Archiwum dla kategorii “Eseje”

ZapffeTeza [Petera Wessela] Zapffe jest krystalicznie przejrzysta, niezaśmiecona przez żaden metafizyczny bełkot i w prostej linii zmierza ku swej nieodwołalnej, posępnej konkluzji. [Jego] „Ostatni mesjasz” przy minimalnej postępowości zawartej w nim myśli, treściwie kodyfikuje idee, które – w świetle prac jego poprzedników – były już wcześniej dobrze omówione. Prawdziwa siła jego przekazu nie wywodzi się z jakiś wstrząsających wglądów, jako że są one zupełnie bez znaczenia dla każdego, kto nie jest zawodowym teoretykiem lub oszukuje się pocieszeniem, które przynosi filozofia. Znakiem rozpoznawczym Zapffego – tak jak wszystkich pesymistów zresztą – jest podkreślanie tego co stanowi tabu mimo swej pospolitości. Dawniej owe zakazane truizmy były jednak rozmywane przez tajemnicze łamigłówki filozofii, które miały nas rzekomo „nauczyć jak myśleć” na drodze ku naszym grobom. Życie i myślenie są nie do pogodzenia. Jeśli musimy myśleć, powinno się to robić tylko po okręgu, poza którym leży to, czego pomyśleć nie można.

Dwie główne propozycje Norwega rysują się w następujący sposób. Pierwsza mówi, że przytomność [awareness], ta chwała świadomości [consciousness] i samoświadomości unikalna naszemu gatunkowi, czyni nasze życie nędznym, przez co dusimy ją na cztery główne sposoby: (1) poprzez izolowanie naszych umysłów od złowieszczych faktów związanych z nasza egzystencją, zaprzeczając zarówno przed sobą, jak przed innymi, że nasz stan jest w sposób wrodzony niepokojący i problematyczny (2) poprzez zakotwiczenie naszego życia w metafizyce i instytucjonalnych „zasadach” – Bóg, Kraj, Rodzina, Prawo – bazujących na przywilejach wydawanych przez władze dysponujące przymusem (na takiej samej zasadzie jak wydaje się licencję na polowanie), przepajających nas poczuciem oficjalności, autentyzmu i bezpieczeństwa, co pozwala odsunąć na bok uczucie, że dokumenty te nie są warte nawet papieru, na którym zostały spisane (tak jak paszport ustanawia czyjąś tożsamość mimo, że może być podrobiony); (3) przez rozproszenie – szeroko rozprzestrzeniony spisek dzięki któremu nikt nie spuszcza oczu z piłki – albo z telewizora czy z pokazu fajerwerków – co pozwala ich głowom trwać w spokojnej bezrefleksyjności (4) przez sublimację, proces za pomocą którego artyści i myśliciele przetwarzają najbardziej demoralizujące i tragiczne aspekty życia w dzieła, w których ludzki los przedstawiony jest w sposób przycięty i wystylizowany, co robią w celu podbudowy i rozrywki. Uczestniczą tak w spisku tworzenia i konsumowania produktów, dostarczających nam środków do ucieczki od cierpienia pod pozorem konfrontacji z nim – na przykład za pomocą jakiejś teatralnej tragedii czy filozoficznego fantazjowania.(…)

Raz jeszcze: możemy tolerować egzystencję tylko, jeśli wierzymy – grając pod akord zespołu iluzji i sztuczek nieprzenikalnej złudy – że nie jesteśmy tym, czym jesteśmy. Jesteśmy istotami ze świadomością, musimy jednak tę świadomość zduszać, w przeciwnym razie złamała by nas, dając nam odczuć że istniejemy w świecie bez kierunku i założeń. Jak Zapffe wykazuje w „Ostatnim Mesjaszu”, ludzki paradoks to brak możliwości nie oszukiwania się na temat siebie i swojego przegranego położenia w świecie. Tak oto realizujemy cztery wyżej wymienione taktyki: izolację („Bycie żywym jest w porządku”), zakotwiczenie („Jeden naród pod Bogiem, z Rodziną i Prawem dla wszystkich), rozproszenie („Lepiej zabijać czas niż zabić siebie”) i sublimację („Piszę książkę zatytułowaną Spisek przeciw ludzkości”). Praktyki te czynią ogromną część z nas śmiertelników tym, czym jesteśmy – to znaczy bytami ze zręcznym intelektem, które potrafią oszukiwać się dla swojego własnego dobra. Izolacja, zakotwiczenie, rozproszenie i sublimacja to podstępy, które stosujemy by powstrzymać nasze głowy przed odczarowywaniem wszystkich iluzji, które pozwalają nam utrzymać się na chodzie. („Myślę, więc wiem że żyję i kiedyś umrę; lepiej więc przestać myśleć, no chyba że po okręgu”) Zdjęcie z życia tej obłudy obnażyłoby nie cudowność a nędzną farsę. Dowiedzielibyśmy się może wtedy co to znaczy być człowiekiem, a nie marionetką stukającą o deski i inne marionetki. To jednak zatrzymało by całe to przedstawienie, o którym tak bardzo lubimy myśleć, że będzie trwało wiecznie.

Thomas Ligotti
The Conspiracy Against the Human Race
(fragment)

Comments Brak komentarzy »

Thomas LigottiFenomen znany jako świadomość nie stanowi obsesji głównego nurtu. Większość ludzi żyje i umiera bez rozważania tej kwestii i kto może powiedzieć o nich, że są ubożsi z powodu tego zaniedbania? Nieliczni uczynili z badań nad nią pewną linię pracy, która przyniosła tak wiele różnych teorii świadomości, jak wiele jest książek na jej temat. Psychologowie, kognitywiści, filozofowie umysłu i inni zainteresowani mogą bezkompromisowo bronić dowolnych konkluzji, które wydają się najbardziej prawdopodobne ich głowom, zderzającym się z głowami ich kolegów. Świadomość: czym jest, jak działa i dlaczego żaden inny gatunek nie został jak my zaszczycony jej właściwościami? Mimo, że nie powstają żadne trwałe odpowiedzi na ogólniejsze pytania, które przynosi świadomość, istnieje zgoda co do jej głównego efektu: czyni istoty ludzkie jedynymi stworzeniami, które wiedzą że żyją i wiedzą że umrą. Z chwili uzyskania tej wiedzy wywodzi się wszystko, co oddziela nas od innych form życia.
Dla pozostałych organizmów ziemi, istnienie jest relatywnie nieskomplikowane. Żyją – reprodukują – przestają żyć. Dla ludzi, rzecz jest nieco bardziej skomplikowana, zważywszy, że wiemy że żyjemy i że kiedyś umrzemy. Wiemy także, że będziemy okresowo cierpieć w trakcie naszego życia, a potem zaś cierpieć – powoli, lub szybko i w agonii – w czasie umierania. Jest to wiedza, którą „cieszymy się” jako najwyższe z istot na scenie, którą znamy jako natura. Połączeni tą wiedzą, jesteśmy przez nią jednocześnie rozdzieleni. Na przykład, od jakiegoś czasu toczy się między nami debata – mętna polemika, która co jakiś czas przyciąga publiczną uwagę. Zagadnienie: co różni ludzie myślą na temat bycia żywym na świecie? W przytłaczającej większości przeciętna osoba powie „bycie żywym jest w porządku”. Bardziej rozważny rozmówca doda „szczególnie, jeśli rozważy się alternatywę”, okazując żartobliwość na równi w swej logice zagadkową, co makabryczną. Ludzie ci stanowią przeważającą większość respondentów owego wywiadu. Po drugiej zaś stronie znajduje się mała próbka nie zgadzająca się z większością. Ich odpowiedź na pytanie, co myślą na temat bycia żywym na świecie, będzie negatywna. Mogą nawet pomstować, że bycie żywym jest z zasady niepożądane i bezużyteczne. Obie z tych grup wykazują się świadomością, przynajmniej w szeroko rozumianym sensie. Dlaczego więc ich odpowiedzi są tak asymetryczne? Przede wszystkim dlatego, że większość ludzi nie doświadcza bycia żywym jako czegoś aż tak okropnego. A nawet ci, którzy są w statystycznie gorszej pozycji, nie generalizują swego doświadczenia do poziomu zasady, a ich świadomość nie akcentuje szczególnie tych rzeczy, które są niepodważalnie okropne w byciu żywym. Przeprowadzają dalej swoje interesy, najlepiej i najdłużej jak potrafią.

Nikomu, nawet tym, którzy myślą i czują, że bycie żywym jest niepożądane i bezużyteczne, nie przysparza dobrobytu umartwianie się ciągłym wypatrywaniem najgorszego… jak gdyby mogli coś na to poradzić. Niestety jednak, nie mamy żadnego wpływu na to co myślimy ani o byciu żywym, ani o czymkolwiek innym. Gdybyśmy posiadali ten stopień mistrzostwa nad naszym życiem wewnętrznym, zostałby nam oszczędzony cały asortyment cierpień. Psychiatrzy straciliby pracę w chwili, w której ludzie depresyjni postanowiliby zrezygnować z depresji, a schizofrenicy zdecydowali się w końcu uciszyć niechciane głosy w swoich głowach. Ci, którzy wierzą, że mogą wybierać swoje myśli i uczucia i tak nie mogą wybrać jakie uczucia i myśli wybierają. A w razie, gdyby mimo to wierzyli, że mogą wybierać co wybierają żeby czuć i myśleć, to i tak nie mogą wybierać co wybierają, aby wybrać… i tak dalej. Gdyby istniała z naszej strony jakakolwiek możliwość wyboru tego, o czym myślimy lub co czujemy, z dużym prawdopodobieństwem myślelibyśmy wyłącznie o tym, o czym jest konieczne w danej chwili myśleć, oraz zdecydowali, że jedynym stosownym samopoczuciem jest czucie się dobrze. Być może nawet niektórzy zdecydowaliby się żyć w stanie permanentnej euforii. Z boską władzą nad swoimi myślami i nastrojami, po co się powstrzymywać? Taka kontrola umożliwiłaby nam, aby poprzez nakaz bądź samo-oszołomienie, stać się całkowicie obojętnymi na wszelki ohydny fakt, który nasza świadomość mogłaby nam podsunąć na temat życia i śmierci. Co więcej, ci, którzy twierdzą że bycie żywym jest w porządku, pogodziliby się w końcu z tymi, którzy mają w tej materii przeciwne zdanie: wszak wszyscy robimy co w naszej mocy, aby odciąć się od tego co implikuje bycie żywym – nie ważne po której stronie sporu się opowiadamy. A jako że nie mamy głosu weta wobec faktu własnych narodzin, moglibyśmy przynajmniej wybrać entuzjastyczne wobec niego nastawienie w miejsce negatywnego. Wszyscy bylibyśmy po jednej stronie, gdybyśmy posiadali absolutną kontrolę nad wszelką śmiercionośną wiedzą, która może wpaść nam do głów. Ostatecznie jednak najlepsze, co możemy zrobić, to być tak głupimi jak się da, przez możliwie najdłuższy okres czasu. A niektórzy ludzie są zdolni trwać w głupocie naprawdę niesłychanie długo.

Oczywiście, może powstać zarzut – i prawdopodobnie powstał już nie raz – że nasza „wiedza” że żyjemy i że umrzemy jest zaledwie składaniną wiotkich abstrakcji, które nie pokrywają się z żadnym stałym doświadczeniem w ludzkim życiu. Praktycznie rzecz biorąc, faktycznie wydaje się, że tak właśnie jest. „Bycie żywym” otacza tak obfita mieszanina uczuć i wrażeń, że z powiedzenia, że wiemy, co to znaczy, nie wynika kompletnie nic. Możemy uważać się za „będących żywymi” w chwilach ekscytacji albo dobrego samopoczucia, a jednak mamy w sobie nie mniejszą porcję życia gdy jesteśmy przygnębieni czy też cierpimy w jakimś innym stylu. I jeśli nie cierpimy obecnie – lub przynajmniej nie cierpimy zauważalnie – trudno jest naprawdę wiedzieć, jak to jest cierpieć, albo jak to było cierpieć kiedyś, czy też wiedzieć jak to będzie w przyszłości. A jeśli chodzi o wiedzę o naszej przyszłej śmierci – nasza ignorancja jest absolutna, teraz i na wieki. Możemy bać się śmierci tylko nie mając najmniejszego pojęcia, czego się właściwie boimy. Niektórzy ludzie zwalczają obawę przed publicznym przemawianiem poprzez ciągłe wystawianie się na tę sytuację. Jednak żaden śmiertelnik nie może przezwyciężyć lęku przed śmiercią poprzez praktykę. Możesz jedynie chwilowo odsunąć go od umysłu, żałośnie wobec niego bezradny, dalej trwając w całkowitym nieuświadomieniu tego, co nieuchronne. A zatem, nie możemy mieć żadnej świadomej wiedzy że żyjemy i że umrzemy. Ta logika odpowiada dowodowi Zenona, że nic nie może poruszać się z jednego punktu do drugiego, ponieważ odległość między nimi składa się z nieskończonej ilości kolejnych kroków z których wszystkie teoretycznie nigdy nie mogą być wykonane. Tym niemniej, tak samo jak rzeczy jednak się poruszają, tak i my ostatecznie mamy świadomą wiedzę, że żyjemy, oraz że umrzemy. Wszyscy o tym wiedzą, choćby w odległy sposób. A im dalej ta wiedza się znajduje, tym płynniej możemy się poruszać i nie tracić przy tym głowy – ponieważ nawet jeśli mamy świadomą wiedzę, że żyjemy i że umrzemy, to im mniej jesteśmy jej świadomi, tym lepiej jesteśmy w stanie trwać w tym, co robimy i być dalej takimi, jakimi jesteśmy, co zresztą na jedno wychodzi.
Szczęśliwie dla nas, albo przynajmniej dla większości z nas, zmuszanie naszej świadomości do mierzenia się z takimi tematami jak ten, który tu omawiamy, to ciężki pojedynek. Skupianie się na tych rzeczach najwyraźniej nie wychodzi naszym mózgom zbyt dobrze przez zbyt długi czas. A nawet gdyby udało nam się rozważać je dłużej niż przez kilka minut, okazuje się, że nie ma w tych rozważaniach żadnego powodu do ekscytacji. „Tak, żyjemy i pewnego dnia umrzemy. I co z tego? Podaj proszę ziemniaczki na tę stronę stołu, jeśli mogę cię prosić.” Kiedy powstaje temat życia i śmierci, umysł staje się pusty… chyba, że jesteśmy filozofami którzy zarabiają myśląc o tych rzeczach. Sądząc po ilości prac które wyprodukowali, wiedzą wiele o życiu i śmierci, choć nie wszystko i najprawdopodobniej nie to, co jest w nich najbardziej interesujące. Pozostali z nas, czy może raczej większość z nas, wie tylko, że bycie żywym jest w porządku –„Co za uczta, a te ziemniaki!”- szczególnie, jeśli rozważy się alternatywę.

Thomas Ligotti
The Conspiracy Against the Human Race
(fragment)

Comments Brak komentarzy »

Przeciętna osoba chętnie przyczepia przymiotnik „depresyjny” do poglądów ludzi takich jak Zapffe, Schopenhauer czy Lovecraft. A jednak doktryny którejkolwiek ze światowej klasy religii, jakkolwiek smętne by nie były, nigdy nie będą znieważone w podobny sposób. Świat ubóstwia swych szaleńców – świętych czy sadystów – i upamiętnia ich osiągnięcia. Psychopaci stanową wspaniały materiał dla agencji prasowych i studiów filmowych; ich wyczyny zawsze przyciągają tłumy. Jednak kiedy tylko wypowiedziane zostaje coś zniechęcającego lub ujawniona zostaje jakaś przygnębiająca wiedza, ten sam tłum rozprasza się albo rusza do ataku. Nie szaleństwo a depresja jest tym, co nas przeraża; nie obłędu a demoralizacji lękamy się najbardziej. Nie pomieszanie a roz-czarowanie umysłu naraża na niebezpieczeństwo naszą kulturę nadziei. Zbawienie przez nieśmiertelność – owa podstawa wszelkiego religijnego schematu za wyjątkiem Buddyzmu – ma znaczenie tylko dla tych, którzy zostali wychowani na normalnych psychotyków. Epidemia depresji ośmieszyła by głos nadziei, zamrażając życie w swym marszu. Irracjonalność wyrośnięta do skali rozszalałej obłudy zapewnia naszemu gatunkowi morale by posuwać się naprzód i wzmacniać dobre mniemanie o sobie – to znaczy zaopatruje nas w przesłanki do przechwalania się tym, na co i tak jesteśmy biologicznie i społecznie skazani.

W „Ostatnim mesjaszu” Zapffe wskazuje na cztery ogólne metody (izolacja, zakotwiczenie, rozproszenie, sublimacja), które wykorzystujemy by odizolować się od grozy którą przynosi nam świadomość. Żadna z nich nie jest jednak trwale skuteczna dla każdego. Ci, którym brakuje talentu w samooszukiwaniu się, są szczególnie narażeni na załamanie w toku pracy maszynerii. Załamanie to zwie się depresją, która jest fascynująca zarówno jako choroba jak i dramat egzystencjalny. (Szwedzki pisarz Jens Bjorneboe napisał że „ten, kto nie doświadczył pełnej depresji w osamotnieniu i przez długi okres życia – ten jest dzieckiem.” Ta gorzka wypowiedź Bjorneboe’go ma w sobie więcej z patosu niż prawdy, zawiera jednak przy tym odrobinę słuszności.) Będąc rozpoznawane wyłącznie z wewnątrz rozpiętości własnego doświadczenia, poszczególne odmiany depresji są w literaturze psychiatrycznej dla wygody określane bardzo jednoznacznie. Statystycznie przeważającą formą tej choroby jest depresja „nietypowa”. Jednak nie ważne jaka nazwa zostanie nadana określonemu przypadkowi depresji, wszystkie one mają wspólny cel: sabotować sieć emocji które przyszło ci utożsamić z tym, co składa się na twoje ja. To właśnie wtedy odkrywasz, że twoje „stare ja” nie jest jak wcześniej myślałeś rzeczą substancjalną i nienaruszalną, podobnie zresztą jak cała reszta twojej „starej” rzeczywistości.

To, jaki porządek czy sens zdaje się mieć nasze życie – kwiecista symptomatologia która nadaje tej czy innej grze wrażenie że jest ona warta świeczki – jest dziełem emocji. Bez nich, nie istnieje ani sens porządkowania, ani sens sensu. Dusząc lub rozstrajając fenomen emocji, depresja rozpuszcza szkielet twój i twojego życia. Emocje wraz z pamięcią stanowią substrat iluzji „ja” oraz złudnej substancji i jej właściwości które widzimy, albo które wydaje nam się, że widzimy w świecie. Podobnie jak sprzeczne doktryny religii świata, emocje bez przerwy nachodzą jedne na drugie z braku podstawy, na której można by wybudować cokolwiek spójnego, cokolwiek na dłuższą metę „prawdziwego”. Tym niemniej, oto i one – albo słabe i przelotne, albo tak silne i intensywne, że zdawać by się mogło że ich doświadczenie podszywa coś o naturze absolutnej. Spytajcie jakąkolwiek parę, która wierzy że ich miłość nigdy nie umrze – znacząca fikcja, która na pewien czas nakłada klapki na oczy świadomości ludzkiej tragedii.

Rzecz jasna, wszyscy wolimy czuć się dobrze zamiast czuć się źle, aż do przesady. Tym niemniej, natura nie uczyniła nas zdolnymi by czuć się zbyt dobrze przez zbyt długi czas (co nie było by dobre dla przetrwania gatunku), a jednocześnie umożliwiła nam czuć się na tyle dobrze, by móc sobie wyobrażać (błędnie zresztą) że pewnego dnia będziemy mogli czuć się tak przez cały czas. Wierzenie, że ludzkość będzie pewnego dnia żyć w świecie dobrego samopoczucia to powszechna pomyłka. A jeśli nie czujemy się dobrze, powinniśmy zachowywać się tak, jakbyśmy się czuli. Jeśli zachowujesz się jakbyś był szczęśliwy, to będziesz szczęśliwy – wszyscy w pospolitym świecie o tym wiedzą. A jeśli ci się nie polepsza, ktoś musi być temu winien. I tym kimś będziesz ty. Jesteśmy na swej drodze ku przyszłości i żaden introwertyczny melancholik nie będzie opóźniał naszego postępu. Masz dwa wyjścia: albo zacząć myśleć tak, jak Bóg i twoje społeczeństwo chce żebyś myślał, albo będziesz wyklęty przez wszystkich. Decyzja należy do ciebie, jako że jesteś wolną jednostką mającą wybór między ponownym dołączeniem do świata sfabrykowanej rzeczywistości – to jest cywilizacji – a dalszym upieraniu się przy… przy czym? Przy tym, że powinniśmy ponownie przemyśleć to, jak cały świat przeprowadza swoje interesy? Przy tym, że powinniśmy zacząć od zera, kwestionując wszelkie sposoby i środki które wyniosły nas na pozycję dumnych zwierzchników tego wesołego miasteczka wszelkiego stworzenia? Bądź realistą. Uczyniliśmy nasz świat takim, jak natura i Pan chcieli, żebyśmy go uczynili. Nie ma żadnego cofania się i zaczynania od początku. Nie ma żadnych większych przekształceń do przegłosowania i żaden przypadek nihilistycznej głowy nie będzie głosił złego słowa. Świat został stworzony przez Twórcę, do cholery. Żyjemy w kraju który kochamy z wzajemnością. Mamy rodziny i przyjaciół, i pracę, które czynią to wszystko wartym chwili. Jesteśmy wszyscy kimś, a nie bandą zer bez imion, numerów czy planów emerytalnych. Nic z tego nie będzie ujawnione przez jakiegoś myślowego przystępce, który twierdzi że ten świat wcale nie jest ani nigdy nie będzie cholernie dobry i który wierzy, że każdy wyjdzie lepiej na śmierci niż dalszej egzystencji. Może i nasze życie nie jest bez skazy – ale bez tego nie mielibyśmy przyszłości ku której z mozołem pracujemy. Jeśli ta szarada wystarczy nam, to z pewnością wystarczy i tobie. Więc jeśli nie możesz się zdecydować, spróbuj odejść. Zobaczysz, że nie ma dokąd pójść i że nikt cię nie przyjmie. Odnajdziesz tylko tę samą pułapkę tego świata – pułapkę jutra. Pokochaj to albo zostaw – wybieraj i wybieraj szybko. Nigdy nie uda ci się sprawić, byśmy porzucili nasze nadzieje, jakkolwiek obłąkane by się zdawały. Nigdy nie uda ci się nas wybudzić z naszego snu. Twoje opinie nie są zatwierdzone przez autorytatywne instytucje ani przez uśredniony kurs ludzkości, a więc wszelkie myśli, które mogą snuć się po twoim chemicznie rozstrojonym mózgu są nieważne, nieautentyczne, czy jakiekolwiek z pogardliwych określeń które zechce nam się tobie przydzielić – ty, który jesteś zaledwie „jednym z tego rodzaju ludzi”. Więc proszę bardzo, wynoś się stąd jeśli potrafisz. Ale możemy się założyć, że kiedy zacznie dostatecznie boleć, wrócisz tu w biegu. Jeśli nie jesteś silny jak Samson – ten nieudaczny samobójca i pogromca Filistynów – to lepiej wracaj do pułapki. Masz nas za kretynów? Myśleliśmy już wszystko, co ty kiedykolwiek myślałeś. Różnica polega na tym, że my posiadamy na tyle odpowiednie i godne poczucie daremności by nie rozpowiadać tych paskudnych wieści. Nasze porzekadło: „Zacieśniajmy spisek, precz ze świadomością”.

-Thomas Ligotti
The Conspiracy Against the Human Race
(fragment)

Comments 2 komentarzy »