Opowiadanie grozy – scenariusz koszmaru
Napisał zacmienie.org w kategorii Eseje, Thomas Ligotti
Poniższy tekst stanowi wstęp do zbioru opowiadań Ligottiego „The Shadow at the Bottom of the World”.
Aby opowiadanie grozy działało na czytelnika, musi ono jednocześnie odzwierciedlać i zniekształcać świat, który zna – a więc to samo miejsce, w którym rozmnaża się, walczy i je. Oznacza to, że opowiadanie to nie może wkraczać na święte ziemie okupowane przez uznane instytucje wiary. Instytucje te mają bowiem w zwyczaju by w trosce o swych członków nazywać podległe im terytoria obszarami niemożliwymi do poznania. Gdybyśmy mimo to poprowadzili nasze opowiadanie tą tchórzliwą ścieżką, utraciłoby ono swą największą wartość – mianowicie moc przekazywania prawdy o naszych aktualnych, ciągle ewoluujących lękach, oddając się zamiast tego utrwalaniu prymitywnych tradycji jakiejś odległej przeszłości. Prawo literackie, którego w swej twórczości przestrzegali tylko najwięksi pisarze gatunku jak Edgar Allan Poe czy H.P. Lovecraft, można sformułować w następujący sposób: żadne opowiadanie grozy nie będzie wykorzystywać swych czytelników grając na ich wierzeniach. Jest to łatwa i podła gra, której dopuściłby się tylko skryba najniższego sortu. Głowy czytelników są już i tak pełne wszelkiego rodzaju lęków warunkowanych im od dzieciństwa spędzonego w rękach gniewnego boga. Szczęśliwie, został nam dany inny wzorzec dla horroru, nie mający nic wspólnego z kaznodziejami, ambonami i fasadowemu posłuszeństwu doktrynie. Wzorcem tym jest mianowicie senny koszmar. Jedyne doktryny jakim posłuszny jest koszmar to te, które wywodzą się właśnie z naszych ewoluujących lęków. Żaden zły sen nie skończył się nigdy wybawieniem śniącego od piekła jego umysłu. Takie zakończenia powstają zawsze po fakcie, pisane z rąk pisarzy o zacięciu wybawicielskim.
Nie ważne jak niechętnie i rzadko dopuszczamy do siebie świadomość śmierci, chorób, kalectwa i obłędu – dla większości z nas jest ona w takim samym stopniu nieunikniona, jak inna konieczność: taka mianowicie, by zgodnie z pewnym rytmem regularnie opuszczać ten świat i udawać się w podróż do innego – do świata, w którym jesteśmy zmuszeni stawiać czoła nienaturalnej grozie – wypaczonym rzeczywistościom powstającym tylko dlatego, że nasze mózgi przechodzą w inny tryb funkcjonowania. W perspektywie przebudzonego „ja”, światy te mogą być nazwane w tylko jeden sposób: „obłąkańcze”. Prawdopodobnie równie stosownym określeniem byłoby także słowo „nadprzyrodzone”, gdyż jak wykazał Zygmunt Freud w swoim słynnym eseju „Niesamowite”, istnieje zwyczaj symbolicznego zrównywania stanów odchyleń umysłowych z dziwacznymi wydarzeniami świata „rzeczywistego”. To właśnie stąd wzięło się długotrwałe skojarzenie między literaturą grozy a tym, co nadprzyrodzone. Jeżeli umieszczamy ducha ze snu w kontekście naszego życia na jawie – nawet jeśli robimy to tylko na łamach opowiadania o duchach – to tym samym z własnej woli podejmujemy się metafizyki pomyłki. Motywacja tego działania jest równie poplątana, jak wszystkich pozostałych działań na ziemi; Jedno jest pewne – robimy to, bo czujemy do tego pociąg. Spekulacja ta odwodzi nas jednak od naszego głównego zagadnienia, jakim jest fabuła opowiadania grozy i jego geneza w koszmarze.
Droga między koszmarem a horrorem bywa zwykle długa i pokręcona. Jeśli chodzi o fabułę jakiej mógłby dostarczyć koszmar – ma on to do siebie, że notorycznie generuje wątki albo banalnie proste i tym samym nie działające poza obrębem snu, albo zbyt skomplikowane aby wyciągnąć z nich jakiś sens. Oczywiście, to samo może być powiedziane o naszym życiu na jawie. Z jednej strony składa się na nie kilka podstawowych, rutynowych działań i kiedy je rozebrać do naga, nie mają w sobie wiele interesującego. Mimo to musimy je realizować, jeżeli to przedstawienie ma trwać dalej. Jemy, ponieważ jesteśmy głodni i umrzemy, jeśli nie uda nam się zaspokoić tego głodu. Pracujemy, ponieważ musimy zapewniać sobie pożywienie i schronienie przed żywiołami. Śpimy, ponieważ jesteśmy zmęczeni i musimy się zregenerować by móc dalej pracować, co z kolei pozwala nam się schronić i pożywić. Jednakże te rutynowe działania i ich sens nie zapewniają wystarczającego materiału na twórczość literacką – byłaby z tego raczej uciążliwa lektura. Z drugiej strony, sprawy w naszym życiu przybierają czasem tak porywający i tajemniczy obrót, że sprawia nam trudność samo choćby określenie co się właściwie dzieje. Jednego dnia rutynowo podbijamy kartę w biologicznej fabryce, a następnego wikłamy się w jakąś najniezwyklejszą historię tylko dlatego, że zobaczyliśmy ładną twarz albo rzuciliśmy lekkomyślnie kilka słów, które wywołały pożar wściekłości trwający czasem kilka godzin, a czasem przeciągający się na całe lata. Z początku próbujemy jakoś to sobie tłumaczyć, ostatecznie jednak dochodzimy do wniosku że po prostu nie jesteśmy w stanie nazwać mechanizmu stojącego za początkowym impulsem – nadążyć za tym co właściwie go napędzało a co hamowało, i zrozumieć do czego na koniec doprowadził. Jest to jeden z głównych powodów, dla których w ogóle czytamy literaturę – jesteśmy nieusatysfakcjonowani bądź sfrustrowani zarówno zasadniczą nudą, jak i bezkonkluzywną, dezorientującą złożonością naszego życia. Brakuje mu czegoś, czego pragniemy – znaczenia… albo, innymi słowy, wątku. Żadne inne stworzenie na tym świecie niczego takiego nie wymaga – zdaje się, że brzemię to należy wyłącznie do nas. Z tego też powodu norweski filozof Peter Wessel Zapffe uznał istotę ludzką za pomyłkę w świecie natury. Jest w nas pragnienie, które nigdy nie może zostać zaspokojone, pragnienie, które nie jest naturalne – a przynajmniej nie występujące nigdzie indziej w królestwie natury. Mimo to, będziemy dalej trwać w tej pogoni za niemożliwym i ostatecznie przyjdzie nam w tym wysiłku umrzeć. Na tym polega tragedia ludzkiej egzystencji, którą – jak stwierdził Zapffe – staramy się przed sobą zakrywać najlepiej, jak tylko możemy. Tylko tak możemy znosić istnienie, które niesie grozę na swym każdym kroku. Tworzymy więc pełne znaczeń narracje, zawiązując między sobą spisek kłamstw mających upozorować spójność, jakiej odmawia nam zarówno nasze życie we śnie, jak i na jawie. Stąd też mitologie, religie, a nawet scenariusze naukowe rozpoczynające się big-bangiem, ciągnące się aż zjawią się w nich jakieś postaci i wtedy urywające się w entropii; na naszym etapie historii wkraczanie na ten grunt, po którym kroczyło już tak wielu przed nami, wydaje się zbędne i co najmniej banalne. Interesują nas tu jednak wątki fikcji literackiej – konkretnie zaś te, która oscylują między koszmarem a powieścią grozy. Jeśli znowu zboczyliśmy nieco z głównego tematu, nie powinno to być zaskoczeniem. Może się nawet okazać, że zyskamy na kilku kolejnych krokach w bok.
Częścią naszego dziedzictwa jako istot obdarzonych świadomością – zdających sobie sprawę z tego że żyją i że nieuchronnie umrą – jest fakt, że zdarza nam się miewać koszmary. Każde działanie, jakiego się w życiu podejmujemy, wiąże się z ryzykiem. W wypadku czynności jaką jest kładzenie się spać, jest ono takie, że nasz umysł może niczym balon podryfować ku pokrytemu chmurom i cieniom niebu, gdzie przyjdzie mu znosić udrękę w scenerii niewyobrażalnego obłędu. W czasie, gdy nasze ciała leżą unieruchomione w stanie paraliżu, nasza błąkająca się po zaułkach mózgu świadomość zostaje wykrzywiana do granic psychozy… przynajmniej do chwili, kiedy skala grozy staje się zbyt wielka, aby sen mógł trwać dalej; zostajemy wtedy na powrót pchnięci ku jawie.
Jednak jeśli koszmar dostatecznie nami wstrząsnął, może zająć trochę czasu nim się w pełni obudzimy. Jesteśmy dostatecznie przytomni by sięgnąć lampy i wygramolić się z łóżka, przecierając oczy jakbyśmy chcieli zetrzeć wizje jakich padliśmy ofiarą, przykładając dłonie do skroni aby poczuć że wracamy do znajomych obszarów fizyczności. Jednak nie do końca jeszcze opuściliśmy świat koszmaru. Wychodzimy więc z przemienionego w komnatę grozy pokoju i poszukujemy jakiegoś innego miejsca w naszym domu, nie skażonego doświadczonym przez nas szaleństwem, gdzie moglibyśmy umieścić swoje ciało – stojące, aby uniemożliwić mu ponowne utonięcie w tą obłąkaną ciemność, z której staramy się wydostać. Kiedy już siądziemy, zaczynamy stękać i przeklinać na wspomnienie tej przerażającej przeprawy, przez jaką zabrała nas świadomość. Nasz umysł dalej nękają pozostałości po rzeczach, jakich nigdy nie spodziewalibyśmy się doświadczyć, serwując widoki wyskakujące z ciemności wewnątrz nas, gdzie nadal w kółko rozgrywane są wewnętrzne scenariusze – jak grająca w głowie melodia, której nie możemy zatrzymać. Nasze ciało nadal drży od objawów tej niematerialnej choroby – jej gorączki, spustoszenia i pomieszania. Nie jesteśmy już zatrzaśnięci we śnie, nadal jednak nie jesteśmy w pełni wyzwoleni z jego uścisku. Najgorszą zaś rzeczą, jaka wiąże się z przebywaniem w tej strefie przejściowej – najokropniejszym objawieniem, jakiego w tym stanie można zaznać – stanowi nie sam ów koszmar, który to wślizgnął się niedawno do naszych czaszek i zasiedlił w nich na pewien czas. Ta trauma dobiegła już końca. Światła mieszkania palą się wokół nas… jednak nadal trwamy w stanie delirium, które w innych okolicznościach mogłoby sugerować jakąś poważną chorobę umysłową albo uszkodzenie systemu dającego nam poczucie, że jesteśmy kimś prawdziwym, że mamy normalne i ciągłe „ja”. Tym co najgorsze w zawieszeniu między dwoma światami nie jest wcale wspomnienie minionego już koszmaru, osuwające się właśnie w jedno z pokrytych szlamem i pajęczynami zagłębień pamięci. Jest nim natomiast idea wszystkich tych koszmarów, które mają w naszym życiu dopiero nadejść. W tych chwilach granicznych między zniekształceniami chorego snu a pełnym wyzdrowieniem, pozwalającym naszemu umysłowi wrócić ze szpitala do domu, odkrywamy, że perspektywa kolejnych epizodów tego rodzaju – tych nawrotów szału śpiącego umysłu – jest absolutnie nie do zniesienia. Jak mielibyśmy kiedykolwiek zdobyć się na podjęcie ryzyka powrotu do tamtego łóżka, aby znów zejść do świata snu? Cóż za potworne przeznaczenie musimy bezradnie znosić każdej nocy – stawać na krawędzi przepaści snu, nie wiedząc co nas czeka na dole…
Jak już wcześniej jednak zauważyliśmy, każdy krok w naszym życiu wiąże się z ryzykiem. Zdanie to można by słusznie rozszerzyć, aby – jak wskazują pewne fakty i statystyki – mówiło nie tyle o ryzyku, co wręcz o pewności bólu i cierpienia, otaczających nas niczym drut kolczasty, w który prędzej czy później musimy z impetem wpaść. Tylko nieliczni zaklinają się że nie wejdą do samochodu z uwagi na pewne wyjątkowo groteskowe okaleczenia czy zgony, które nie raz wyniknęły z powodu tej decyzji. Z drugiej strony, wielu rezygnuje z zaznawania euforii, w jaką wprawia jazda na motocyklu – nawet jeśli nie słyszeli wcześniej, że chirurdzy zwykli nazywać te pojazdy „dawco-cyklami”. Jednak nawet najbardziej beztroscy z nas ważą ryzyko, zestawiając potencjalną krzywdę jaką mogą odnieść, z uzyskaną w zamian nagrodą. Wielu ludzi wierzy, że może wybierać jaki rodzaj zagłady ich spotka; czasem rzeczywiście kończą oni swój żywot w takich mniej więcej okolicznościach, jakie sobie wyobrazili. Oczywiście, kiedy już wpadną w tarapaty, tłumaczą je sobie w nieco inny sposób. W sprawach okropieństw, które mogłyby pokrzyżować ich plany życiowe, ludzie pozostają nieświadomi do granic możliwości. Choć zdarza im się otrzeć się o poważne kalectwo lub śmierć, zwykle zdrowieją z tych doświadczeń i podobnie jak ktoś, kto swego czasu przeżył serię nocnych koszmarów – w końcu z powrotem kładą się spać… ponieważ to właśnie we śnie pragną umrzeć, przeżywszy już swoje długie i zdrowe życie. Ani koszmary we śnie, ani na jawie, nie wstrzymały nigdy marszu ludzkości. Nie żeby urodzona już osoba, czy uformowane już społeczeństwo miały jakiś inny wybór, niż trwać w założeniu, że na krótką metę wszystko będzie w porządku – starając się przy tym możliwe najmniej myśleć o tym jak to się skończy. Codzienne i świadome stawianie czoła koszmarom z zasady nie leży w ludzkim zwyczaju. Istnieją jednak nieliczni pośród nas, którzy oddają się badaniu koszmaru we wszelkich jego odmianach – i być może za sprawą przypadku lub jakiejś wady charakteru – pragną oni publikować swoje odkrycia w formie znanej powszechnie jako opowiadanie grozy. Poniższe obserwacje zostały zaczerpnięte z moich własnych badań nad tym właśnie obszarem ludzkiego doświadczenia.
Jakkolwiek przerażające potrafią być koszmary, nie sama groza stanowi ich istotę – podobnie zresztą jak nie stanowi ona istoty horroru. Rzecz jasna, musi być w nich coś przerażającego – czy to ucieczka przed kimś czyhającym na ciebie pośród ciemnych uliczek, bieg po omacku wgłąb wiecznie zwężającego się tunelu, czy też wizyta jakiejś widmowej istoty. Specyfika koszmaru nie leży jednak w tych, ani w jakichkolwiek innych hipotetycznych sytuacjach jako takich. To, co sprawia, że koszmar rzeczywiście staje się koszmarny, to poczucie, że dzieje się właśnie coś, co nie powinno się dziać. I chociaż koszmar stanowi najlepszy przykład sytuacji, w której zachodzi coś niemożliwego i nie do pomyślenia, to jednak sytuacje te nie zdarzają się wyłącznie w godzinach naszego snu.
Aby zilustrować to łatwo dostępnym przykładem, rozważmy scenariusz wypadku samochodowego – wydarzenia, którego z początku doświadcza się, jakby to był sen. Oto nagle znajdujesz się w sytuacji, gdzie czas niesie cię zupełnie odmiennym nurtem niż dotąd. Być może podróżowałeś właśnie po jakiejś śliskiej drodze, kiedy nagle i bez ostrzeżenia odkrywasz, że straciłeś kontrolę i za chwilę przelecisz przez kilka pasów nadciągającego z naprzeciwka ruchu. Wiesz, że takie rzeczy zachodzą dość łatwo; może nawet przydarzyły ci się już wcześniej; wiesz, że przytrafiają się one ludziom praktycznie codziennie. Tym niemniej, wypadek ten nie był w twoich planach – dlatego zresztą zwie się wypadkiem. Sprawia wrażenie pomyłki, nawet jeśli da się go wytłumaczyć jako zbieg serii przyczynowo-skutkowych okoliczności. Jest pomyłką, ponieważ – jak co dzień zresztą – miałeś własne wyobrażenie tego, jak sprawy powinny się dziś potoczyć. Bezradne wirowanie w samochodzie w czasie kiedy inni usiłują cię ominąć – być może nieskutecznie – nie było częścią twojego planu dnia. Raz zdajesz się mieć sprawy pod kontrolą, chwilę później lecisz w kierunku nie do przewidzenia. Kręcąc się tak po śliskim od śniegu lub deszczu chodniku, nie czujesz przerażenia – przynajmniej jeszcze nie teraz. Na tym etapie wszystko jest dziwnością. Zabrano cię do miejsca innego niż wcześniej i nie masz tu już kontroli. Wszystko może się teraz zdarzyć. Wślizgnięcie się tego podejrzenia do twych myśli znaczy moment, w którym rozpoczyna się koszmar. Nic już nie jest bezpieczne ani nic nie jest zakazane. Zupełnie znienacka uruchomione zostało coś, co przemieniło wszystko w rzeczy, których być nie powinno – przynajmniej zgodnie z twoją urojoną koncepcją twego życia i jego „sensownej” trajektorii. A jednak – takie rzeczy się zdarzają, wie to każdy. Zawsze się zdarzały i zawsze będą się zdarzać.
Odsuwamy jednak od siebie ten koszmar, nazywając go wymyślonym i negując jego rolę w naszym prawdziwym życiu; zakotwiczamy się w odległych od niego krainach, władanych przez takie „rzeczywistości” jak Kraj albo Bóg; rozpraszamy swą uwagę, zawężając umysł do obszarów, w których zdaje się być nieobecny; i ostatecznie – łagodzimy koszmar, umieszczając go w opowiadaniach, obrazach i innych formach wyrazu, które możemy odłożyć kiedy nam się żywnie podoba. Gdybyśmy tego zaniechali, zostalibyśmy skazani na życie w ciągłym koszmarze… świecie, który nie powinien być, a mimo to trwa. Spiskujemy więc ze sobą i przeciw sobie, aby zanegować najbardziej oczywiste fakty koszmaru – śmierć, obłęd, zwyrodnienie i kalectwo. Poprzez funkcjonowanie na zasadach koszmaru, opowiadanie grozy stanowi sposób, za pomocą którego pewni ludzie myślą o czymś, czego nie da się pomyśleć, stawiają czoła czemuś, na co w przeciwnym razie nie byliby w stanie spojrzeć i, co najważniejsze, kontrolują i nadają znaczenie czemuś, co nie może ani poddawać się kontroli, ani skrywać jakiegokolwiek znaczenia. Jest to perwersyjny sposób na obronę przed czymś, co nas poniża i niszczy, przed czym nie ma ratunku i co nigdy nie powinno zaistnieć – przed życiem samym w sobie z całą wrodzoną mu groteskowością. Jednakże jedynym rezultatem naszych wysiłków w nadpisywaniu tego, co już zapisano, przerabianiu czegoś, co już utrwalono, przemienianiu rzeczy, która jest niezmienna i godzeniu się z czymś, co jest nie do zaakceptowania, to tylko dalsze pogorszenie naszej sytuacji. Nie ma znaczenia jak wielu papierowym potworom stawimy czoła czy z jak wielu koszmarów się otrząśniemy – najlepsze co możemy uczynić to otworzyć strony Poego i zarecytować – w miarę możliwości zrezygnowanym i sardonicznym tonem – słowa wiersza „Zdobywca czerw” opowiadającego historię, w której jest „Dużo Szaleństwa, więcej Grzechu, / A motyw sztuki – Groza dusz”


