powiedział mi Mr. Crumm, kiedy to siedzieliśmy razem na ławce w parku, wpatrując się w ten bezbarwny, wczesnowiosenny poranek. Odparłem, że tego rodzaju zaćmienia rozsądku nie były rzadkością w pensjonacie Mrs. Pyk, a przynajmniej takie niosły się słuchy, kiedy to mieszkałem w mieście nieopodal północnej granicy.

Kiedy dotarli do korytarza na najwyższym piętrze domu, relacjonował Crumm, Mrs. Pyk położyła lampę na stoliku znajdującym się nieopodal szczytu ostatniego rzędu schodów. Następnie wyciągnęła swą dłoń i wcisnęła mały przycisk wystający z jednej ze ścian, włączając tym samym oświetlenie zamontowane po obu stronach korytarza. Światło było posępne – niespokojnie posępne, jak określił je Mr. Crumm – wyłoniło jednak gęste wzory pokrywające tapetę i wyłożoną wzdłuż korytarza wykładzinę. Korytarz ten z jednej strony prowadził ku wejściu na strych, z drugiej zaś do pokoju, w którym agent handlowy miał tej nocy spać. Kiedy Mrs. Pyk otworzyła zamek w drzwiach pokoju i wdusiła kolejny niewielki przycisk znajdujący się na ścianie w jego wnętrzu, Crumm zauważył jak ciasne i surowe było pomieszczenie, w którym go umieszczono. Nie było w tym, jak sądził, większego sensu, zważając jawną przestronność bądź, jak to nazywał, „mroczną niedorzeczność” tego domu. Jednak Crumm nie wyraził żadnego sprzeciwu (ani, jak podkreślał, wcale też go nie odczuwał) i z cichym posłuszeństwem położył walizkę obok malutkiego łóżka, któremu brakowało nawet zagłówka. „Łazienka jest kilka kroków wgłąb korytarza,” powiedziała Mrs. Pyk nim opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi. A w ciszy tego pokoju Crumm pomyślał, że znów słyszy dzwonienie dzwoneczków zanikające w głębinach ciemności tego wielkiego domu.

Choć agent handlowy miał już za sobą całkiem długi dzień, nie czuł się ani trochę wyczerpany. Jak spekulował, siedząc koło mnie na ławce w parku, prawdopodobnie przekroczył już stan zmęczenia i zaszedł gdzieś dalej. Przez pewien czas leżał na tym zbyt małym łóżku, nadal w pełni ubrany, zawieszając wzrok na pokrytym kilkoma zaciekami suficie. Pomyślał, że umieszczono go w pokoju znajdującym się bezpośrednio pod dachem domu i najwyraźniej dach ten był w jakiś sposób uszkodzony – zapewne w czasie burzowych dni i nocy deszcz lał się swobodnie do wewnątrz strychu. Nagle, w najniezwyklejszy sposób, jego myśli zatrzymały się na tym strychu i na drzwiach znajdujących się zaraz na końcu korytarza, naprzeciwko jego pokoju. Tajemnica starego strychu, szepnął do siebie Crumm, leżąc na tym miniaturowym łóżku na szczycie ogromnego domu spowijających cieni. W miarę jak rosła w nim ekscytacja strychem i jego tajemnicami, rozbudzały się także uczucia i impulsy, których istnienia nigdy wcześniej nawet nie podejrzewał. Był podróżnym agentem handlowym potrzebującym odpoczynku przed następnym dniem, a jednak jedyne o czym mógł myśleć, to aby wstać z łóżka i pójść ledwie oświetlonym korytarzem w kierunku drzwi prowadzących do strychu cienistego domu Mrs. Pyk. Powiedział sobie, że idzie tym korytarzem tylko po to, aby skorzystać z łazienki. Crumm minął jednak łazienkę i chwilę później obserwował bezradnie, jak wypełza na strych, mijając za sobą nie zakluczone drzwi.

Powietrze wewnątrz pomieszczenia pachniało słodko i zatęchle. Światło księżyca wpadało przez małe, ośmiościenne okienko, prowadząc go przez czarne pobojowisko w kierunku żarówki wiszącej na cienkim, czarnym kablu. Sięgnął w górę i przekręcił mały przełącznik wystający z boku umocowania żarówki. Mógł teraz zobaczyć otaczające go skarby, a ich odkrycie przyprawiło go o dreszcz ekscytacji. Crumm powiedział mi, że stary strych Mrs. Pyk wyglądał jak sklep kostiumowy albo szatnia jakiegoś teatru. Otaczał go świat dziwacznych strojów wysypujących się z głębin dużych, pootwieranych kufrów, oraz wiszących w ciemnościach wysokich, otwartych szaf. Po chwili zdał sobie sprawę, że te osobliwe ubrania były w dużej części pozostałościami z czasów, kiedy Mrs. Pyk była najpierw tancerką egzotyczną a później wróżką na różnego rodzaju pobocznych przedstawieniach karnawałowych. Crumm przypominał sobie, jak oglądał porozwieszane wzdłuż ścian wyblakłe plakaty, przedstawiające dwa różne etapy dawnego życia tej starej kobiety. Jeden z tych plakatów przedstawiał tańczącą dziewczynę, sportretowaną w połowie obrotu, w wirze otaczających ją jedwabiów, z twarzą odwróconą od umieszczonych na spodzie plakatu zarysów głów reprezentujących publiczność – stłoczonego w jedną masę zbiorowiska łysin i meloników. Inny plakat przedstawiał parę czarnych, wpatrzonych oczu, o długich, pajęczych rzęsach. Nad tymi oczami znajdowały się wydrukowane serpentynową czcionką słowa: Pani Fortuny. Poniżej oczu, tą samą groteską stylizacją napisane było proste pytanie: JAKA JEST TWOJA WOLA?

Oprócz porzuconych elementów garderoby egzotycznej tancerki i tajemniczej wróżbiarki, leżały tam również inne ubrania i kostiumy. Były one porozrzucane po całym strychu, tym „raju przeszłości”, jak zaczął go określać Crumm. Jego dłonie drżały, kiedy odnajdywał walające się po podłodze i poprzewieszane przez lustro szafy wszelkiej maści stare przebrania, kunsztowne stroje klaunów szyte z bogatego aksamitu i błyszczącego, kolorowego jedwabiu. Szperając tak pośród tego delirycznego świata-strychu, Crumm odnalazł wreszcie coś, czego szukał, choć wcześniej ledwie zdawał sobie z tego faktu sprawę. Oto i on – pogrzebany na dnie jednej z największych skrzyń – kompletny strój błazna z miękkimi trzewikami o zawiniętych końcówkach oraz z rozwidlającą się na dwie części czapką, której dzwonki dzwoniły kiedy zakładał ją na głowę. Cały kostium był szaloną łataniną wielobarwnych materiałów. Po zdjęciu ubrania, które nosił jako agent handlowy, okazało się że kostium pasował na niego idealnie. Podwójne zwieńczenie czapki głupca przypominało bliźniacze rogi ślimaka – zauważył Crumm, spoglądając na swe odbicie w lustrze – z tą różnicą, że te u jego czapki opadały w dół i dzwoniły za każdym razem, kiedy potrząsnął głową. Dzwonki przyszyte były również do skierowanych w górę czubków trzewików, wisiały także tu i ówdzie na długości reszty stroju. Crumm wprawiał je wszystkie w dźwięczenie podskakując przed lustrem zamocowanym w szafie, wpatrując się w postać, której nie był już w stanie rozpoznać jako siebie – tak bardzo był zagubiony w nieznanym mu dotąd świecie odczuć i impulsów. Powiedział mi, że nie pozostało w nim zupełnie nic z jego dawnego życia jako podróżny agent handlowy. Jedyne, co dla niego teraz istniało, to kostium błazna otulający jego ciało, dzwonienie dzwoneczków i odbijająca się przed nim w lustrze zwiotczała twarz głupca.

Po chwili – relacjonował Crumm – osunął się twarzą w dół na zimną posadzkę strychu, leżąc w całkowitym bezruchu, wycieńczony zadowoleniem, jakie odnalazł w tym zatęchłym raju. I wtedy dzwonki rozdźwięczały się ponownie, Crumm nie potrafił jednak określić dokładnie źródła tego dźwięku. Słyszał go mimo że jego ciało ciągle leżało bez ruchu, pogrążone w stanie sennego paraliżu. Pomyślał, że gdyby tylko był w stanie otworzyć oczy i obrócić się na podłodze, zobaczyłby skąd dochodzi to dzwonienie. Wkrótce jednak porzucił swój plan, gdyż całkowicie przestał czuć swoje ciało. Dźwięk dzwonków stawał się coraz głośniejszy i dzwonił teraz tuż koło jego uszu – mimo, że nie był wstanie poruszać głową na której znajdowały się dzwonki jego rozwidlonej czapki głupca. Wtedy to usłyszał głos mówiący do niego, „Otwórz oczy…niech twój widok cię zaskoczy.” A kiedy to zrobił, w końcu zobaczył w lustrze szafy swą twarz: była malutka i należała do maleńkiej głowy błazna… a głowa ta znajdowała się na końcu patyka, czegoś w rodzaju batuty w paski przypominającej cukierkową laskę, trzymaną w drewnianej dłoni Mrs. Pyk. Potrząsała tym patykiem w paski jak dziecięcą grzechotką, sprawiając, że dzwoneczki na głowie pana Crumma dźwięczały szaleńczo. Spoglądając w lustro, mógł dojrzeć też swoje bezradne, unieruchomione ciało leżące bez ruchu na podłodze strychu. Jego umysł wypełniła jedna porywająca myśl: być głową zatkniętą na wtyk w drewnianej ręce Mrs. Pyk. Na zawsze… na zawsze.

Kiedy Mr. Crumm obudził się następnego poranka, pierwszym co do niego dotarło, był dźwięk deszczu bębniącego o dach znad jego pokoju. Leżał na łóżku, nadal w pełni ubrany, a Mrs. Pyk potrząsała go delikatnie swą prawdziwą dłonią mówiąc „Proszę się obudzić Mr. Crumm. Jest późno i musi pan udać się w dalszą drogę. Za granicą ma pan interesy do załatwienia”. Crumm chciał odpowiedzieć coś starej kobiecie, skonfrontować ją jakoś z tym, co opisał jako swą „przygodę na strychu”. Jednak szorstki, formalny i całkowicie obojętny ton głosu Mrs. Pyk dawał Crummowi wyraźnie do zrozumienia, że nie otrzyma odpowiedzi na żadne ze swoich pytań. Czuł, że o ile zamierzał pozostać z nią w dobrych układach, nie mógł poruszyć tematu strychu wprost. Chwilę później stał więc z walizką w ręce u progu ogromnego domu, przeciągając nieco swe odejście aby raz jeszcze spojrzeć na ostro wymalowaną twarz Mrs. Pyk i zapamiętać widok sztucznej dłoni zwisającej u jej boku.

„Mógłbym zatrzymać się tu kiedyś ponownie?”

„Jak pan sobie życzy,” odpowiedziała Mrs. Pyk przytrzymując drzwi dla swego wychodzącego gościa.

Po zejściu z ganku Crumm odwrócił szybko głowę pytając, „a mógłbym zostać w tym samym pokoju?”

Jednak Mrs. Pyk zamknęła już za nim drzwi, a jedyną, odpowiedzią na jego pytanie, było ledwie słyszalne dzwonienie małych dzwonków.

Po dopełnieniu swych interesów handlowych po drugiej stronie północnej granicy, Mr. Crumm powrócił do domu Mrs. Pyk. Odkrył jednak, że w czasie jego krótkiej nieobecności miejsce to spłonęło doszczętnie. Powiedziałem mu wówczas, kiedy to siedzieliśmy na tej ławce w parku, wpatrując się w bezbarwny, wczesnowiosenny poranek, że o Mrs. Pyk i jej domu od zawsze chodziły różnego rodzaju pogłoski. Pewne rozhisteryzowane osoby sugerowały, że za podpaleniem jej domu stała Mrs. Glimm, która to prowadziła pensjonat w zachodniej dzielnicy miasta – kończąc tym samym działalność Mrs. Pyk w dzielnicy wschodniej. Najwyraźniej były one niegdyś partnerkami w interesach a ich domy, w odpowiednio wschodniej i zachodniej dzielnicy miasta spod północnej granicy, funkcjonowały wówczas dla ich wspólnej korzyści. Musiał jednak mieć miejsce jakiegoś rodzaju rozłam, gdyż w pewnym momencie stały się one swymi zaciętymi wrogami. Mrs. Glimm, opisywana jako „osoba niezwykle chciwa”, przestała znosić konkurencję swego dawnego sprzymierzeńca w interesach. Miasto nieopodal północnej granicy opanowały słuchy, że Mrs. Glimm zleciła komuś zaatakowanie Mrs. Pyk w jej własnym domu, w wyniku czego utraciła ona swą lewą dłoń. Okazało się jednak, że plan podkopania ambicji konkurenta ostatecznie nie wypalił, gdyż po ataku na swą osobę Mrs. Pyk przeszła dramatyczną przemianę – podobnie zresztą jak metoda, którą prowadziła swój dom we wschodniej dzielnicy. Ta niegdysiejsza tancerka egzotyczna, później zaś Pani Fortuny, od zawsze była znana jako kobieta o niezwykłej woli i nadzwyczajnych zdolnościach, jednak po tym, jak zastąpiono jej odciętą dłoń protezą z drewna, najwyraźniej zyskała moce przekraczające wyobrażenie, z których wszystkie nakierowane były na jeden cel – wykluczenie z interesu swej byłej partnerki, Mrs. Glimm. Od tego czasu zaczęła prowadzić swój pensjonat w inny sposób. Za pomocą pewnych niezwykłych metod Mrs. Pyk sprawiała, że ilekroć zatrzymywali się u niej podróżni agenci handlowi, którzy uprzednio gościli w pensjonacie Mrs. Glimm, zawsze wracali oni do domu Mrs. Pyk ze wschodniej dzielnicy, nigdy zaś do położonego w zachodniej dzielnicy domu Mrs. Glimm.

Powiedziałem Mr. Crummowi, że spędziłem w mieście spod północnej granicy dość czasu by przy różnych okazjach słyszeć, że goście powracali do Mrs. Pyk tak długo, póki pewnego dnia nie odkrywali, że nie są już w stanie jej opuścić. Plotka ta została do pewnego stopnia potwierdzona przez coś, co znaleziono po pożarze pośród ruin domu Mrs. Pyk. Otóż okazało się, że dom ten pełen był malutkich pokoi, z których wszystkie, nawet te znajdujące się w najgłębszych rogach piwnicy, mieściły w sobie zwęglone ludzkie szczątki. To, co po nich zostało – biorąc pod uwagę wielką siłę tego pożaru – wskazywało, że ubrane były one w jakiś nietutejszy strój, jakby cała budowla stanowiła gniazdo przebierańców. W świetle tych opowieści krążących po mieście, nikt nie wspomniał nawet jak nieprawdopodobny, a nawet niedorzeczny zdawał się fakt, że żadnemu z lokatorów domu Mrs. Pyk nie udało się uciec. Tym niemniej – jak wyjaśniłem Crummowi – mimo najstaranniejszych poszukiwań nadzorowanych przez Mrs. Glimm, ciało samej Mrs. Pyk nigdy nie zostało odnalezione.

Mimo wszystkich tych faktów, które przedstawiłem uwadze Crumma, kiedy to siedzieliśmy tak na ławce tego parku, zaczął on w pewnym momencie sprawiać wrażenie jakby jego umysł odpłynął gdzieś do innych krain. Bardziej niż kiedykolwiek sprawiał teraz wrażenie, że powinien znaleźć się w szpitalu. W końcu odezwał się, prosząc bym potwierdził to co powiedziałem o nieobecności ciała Mrs. Pyk pośród innych zwłok, odszukanych pośród popiołów pozostawionych przez ogień. Potwierdziłem swą wcześniejszą wypowiedź błagając go przy tym, by rozważył miejsce i okoliczności, wokół których krążyła nasza rozmowa tego poranka. „Pamiętaj swe własne słowa”, powiedziałem do Crumma.

„Które słowa?” spytał.

„Delirycznie niedorzeczne,” odparłem, starając się wyciągnąć brzmienie każdej sylaby, jakbym chciał nasycić je jakimś prawdziwym sensem, albo przynajmniej jakoś je udramatyzować. „Byłeś tylko pionkiem,” powiedziałem. „Ty i pozostali byliście ledwie pionkami w starciu między siłami, których nie byliście w stanie dojrzeć. Twoje impulsy nie należały do ciebie. Były równie sztuczne jak drewniana dłoń Mrs. Pyk.”

Przez chwilę odniosłem wrażenie, że Crumm wraca do zmysłów. Jednak odrobinę później powiedział jakby do siebie, „Nigdy nie odnaleziono jej ciała”.

„Nie, nie odnaleziono,” odparłem.

„I nie odnaleziono nawet jej dłoni,” powiedział retorycznym tonem. Znów potwierdziłem.

W tym momencie Crumm zamilkł, a kiedy opuszczałem go tamtego poranka, nadal wpatrywał się w wypłowiałą, wilgotną przestrzeń tego parku, wyglądając jakby popadł w jakiś histeryczny trans, czekając cicho na dźwięk bądź znak, który mógłby sięgnąć jego świadomości. Widziałem go wtedy po raz ostatni.

Zdarzają się bezsenne noce, w które rozmyślam w o Mr. Crummie – agencie handlowym i o rozmowie, którą odbyliśmy tamtego dnia w parku. Myślę również o Mrs. Pyk i jej domu ze wschodniej dzielnicy miasta spod północnej granicy, w którym to kiedyś żyłem. W ciemności tych chwil prawie słyszę dzwonienie dzwonków, a umysł mój wyrusza na poszukiwanie straceńczego marzenia, które nie jest moje. Możliwe, że ostatecznie marzenie to nigdy nie miało właściciela, nie ważne jak wiele umysłów stało się jego własnością.