Archiwum dla kategorii Thomas Ligotti
Na początku września miała miejsca premiera komiksu “The Nightmare Factory. A graphic novel”, zawierającego cztery niezależne adaptacje opowiadań Thomasa Ligottiego: “The Last Feast of Harlequin”, “Dream of a Mannikin”, “Dr. Locrian’s Asylum” i “Teatro Grottesco”.
Scenariusz komiksów pisali Stuart Moore i Joe Harris, zaś ilustratorzy to Ben Templesmith, Michael Gaydos, Colleen Doran i Ted McKeever.
O komiksie poczytać można na stronie wydawnictwa oraz tu.
Obiecywałem recenzję, ale jej nie będzie. Po prostu nie mam ochoty recenzować czegoś, co nie przemawia do mnie osobiście. Może to kwestia nadmiernych oczekiwań, a może braku znajomości sceny komiksowej. Tak czy inaczej, osobom nie znającym twórczości Ligottiego, szczerze radzę zostawić sobie to wydawnictwo na poźniej.
Brak komentarzy »
02
09
2007
Napisał zacmienie.org w kategorii Eseje, Thomas Ligotti
„Sens [życia]” występuje jako autonomiczny system bądź coś zauważonego dopiero wtedy, kiedy zaczyna się rozlatywać, nigdy kiedy działa poprawnie. Jest po prostu trybikiem niezbędnym do działania cielesnej i psychologicznej maszynerii, która motywuje jednostkę by dalej robiła to, co robi. Choć większość czasu ów system znaczeń szumi cicho na tle życia danej osoby, często pod wpływem jakiegoś zagrożenia, sens wysuwa się na pierwszy plan. Kiedy zagrożenie zostaje zażegnane, system ten zaczyna na powrót funkcjonować automatycznie. Zaledwie nikły procent ludzi świadomie i z własnej woli opiera swoje życie na jakimś znaczeniu bez zewnętrznej prowokacji. Co do większej części naszej rasy, wywodzi ona sens prosto z podręcznika i może być on zlokalizowany co do strony, paragrafu, rozdziału i wiersza – “Bóg istnieje”, “Posiadam ‘Ja’, “Mój kraj jest najlepszy na świecie”. Z kolei pozostały nikły procent wywodzi sens z jednego tylko źródła – z poczucia tajemnicy.
W swoim eseju “The Wall and the Book”, dwudziestowieczny argentyński pisarz Jorge Luis Borges pisze:
“Muzyka, stany szczęśliwości, mitologia, twarze wymęczone czasem, niektóre ze zmierzchów i niektóre miejsca starają się nam coś powiedzieć; albo też powiedziały nam coś, czego nie powinniśmy byli nie dosłyszeć, albo też mają zamiar nam coś powiedzieć; owa bliskość objawienia, które nie nadchodzi jest, być może, zjawiskiem estetycznym.”
“Notes on the Writing of Weird Fiction” Lovecrafta rozpoczyna się następującym zdaniem:
“Powodem, dla którego piszę opowiadania, jest dostarczenie sobie satysfakcji wyraźniejszego, stabilniejszego i bardziej szczegółowego ujrzenia tego co niejasne i ulotne; fragmentarycznych wrażeń cudowności, piękna i łaknącego przygody oczekiwania [adventurous expectancy], które przynoszą pewne widoki, wydarzenia i obrazy napotykane w sztuce i literaturze.”
Owo poczucie tajemnicy nie rozpraszane nigdy przez wyraźną wiedzę, lecz pozostające wiecznie bliskością lub oczekiwaniem, wiele tłumaczy co do atrakcyjności najlepszych opowieści o tym, co ponadnaturalne (…), mających u swego jądra otchłań nieznanego, być może z wyziewem śmierci na jej obrzeżach. Rzeczy mogą mieć jakiś sens jedynie wtedy, kiedy czujemy, że coś wielkiego ma zostać objawione. Jak zgadzają się w powyższych cytatach Borges i Lovecraft, wrażenie to pobudzane jest przez sztukę bądź uestetycznione ujęcie spraw tego świata. Sens powstaje na krawędzi wiedzy i wali się wraz z wtargnięciem świętych pism, doktryn i narracji, które uściślają to co tajemnicze do jakiegoś obiektu bądź założenia. Same w sobie, wszystkie przedmioty i dane w egzystencji nie mają żadnego sensu. Zawodzić nieustannie że bóg istnieje to zabić tego boga bądź przemienić go w plastikowego bożka. Powiedzieć że bóg może istnieć, to ożywić go sensem tajemnicy.
1 komentarz »
12
07
2007
Napisał zacmienie.org w kategorii 'Ja', Eseje, Thomas Ligotti
Integralną częścią sieci mdłych założeń tego świata – cel, patriotyzm, domowe gotowanie – jest przekonanie że jesteśmy wszyscy kimś lub że mamy, niczym dodatkowy organ wewnętrzny, tak zwane ‘ja’ (pisane często z wielkiej litery). Bezsprzecznie, wszyscy podzielają ten pogląd – nawet ci, którzy jak osiemnastowieczny szkocki filozof David Hume, wykonali dobrą robotę logicznie argumentując przeciw istnieniu ‘ja’. Logika nie jest jednak w stanie wyegzorcyzmować tego ‘ja’ spoglądającego na ciebie z lustra. Kiedy ludzie mówią że nie czują się swoim starym sobą, nasze myśli zwracają się ku psychologii a nie ku metafizyce. Racjonalne założenie lub przyjęcie na wiarę że ‘ja’ to iluzja może pozwolić nam ominąć najgorsze pułapki ego, ale umniejszenie oddalone jest o całe lata świetlne od wyzwolenia. Podobnie jak dusza czy aniołowie, ‘ja’ stanowi czystą kartę, na której tak wielu ludzi pisało jakże rozmaite rzeczy. Jednak nawet jeśli istnieje takie coś jak ‘ja’ żyjące niewidzialnie wewnątrz nas, kto powie – nie licząc tych, którzy by sobie tego życzyli – że nie podlega ono manipulacjom w ten sam sposób jak widzialna materia która je otacza? Dlaczego każde ‘ja’ nie miałoby być doręczane wraz z przyczepionymi doń sznurkami? Niektórzy wierzą, że Duże Ja obejmuje wszystkie nasze małe ja. Czy małe ja mogą mieć swoje mniejsze ja? Czy Duże Ja może mieć swoje większe ja? Jako w górze, tak i na dole… jak mówi powiedzenie. W każdym bądź razie, niektórzy z nas są bardziej pewni siebie niż inni, nieważne czy zostali trwale wymodelowani w fabryce ‘ja’, czy też są ciągle przycinani dla dopasowania jak komplet ubrań. A jak wielu z nas nie ma większego pragnienia niż stać się kimś?
Bez w pełni zaangażowanej wiary w siebie, w ja, w osobę, nasz świat byłby skończony. Nawet gdyby osobisty bóg został wyłączony z każdego ze wszechświatów, osoba nadal utrzymałaby swój status. W przeciwnym razie, nasz świat nie mógłby dalej funkcjonować. Po co trapić się o sukces jako jednostka lub o postęp jako społeczeństwo, kiedy rozpoznaliśmy się jedynie jako oczko w splątanej sieci jąkliwych wspomnień, wrażeń i impulsów? Jako że wydarzenia te rozgrywają się w tym samym worku skóry, zakładamy trwałą, ciągłą osobowość – coś co się wychwala lub potępia w masie bądź jako osobne jednostki, coś co służy jako podwalina dla wojen, romansów i każdego innego gatunku ludzkiej aktywności. W hierarchii naszych najpotężniejszych fikcji – Ojczyzna, Bóg, Rodzina – Osoba stanowi sam szczyt.
Thomas Ligotti The Conspiracy Against the Human Race (fragment)
1 komentarz »
10
07
2007
Napisał zacmienie.org w kategorii Thomas Ligotti
Największą tajemnicą, która nie występuje w żadnej doktrynie religijnej i której nie można znaleźć w żadnej z przeciążonych mitami i baśniami bibliotek, tajemnicą o której wzmianki nie ma w żadnym systemie filozoficznym czy naukowej spekulacji, największą tajemnicą, być może jedyną tajemnicą, jest że cały wszechświat i wszelkie jego stworzenie zawdzięcza swe istnienie małemu zwyrodniałemu miasteczku. Gdyby można było rozebrać całą otaczającą nas scenerię, podciągnąć krajobraz każdej planety, zedrzeć niebiosa i wymieść gwiazdy i słońca, zerwać z siebie mięso i wniknąć głęboko w nasze kości, odnaleźlibyśmy je stojące tam odwiecznie – początek wszelkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, źródło wszystkiego co jest lub co może być – to małe, zwyrodniałe miasteczko. Odkrylibyśmy wówczas jego powykręcane ulice i chylące się domy, jego rozkładającą się ziemię i gnijące niebo, i na własne oczy ujrzelibyśmy schorowane twarze wyglądające przez brudne okna. Zdalibyśmy sobie wtedy sprawę dlaczego stanowi ono taką tajemnicę, największą i najwstrętniejszą tajemnicę, to małe zwyrodniałe miasteczko w którym wszystko się zaczęło i którego jądro zepsucia sączy z siebie wszystko co istnieje.
Od samego początku, jeśli był jakiś początek, to małe zwyrodniałe miasteczko stawało się coraz bardziej zwyrodniałe, jego ulice bardziej powykręcane, jego domy bardziej pochylone, jego ziemia coraz mocniej zepsuta, niebo głębiej przegniłe, a te twarze za niezmiennie coraz brudniejszymi oknami stawały się coraz bardziej schorowane. I w końcu, co nigdy nie mogło być końcem dla tego zwyrodniałego małego miasteczka, nie bardziej niż dla światów które się z niego wysączyły, jako że wszystko co znamy jest zwyrodniałe od samego początku, wszystko staje się coraz bardziej powykręcane i przekrzywione, bardziej schorowane i zepsute, przegniłe po samo niebo. Oto jest prawo wszechrzeczy, jeśli jakiekolwiek prawo może istnieć w świecie, we wszechświecie mającym swe źródło w małym zwyrodniałym miasteczku, które było zwyrodniałe od początku, jeśli istniał jakiś początek, i które będzie dalej wyrodnieć, bez końca wykręcać się i przekrzywiać, chorować i gnić, i nabierać nieskończenie różnych odcieni rozkładu, na zawsze i bez końca.
Nie możemy się powstrzymać, by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać jak by to było zamieszkać w tym małym zwyrodniałym miasteczku, z którego nieba jak deszcz odwiecznie sączy się zgnilizna, być pośród tych schorowanych twarzy, odwiecznie schorowanych twarzy, odwiecznie wypatrujących na powykręcane ulice i chylące się domy przez szyby brudnych okien, w mieście które wyrodnieje odwiecznie i które wyrodnieć będzie zawsze. Nie możemy się powstrzymać by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać, kiedy to wpatrujemy się mętnym wzrokiem w gwiazdy zdające się tworzyć tak liczne powykręcane drogi pośród czerni, albo kiedy próbujemy poczuć mięso gnijące nam na kościach – ostatecznie możemy jednak tylko rozmyślać, możemy jedynie szeptać lub krzyczeć w naszych snach: „o, gdzie leży droga do tego małego zwyrodniałego miasteczka?
Są między nami tacy, którzy choć twierdzą że widzieli to małe zwyrodniałe miasteczko, mogą być nieświadomi jego prawdziwej natury. Są tacy, którzy podnosząc się po okresie bolesnej męki ciała lub umysłu, zaczynają rozpowiadać jak to widzieli w oddali zarys wykrzywionych domów chylących się w ten a ten sposób, albo szli jakąś wykręconą ulicą i czuli pod swymi stopami ziemię miękką od zgnilizny, albo nawet że mignęły im te schorowane twarze wypatrujące zza brudnych okien, ze skórą szorstką i bladą jak opatrunek. Jednak ci którzy twierdzą że widzieli te rzeczy ostatecznie zdają się opowiadać nieco inną historię, niezdolni by ułożyć spójny obraz tego co mogli zobaczyć lub co wyobrażali sobie że widzieli. I tak, przez chwilę wpatrujemy się w nich podejrzliwie, po czym odchodzimy, pozostawiając ich swym kłamstwom i iluzjom, które rzecz jasna stanowią samą esencję tego małego zwyrodniałego miasteczka.
Gdzie jest to miejsce, to małe zwyrodniałe miasteczko? Jak się nazywa i kto jest jego twórcą? Takie pytania są nie do uniknięcia. Kwestia tego, czy istnieje jakakolwiek wiedza na temat czegokolwiek, nie mówiąc już o największym sekrecie, największej tajemnicy. Czy istnieją pory roku w krainie tego miasta? Czy jest tam wiosna, podczas której wielkie deszcze leją się dzień i noc z przegniłego nieba? Czy istnieje duszne lato, które przynosi ciężki bezruch powykręcanym ulicom? A co z jego jesienią, która musi być tak nasiąknięta wszystkimi kolorami rozkładu? Czy zimy tego małego zwyrodniałego miasteczka piętrzą ciężkie śniegi na dachach tych chylących się domów? Tak wiele jest pytań o tym sekretnym miejscu. Ale tak długo jak zadawane są tego rodzaju pytania i jak długo powstają na nie niezliczone odpowiedzi, największa tajemnica pozostaje bezpieczna; jako że żadne pytanie o tych schorowanych twarzach od zawsze wypatrujących zza szyb brudnych okien nie zostanie nigdy zadane, nigdy też nie zostanie dopuszczona żadna na nie odpowiedź.
Jak każdy fenomen któremu nie możemy w pełni stawić czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko musi pozostać tajemne w swej esencji i służyć jako granica tego co chcielibyśmy się dowiedzieć o rzeczach znajdujących się za ciemnością nocy i o tym co jest głęboko w naszych kościach. Jest tak, gdyż jak każdy inny fenomen któremu stawiamy czoła, to małe zdegenerowane miasteczko może zadawać nam tylko ból, dając naszemu życiu zaledwie nadwyżkę bólu, który poznaliśmy tak dobrze wraz z kolejnymi wiekami męki zwyrodniałego stworzenia. Lecz w przeciwieństwie do każdego pozostałego fenomenu, któremu dotąd stawiliśmy czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko pod swym gnijącym niebem i stojące na rozkładającej się ziemi, ów krajobraz bólu jak żaden inny, może być naszą ostatnią nadzieją, naszą jedyną nadzieją na zabicie wszelkiej nadziei którą kiedykolwiek mieliśmy, i na zamordowanie wszelkiej tajemnicy której kiedykolwiek poszukiwaliśmy, aby wreszcie wstąpić do tego wielkiego lśniącego królestwa o którym odwiecznie marzymy.
Może być całkiem prawdopodobne że jesteśmy w groteskowym błędzie zakładając, że jest cokolwiek szczególnego w tym małym zwyrodniałym miasteczku. Zamiast być największą z tajemnic, najgorszym bądź najwspanialszym z naszych marzeń, całkiem możliwe że stanowi ono miejsce zupełnie zwyczajne, jakiś ostateczny banał. Rozważmy możliwość: któż z nas nie znalazł się pod niebem zepsutym i przegniłym od wszystkiego co wznosiło się ku niemu wraz z każdym wydarzeniem na tej ziemi, ziemi która jest na mile przeniknięta rozkładem wszystkiego co kiedykolwiek na niej żyło? Któż nie podróżował przez powykręcane ulice i pod cieniami domów, z których nawet te najbardziej wyprostowane, jeśli tylko moglibyśmy to dojrzeć, chylą się ku upadkowi? A co do tych schorowanych twarzy, są przecież pospolite do nieprzyzwoitości. I tyle zostaje po tej cudowności która leży za czernią nocy i siedzi głęboko w naszych kościach… Lecz jeśli faktycznie tak jest, co może być całkiem prawdopodobne, cóż dla nas pozostaje we wszechświecie, w którym nie ma nic szczególnego, nic co by miało jakąś wartość, nie mówiąc o zbawiennym cudzie tego małego zwyrodniałego miasteczka?
Wydaje się całkowicie naturalne, że w razie gdyby ktokolwiek uzyskał pełną wiedzę na temat tego małego zwyrodniałego miasteczka, odmówiłby on autentyzmu owej największej, najstraszniejszej z tajemnic i w rezultacie, w akcie samoochrony, sfabrykowałby jakiś inny zestaw okoliczności, bardziej sprawdzający się w towarzystwie sposób przedstawiania spraw. To tłumaczyłoby powstanie na tym świecie tak wielu pomylonych bożków i wierzeń, a przynajmniej mnogość zbawców-manekinów – jak można by ich nazwać – którzy to z łagodnymi, spokojnymi twarzami zza okien wystawowych witają wiernych wkraczających po śmierci do niebiańskiego domu towarowego najbardziej mglistych i nieokreślonych rozkoszy.
Poczyniona musi być także wzmianka o czymś, co nazwać można sektą kukiełkowych ziem, której wysoce pomylone pojmowanie postuluje transcendentny wszechświat nieskończonych i niegroźnych antyków, których to niedokładne odbicia składają się na chaos i kryzy tego świata, ale które i tak skończą się gładko wraz z chwilą gdy wielkie przedstawienie kukiełek sfinalizowane zostanie słodką porą snu – przynajmniej do czasu następnego przedstawienia. Lecz kto mógłby mieć zarzuty do kogoś, kogo iluzje są kolejnymi wytworami powykręcanych ulic i chylących się domów, schorowanych twarzy i brudnych okien tego małego zwyrodniałego miasteczka, które samo wydaje się tak doskonale wyblakłe, tak głęboko pogrzebane w znanym nam świecie i na zawsze dążące ku coraz większemu zwyrodnieniu, że nawet ci nieliczni oświeceni spośród nas czasem wątpią w jego realność.
Wyobrażamy sobie czasem że słyszeliśmy głosy, dziwne szorstkie głosy wzywające słabo zza ciemności nocy lub z głębi naszych kości. I nawet jeśli nie ma żadnych prawdziwych słów, żadnego znanego nam języka w którym te głosy by mogły mówić, nadal istnieje w naszym świecie straszliwe zrozumienie, które tylko nieliczni mogą posiąść, i którego posiąść nikt by nie pragnął. Zrozumienie to, ów dziwaczny przekaz szorstkich głosów zza ciemności nocy lub z głębin naszych kości, wyjawia że to małe zwyrodniałe miasteczko, ta największa z tajemnic, jest tylko fasadą lub mirażem, malowniczym kłamstwem albo iluzją ubraną w powykręcane ulice i chylące się domy, całą tę zgniliznę i chorobę które wyczuwamy jako źródła wszystkich znanych lub niepoznawalnych rzeczy. Tak naprawdę istnieje coś innego, coś czego nikt nie mógł lub nie pragnął zrozumieć, czego jednak nie można nie usłyszeć kiedy to przemyka się spomiędzy tych dziwnych i szorstkich głosów, kiedy to dryfuje w najkrótszych chwilach ciszy i co przybywa zza czerni nocy lub z głębi naszych kości jako pusty pogłos najposępniejszego śmiechu.
Mimo że nie ma dowodów, by to małe zwyrodniałe miasto rzeczywiście stanowiło największą tajemnicę oraz źródło wszelkich znanych nam rzeczy, jest ono prawdziwe a jego istnienie można uznać za pewne. Istnieją też pewne znaki, pewne aspekty i elementy naszego życia, które nie pozostawiają wątpliwości co innego faktu – prędzej czy później znajdziemy się w tym małym zwyrodniałym miasteczku, czy tego chcemy czy nie. Albowiem gdy niebo zaczyna nam ciemnieć przed oczami, a nasze kości stają się miękkie jakby w rozkładzie, wiemy już że wszystkie drogi naszego życia prowadziły nas – i tylko tam nas mogą prowadzić – do tego małego zwyrodniałego miasteczka. Zrozumiemy wtedy, że wszystko wkoło nas, wszystko wewnątrz nas, posiada bezpośredni punkt styczności z tym tajemnym miejscem, tym źródłem wszystkich rzeczy.
Brak komentarzy »
09
07
2007
Napisał zacmienie.org w kategorii Eseje, Thomas Ligotti
„Człowiek to samoświadome Nic.” Biorąc to twierdzenie dosłowne, okazuje się ono paradoksem i koszmarem. Bycie samoświadomym i bycie niczym powinno się nawzajem wykluczać. Tutaj jednak są one zestawione, tworząc nierealną potworność, egzystencjalną chimerę w rodzaju „nie-umarłego”. Większa cześć przedstawicieli ludzkiej społeczności powie ci że są czymś, nie że są niczym. Ci ze skłonnościami samobójczymi powiedzą że są czymś choć woleliby być niczym. To, czego prawie żaden z nich powie, to że „wie” że jest niczym – żywą marionetką niezdolną by działać inaczej niż w sposób, w jaki zostało jej to nakazane przez niewidoczne siły – a jednak, będąc samoświadomą, ulega iluzji że jest czymś i że wierzy, że tak samo jest ze wszystkimi – wszyscy żyjemy w tym samym paradoksie, tym samym koszmarze. Wierzy także, że zrobimy wszystko co w naszej mocy aby utrzymać tę wiedzę z dala od naszych głów, bo jak inaczej moglibyśmy dalej żyć? I dlaczego mielibyśmy zapełniać świat kolejnymi przedstawicielami tego samoświadomego nic, kolejnymi marionetkami?
Rozważmy przez chwilę przedmiot, jakim jest marionetka. Wykonana na nasze podobieństwo, nie wie nic z rzeczy, które wiadome są nam… Lub z rzeczy, które wyobrażamy sobie że wiemy – na jedno wychodzi. Bez wątpienia zdarzało się nam kiedyś fantazjować o chwili, w której marionetka sprawia wrażenie jakby miała ożyć, podskoczyć jak człowiek, wiedzieć rzeczy które wiemy, a być może także takie, których nie wiemy. I wtedy wybucha w nas psychologiczny konflikt nie do rozwiązania, dysonans poznawczy, który przeszywa nasze istnienie wstrząsem ponadnaturalnej grozy (antropomorfobia to termin oznaczający niepokój wywoływany przez sytuacje, w których nieożywione przedmioty nabierają ludzkich jakości). Nie ważne czy wierzymy w zjawiska ponadnaturalne czy nie – wprawiają nas one w przerażenie, ponieważ przez przyzwyczajenie myślimy o sobie jako o bytach naturalnych, istniejących w naturalnym świecie – i dlatego utożsamiamy to co ponadnaturalne z grozą. Marionetka istnieje, nie może jednak wiedzieć jak ani czemu. Nie wie nic, a mimo to może mieć nam do powiedzenia coś interesującego o tym co naturalne i ponadnaturalne.
Marionetki – podobizny nas samych, wykonane przez nasze własne dłonie i umysły – zostały stworzone, aby być aktorami w swoim świecie, który to istnieje wewnątrz naszego i stanowi jego odbicie. Co widzimy w tym odbiciu? Tylko to, co chcemy zobaczyć, tylko to, czego widok możemy znieść. Jedynie dzięki zapobiegawczemu samooszustwie udaje nam się ukryć przed tym, czego lękamy się wpuścić w nasze ręce. Jednakże marionetki nie mają nic do ukrycia. Są więcej niż chętne, by zdradzić nam tajemnicę zbyt dla nas przerażającą aby ją poznać. Nasze życie jest pełne kłopotliwych pytań, którymi żonglują wirtuozi spekulacji, a o których reszta z nas zapomina. Może i jesteśmy nagimi małpami albo wcielonymi aniołami, ale na pewno nie samo-świadomym niczym. Wszyscy jesteśmy Kimś, możemy poruszać się gdzie chcemy i myśleć co zadecydujemy. Marionetki takie nie są. Ich głowy są puste. Są nierzeczywiste. Kiedy są w ruchu, wiemy że poruszane są przez siłę zewnętrzną. Kiedy mówią, ich głos bierze się skądinąd. Otrzymują rozkazy z miejsca, które leży gdzieś obok, gdzieś poza nimi. I gdyby kiedykolwiek stały się świadome tego faktu, zapadłyby się pod grozą tego wszystkiego, tak jak zapadlibyśmy się my.
Kiedy kończymy bawić się kukiełkami, odkładamy je na bok. Są tylko przedmiotami – jak ciało w trumnie. Martwi nie wracają, chyba że w horrorach i koszmarach. Duchy i tym podobne rzeczy są tylko wadliwym produktem nawiedzonych umysłów. Gdyby nie były, nasz świat okazałby się paradoksem i koszmarem, w którym nikt nie mógłby być pewnym niczego, nawet tego czy nie jesteśmy jedynie marionetkami otrzymującymi rozkazy z miejsca leżącego gdzieś obok, gdzieś poza nami. Wszelka ponadnaturalna groza wynika z naszego niezdecydowania w wierze co powinno, a czego nie powinno być. Jak zaświadczają naukowcy, filozofowie czy duchowni, nasze głowy są pełne iluzji. Rzeczy, w tym ludzie, często okazują się być czymś innym, niż się uprzednio wydawało. Tym niemniej, jest jedna rzecz, co do której jesteśmy pewni: istnieje różnica między tym co naturalne, a tym co nienaturalne. Inną rzeczą, co do której jesteśmy pewni, to że natura nie popełniłaby tak niefortunnego błędu, jak zezwolenie by rzeczy, w tym ludzie, stawały się ponadnaturalne. Gdyby jednak go popełniła, zrobilibyśmy wszystko, aby utrzymać wiedzę o tym z dala od naszych głów. A wszystko wskazuje na to – Bogu i naturze dzięki – że nie ma się czym martwić. Prawie wszyscy wierzą że jesteśmy istotami naturalnymi, których życie ma wrodzoną wartość. Nikt nie może udowodnić że nasze istnienie jest paradoksem i grozą. Ze światem wszystko jest w porządku.
-Thomas Ligotti The Conspiracy Against the Human Race (fragment)
4 komentarzy »
|