Archiwum dla kategorii “Wiersze / Poezja”

Największą tajemnicą – tajemnicą, której nie sposób odnaleźć w żadnej doktrynie religijnej ani w żadnej z przepełnionych mitami i baśniami bibliotek, tajemnicą, o której brak wzmianki w jakimkolwiek systemie filozoficznym czy wszelkiej naukowej spekulacji, największą tajemnicą, być może jedyną tajemnicą, jest, że cały wszechświat i wszelkie jego stworzenie zawdzięcza swe istnienie małemu zwyrodniałemu miasteczku. Gdyby można było rozebrać całą otaczającą nas scenerię, zajrzeć za krajobraz każdej planety, zedrzeć niebiosa i wymieść gwiazdy i słońca, zerwać z siebie mięso i wniknąć głęboko w nasze kości, odnaleźlibyśmy je stojące tam odwiecznie – początek wszelkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, źródło wszystkiego co jest lub co może być – to małe, zwyrodniałe miasteczko. Odkrylibyśmy wówczas jego powykręcane ulice i chylące się domy, jego rozkładającą się ziemię i gnijące niebo, i na własne oczy ujrzelibyśmy schorowane twarze wyglądające przez brudne okna. Zdalibyśmy sobie wtedy sprawę dlaczego stanowi ono taką tajemnicę, największą i najwstrętniejszą tajemnicę, to małe zwyrodniałe miasteczko w którym wszystko się zaczęło, i którego jądro zepsucia sączy z siebie wszystko co istnieje.

Od samego początku, jeśli był jakiś początek, to małe zwyrodniałe miasteczko stawało się coraz bardziej zwyrodniałe, jego ulice bardziej powykręcane, jego domy bardziej pochylone, jego ziemia coraz mocniej zepsuta, niebo głębiej przegniłe, a te twarze za niezmiennie coraz brudniejszymi oknami stawały się coraz bardziej schorowane. I w końcu, co nigdy nie mogło być końcem dla tego zwyrodniałego małego miasteczka, nie bardziej niż dla światów, które się z niego wysączyły, jako że wszystko, co znamy, jest zwyrodniałe od samego początku, wszystko staje się coraz bardziej powykręcane i przekrzywione, bardziej schorowane i zepsute, przegniłe po samo niebo. Oto jest prawo wszechrzeczy, jeśli jakiekolwiek prawo może istnieć w świecie – we wszechświecie mającym swe źródło w małym zwyrodniałym miasteczku, które było zwyrodniałe od początku, jeśli istniał jakiś początek, i które będzie dalej wyrodnieć, bez końca wykręcać się i przekrzywiać, chorować i gnić, i nabierać nieskończenie różnych odcieni rozkładu, na zawsze i bez końca.

Nie możemy się powstrzymać, by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać, jak by to było zamieszkać w tym małym, zwyrodniałym miasteczku, z którego nieba odwiecznie jak deszcz sączy się zgnilizna, być pośród tych schorowanych twarzy, odwiecznie schorowanych twarzy, odwiecznie wyglądających na powykręcane ulice i chylące się domy przez szyby brudnych okien, w mieście które wyrodnieje odwiecznie i które wyrodnieć będzie zawsze. Nie możemy się powstrzymać by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać, kiedy to wpatrujemy się mętnym wzrokiem w gwiazdy zdające się tworzyć tak liczne powykręcane drogi pośród czerni, albo kiedy próbujemy poczuć mięso rozkładające się nam na kościach – ostatecznie możemy jednak tylko rozmyślać, możemy jedynie szeptać lub krzyczeć w naszych snach: „o, gdzie leży droga do tego małego zwyrodniałego miasteczka?

Są między nami tacy, którzy mimo tego, że twierdzą, iż widzieli to małe zwyrodniałe miasteczko, mogą być nieświadomi jego prawdziwej natury. Są tacy, którzy podnosząc się po okresie bolesnej męki ciała lub umysłu zaczynają rozpowiadać, jak to widzieli w oddali zarys wykrzywionych domów chylących się w ten a ten sposób, albo szli jakąś wykręconą ulicą i czuli pod swymi stopami ziemię miękką od zgnilizny, albo nawet że mignęły im te schorowane twarze wyglądające zza brudnych okien, ze skórą szorstką i bladą jak opatrunek. Jednak ci, którzy twierdzą, że widzieli te rzeczy, ostatecznie zdają się opowiadać nieco inną historię, niezdolni by ułożyć spójny obraz tego co mogli zobaczyć, lub tego, co wyobrażali sobie, że widzieli. I tak, przez chwilę przyglądamy im się podejrzliwie, po czym odchodzimy, pozostawiając ich swym kłamstwom i iluzjom, które rzecz jasna stanowią samą esencję tego małego zwyrodniałego miasteczka.

Gdzie jest to miejsce, to małe zwyrodniałe miasteczko? Jak się nazywa i kto jest jego twórcą? Takie pytania są nie do uniknięcia. Kwestia tego, czy istnieje jakakolwiek wiedza na temat czegokolwiek, nie mówiąc już o największym sekrecie, największej tajemnicy. Czy na ziemi, na której leży to miasto, istnieją pory roku? Czy jest tam wiosna, podczas której wielkie deszcze leją się dzień i noc z przegniłego nieba? Czy istnieje duszne lato przynoszące ciężki bezruch tym powykręcanym ulicom? A jesień, musi być tak nasycona wszystkimi kolorami rozkładu…? Czy zimy w tym małym zwyrodniałego miasteczku piętrzą ciężkie śniegi na dachach tych chylących się domów? Tak wiele jest pytań o tym sekretnym miejscu! Ale tak długo jak zadawane są tego rodzaju pytania i jak długo powstają na nie niezliczone odpowiedzi, największa tajemnica pozostaje bezpieczna; jako że żadne pytanie o te schorowane twarze, od zawsze wyglądające zza szyb brudnych okien, nie zostanie nigdy zadane, nigdy też nie zostanie dopuszczona na nie żadna odpowiedź.

Jak każdy fenomen, któremu nie możemy w pełni stawić czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko musi pozostać w esencji tajemnicą i służyć jako granica tego, czego chcielibyśmy się dowiedzieć o rzeczach znajdujących się za ciemnością nocy i o tym co jest głęboko w naszych kościach. Jest tak, gdyż jak każdy inny fenomen któremu stawiamy czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko może zadawać nam tylko ból, dając naszemu życiu zaledwie nadwyżkę bólu, który poznaliśmy tak dobrze wraz z kolejnymi wiekami męki zwyrodniałego stworzenia. Lecz w przeciwieństwie do każdego innego fenomenu, któremu dotąd stawiliśmy czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko pod swym gnijącym niebem i stojące na rozkładającej się ziemi – ów krajobraz bólu jak żaden inny – może być naszą ostatnią nadzieją, naszą jedyną nadzieją na zabicie wszelkiej nadziei, jaką kiedykolwiek posiadaliśmy, i na zamordowanie wszelkiej tajemnicy, której kiedykolwiek poszukiwaliśmy, aby wreszcie wstąpić do tego wielkiego, lśniącego królestwa z naszych odwiecznych marzeń.

Może być całkiem prawdopodobne, że jesteśmy w groteskowym błędzie zakładając, że w tym małym zwyrodniałym miasteczku jest cokolwiek szczególnego. Zamiast być największą z tajemnic, najgorszym bądź najwspanialszym z naszych marzeń, całkiem możliwe, że stanowi ono miejsce zupełnie zwyczajne, najwyższy i największy banał. Rozważmy możliwość: któż z nas nie znalazł się pod niebem zepsutym i przegniłym od wszystkiego co wznosiło się ku niemu wraz z każdym wydarzeniem na tej ziemi, ziemi która jest na mile przeniknięta rozkładem wszystkiego, co kiedykolwiek na niej żyło? Któż nie podróżował przez powykręcane ulice i pod cieniami domów, z których nawet te najbardziej wyprostowane, jeśli tylko moglibyśmy to dojrzeć, chylą się ku upadkowi? A co do tych schorowanych twarzy, są przecież pospolite do nieprzyzwoitości. I tyle zostaje po tej cudowności, która leży za czernią nocy i siedzi głęboko w naszych kościach… Lecz jeśli faktycznie tak jest, co może okazać się całkiem prawdopodobne, cóż dla nas pozostaje we wszechświecie, w którym nie ma nic szczególnego, nic, co by miało jakąś wartość, nie mówiąc o zbawiennym cudzie tego małego zwyrodniałego miasteczka?

Wydaje się całkowicie naturalne, że w razie, gdyby ktokolwiek uzyskał pełną wiedzę na temat tego małego zwyrodniałego miasteczka, odmówiłby on autentyzmu owej największej, najstraszniejszej z tajemnic i w rezultacie, w akcie samoochrony, sfabrykowałby jakiś inny zestaw okoliczności, lepiej sprawdzający się w towarzystwie sposób przedstawiania spraw. To tłumaczyłoby powstanie na tym świecie tak wielu pomylonych bożków i wierzeń, a przynajmniej mnogość zbawców-manekinów – jak można by ich nazwać – którzy to z łagodnymi, spokojnymi twarzami witają zza okien wystawowych wiernych wkraczających po śmierci do niebiańskiego domu towarowego najbardziej mglistych i nieokreślonych rozkoszy.
Poczyniona musi być także wzmianka o czymś, co nazwać można sektą kukiełkowych krain, której wysoce pomylone pojmowanie postuluje transcendentny wszechświat nieskończonych i niegroźnych antyków, których to niedokładne odbicia składają się na chaos i kryzy tego świata, ale które i tak skończą się gładko wraz z chwilą gdy wielkie przedstawienie kukiełek sfinalizowane zostanie słodką porą snu – przynajmniej do czasu następnego przedstawienia. Lecz kto mógłby mieć zarzuty do kogoś, kogo iluzje są kolejnymi wytworami powykręcanych ulic i chylących się domów, schorowanych twarzy i brudnych okien tego małego zwyrodniałego miasteczka, które samo wydaje się tak doskonale wyblakłe, tak głęboko pogrzebane w znanym nam świecie i na zawsze dążące ku coraz większemu zwyrodnieniu, że nawet ci nieliczni oświeceni spośród nas czasem wątpią w jego realność.

Wyobrażamy sobie czasem, że słyszeliśmy głosy, dziwne szorstkie głosy wzywające słabo zza ciemności nocy lub z głębi naszych kości. I nawet, jeśli nie ma żadnych prawdziwych słów, żadnego znanego nam języka, w którym te głosy by mogły mówić, nadal istnieje w naszym świecie straszliwe zrozumienie, które tylko nieliczni mogą posiąść, i którego posiąść nikt by nie pragnął. Zrozumienie to, ów dziwaczny przekaz szorstkich głosów zza ciemności nocy lub z głębin naszych kości, wyjawia, iż to małe, zwyrodniałe miasteczko, ta największa z tajemnic, jest tylko fasadą lub mirażem, malowniczym kłamstwem albo iluzją ubraną w powykręcane ulice i chylące się domy, całą tę zgniliznę i chorobę, które wyczuwamy jako źródła wszystkich znanych lub niepoznawalnych rzeczy. Tak naprawdę istnieje coś innego, coś, czego nikt nie mógł lub nie pragnął zrozumieć, czego jednak nie można nie usłyszeć, kiedy to przemyka się spomiędzy tych dziwnych i szorstkich głosów, kiedy to dryfuje w najkrótszych chwilach ciszy i co niesie się zza czerni nocy lub z głębi naszych kości, jako pusty pogłos upiornego rechotu.

Mimo że nie ma dowodów, by to małe zwyrodniałe miasto rzeczywiście stanowiło największą tajemnicę oraz źródło wszelkich znanych nam rzeczy, jest ono prawdziwe, a jego istnienie można uznać za pewne. Istnieją też pewne znaki, pewne aspekty i elementy naszego życia, które nie pozostawiają wątpliwości co innego faktu – prędzej czy później znajdziemy się w tym małym, zwyrodniałym miasteczku, czy tego chcemy, czy nie. Albowiem gdy niebo zaczyna nam ciemnieć przed oczami, a nasze kości stają się miękkie jakby w rozkładzie, wiemy już, że wszystkie drogi naszego życia prowadziły nas – i tylko tam nas mogą prowadzić – do tego małego, zwyrodniałego miasteczka. Zrozumiemy wtedy, że wszystko wkoło nas, wszystko wewnątrz nas, posiada bezpośredni punkt styczności z tym tajemnym miejscem, tym źródłem wszystkich rzeczy.

Comments Brak komentarzy »



Gdy wszyscy, których kiedykolwiek kochałeś, wreszcie przeminą
Gdy wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłeś, zostanie wreszcie dokonane
Gdy wszystkie twe koszmary będą na moment zakryte
jakby przez światło sygnału bezrozumnej latarni
albo oślepiające zaćmienie skrywające liczne upiorne kształty tego świata
będąc spokojnym i radosnym
i wreszcie zupełnie sam
wtedy w wielkiej nowej ciemności
wreszcie wypełnisz swój szczególny plan

Trzeba mieć plan, rzekł ktoś kto osunął się w cienie
i kto, jak wierzyłem, skonał lub śnił
Wyobraź sobie, rzekł, całe mięso które jest pożerane
zęby weń się wdzierające
język delektujący się jego smakiem
oraz głod tego smaku
a teraz odsuń to mięso, powiedział
zabierz zęby i język
smak i głód
odsuń to wszystko jakim jest
To był mój plan
mój własny, szczególny plan dla tego świata
Słuchałem tych słów, nie zastanawiało mnie jednak wcale
czy ta istota, o której myślałem, że nie żyje czy śpi, kiedykolwiek urzeczywistni tę wizję
choćby w swych najgłebszych snach
albo najtrwalszej śmierci
ponieważ słyszałem wcześniej o takich planach, takich wizjach
i wiedziałem, że nie sięgają one dostatecznie daleko
jako że to, czego wymagał taki plan
musiało przekraczać język i zęby i głód i mięso
musiało przekraczać kości i sam proch z kości i sam wiatr nadciągający by rozwiać ten proch
i tak począłem unaoczniać mrok, który istniał na długo przed ciemnością nocy
i dziwacznie błyszczące światło
nie będące nic winne światłu dnia

Tamten dzień mógł się zdawać jak wiele innych dni
kolejny raz czuliśmy drobne pełzające drżenie
kolejny raz oplatał nas wielki zgrzytający lęk
Lecz tamten dzień nie bedzie miał po sobie kolejnych
i nie nastaną po nim żadne kolejne światy jak ten
ponieważ mam plan
bardzo szczególny plan
Żadnych więcej światów jak ten
Żadnych więcej dni jak ten

Można umrzeć na zaledwie cztery sposoby, powiedział mi kiedyś diabelski duch
jest umieranie które następuje względnie gwałtownie
jest umieranie które następuje względnie stopniowo
jest umieranie które następuje względnie bezboleśnie
jest śmierć która jest pełna bólu
takoż różnymi sposobami są one złączone:
nagła i stopniowa
bezbolesna i bolesna
by dać nie więcej jak cztery sposoby by umrzeć
i nie ma żadnych innych
Nawet kiedy głos przestał mówić
nasłuchiwałem, czekając aż odezwie się ponownie
i po minionych godzinach i dniach i latach
ciągle nasłuchiwałem dalszych słów
lecz słyszałem jedynie echo dudniące na granicy słyszenia, przypominające mi
nie ma żadnych innych
nie ma żadnych innych
Czy to wtedy właśnie zacząłem budować dla tego świata
Szczególny plan?

Nie ma sposobu by uciec z tego świata
wnika on nawet w twój sen
i tworzy jego substancję
Jesteś schwytany w swe własne śnienie
w którym nie ma przestrzeni
przetrzymywany na wieczność w miejscu, w którym nie istnieje czas
Nie możesz uczynić nic, czego nie kazano ci zrobić
i nie ma nadziei na ucieczkę z tego snu
który nigdy nie był twój
Same nawet słowa, które wypowiadasz, stanowią tylko jego słowa
a mówisz jak zdrajca
poddany jego nieustannym torturom

Jest wielu, którzy mają zamysł dla tego świata
i śnią o dzikich, rozległych reformacjach
Słyszałem jak mówią przez sen
o eleganckich mutacjach
i przebiegłych anihilacjach
Słyszałem jak szepczą po rogach koślawych domów
i w alejkach, i ciasnych tylnych uliczkach tego koślawego, zgrzytającego wszechświata
które to Oni poprzez ich Nowe Zamysły przemieniliby w proste i zgrabne
lecz każdy z tych nowych i pochopnych zamysłów
jest w swym sercu pomylony
jako że postrzegają oni świat jakoby był on jedyny i niepowtarzalny
kiedy ten jest tylko jednym z wielu, niepoliczalnych innych
a wszystkie jego koszmary dawno już zostały poprzedzone
jak w ohydnym ogrodzie wyhodowanym z jednego ziarna
Słyszałem tych śniących jak mówią przez sen
i stoję gotów, czekając na nich
Jak zaciemniony szczyt spiralnych schodów
Nic o mnie nie wiedzą
ani o tajemnicach mego szczególnego planu
Podczas kiedy ja znam ich każdy koślawy, zgrzytający krok

Był to głos kogoś, kto czekał na mnie pośród cieni
spoglądając na księżyc czekał aż skręcę na rogu
wejdę w ciasną uliczkę
i stanę z nim w tępej poświacie księżyca
Rzekł wtedy do mnie
Szepnął
że mój plan był oparty na błędnym założeniu
że mój szczególny plan dla tego świata był przeraźliwą pomyłką
ponieważ, rzekł, nie ma nic do zrobienia, ani żadnego miejsca, do którego można pojść
Nie istnieje nic, czym można być, ani nikt, kogo można poznać
Twój plan to pomyłka, powtórzył
Ten świat to pomyłka, odparłem

Dzieci zawsze za nim szły
ilekroć przechodził obok nich
śmieszny chód
śmieszny człowiek
śmieszny śmieszny śmieszny człowiek
czasem się przez niego śmiały
rozśmieszał je czasem o tak
o tak o tak o tak
ależ pękały ze śmiechu
pewnego dnia zabrał je w gdzieś
znał pewne szczególne miejsce
gdzie opowiedział im coś o tym świecie
tym śmiesznym śmiesznym śmiesznym świecie
przez co czasem się śmiały
rozśmieszył je, o tak
o tak o tak o tak o tak
ależ pękały ze śmiechu
wtedy ten śmieszny człowiek, który je tak rozbawił
rozśmieszał czasem, o tak
ujawnił przed nimi swój szczególny plan
jego bardzo szczególny śmieszny plan
wiedząc że zrozumieją
i może czasem się uśmieją
rozśmieszył je
uśmiały się, o tak
o tak o tak o tak o tak
źrenice ich oczu rozszerzyły się pod zamkniętymi powiekami
i ależ pękały ze śmiechu

Fakty zdradził mi najpierw szaleniec
w ciemnym i cichym pomieszczeniu, które czuć było zatęchłym czasem i przestrzenią
Nie ma żadnych ludzi
nic takiego nie istnieje
Człowiek to nic więcej niż suma ciasno zwiniętych warstw iluzji
z których każda unosi się na skrzydłach ostatecznego obłędu:
przekonania, że istnieją jakieś osoby
podczas kiedy wszystko co może być, to bezmyślne lustra
które śmieją się i wrzeszczą, paradując w tę i z powrotem
w swym bezkresnym śnie
lecz gdy spytałem szaleńca czym jest ów sen
ten zaklął się we wnętrzu tych luster
maszerujących bez końca w zatęchłym czasie i przestrzeni
a szaleniec spojrzał tylko z uśmiechem
potem zaśmiał się i wrzasnął
a w jego czarnych, pustych oczach
ujrzałem przez sekundę, jak w lustrze
kształt cienia boskości
w locie z zatęchłej nieskończoności
czasu i przestrzeni, a co najgorsze
ze snów tego świata
mego planu dla śmiechu
i wrzasków

Udaliśmy się by zobaczyć małe przedstawienie
wystawiane w starej szopie
za rogiem miasta
Początkowo wszystko zdawało się być w porządku
miniaturowa kurtyna migotała w ciemnościach
kiedy te marionetki podrygiwały przed nami na swych sznurkach
Początkowo wszystko zdawało się być w porządku
lecz wtedy nadszedł subtelny punkt zwrotny, dojrzany przez niektórych
i mogłem być jednym z tych
którzy po cichu opuścili przedstawienie
Nie zrobiłem tego jednak
ponieważ widziałem, dokąd to zmierza
Kiedy wygłupy tych lalek stały się dziwne
ich delikatne sznurki naprężyły się od
drobnych pociągnięć tych drobnych kończyn
wstrząśnięci ludzie w okół mnie
odwracali głowy i opuszczali przedstawienie
wystawiane w starej szopie
za rogiem miasta
ja jednak chciałem być świadkiem czegoś, co nie miało prawa się zdarzyć
chciałem ujrzeć to, co nie mogło być ujrzane
ten dopełniający moment doskonałej katastrofy
Marionetki zwróciły się, by spojrzeć swemu panu w oczy

Był zmierzch, stałem w grobowej mgle przepastnego, pustego budynku
kiedy ciszę wypełnił wibrujący głos:
Wszystkie rzeczy tego świata, rzekł
mają jedną zaledwie, wspólną zasadę
na którą nie ma słów
Stanowi ona większą cześć bez początku ni końca,
jedną esencję świata, na którą nie ma słów
a ta jedna esencja, dla której nie ma słów
tworzy wszystkie rzeczy tego świata
te zaś stanowią mniejszą część, która miała początek i będzie miała swój koniec
część, której słowa powstają jedynie po to by mówić o
drobnych, złamanych bytach tego świata, rzekł
początkach i zakończeniach tego świata, rzekł
wyłącznie dla których powstały w niej słowa
a teraz zabierz te słowa – co pozostaje?, spytał
kiedy tak stałem w mroku przepastnego, pustego budynku
Nie odpowiedziałem jednak
pytanie odbijało się echem w kółko i w kółko
lecz ja trwałem w milczeniu aż echo umarło
i kiedy zmierzch obrócił się w południe, poczułem jak mój
szczególny plan, na który nie ma słów
rusza ku większej ciemności

Są tacy, którzy nie mają głosu
a przynajmniej takiego, który by kiedykolwiek przemówił
ponieważ wiedzą coś o tym świecie
ponieważ coś o tym świecie przeczuwają
ponieważ myśli, które wypełniają ich mózg
który jest uszkodzonym mózgiem
ponieważ ból, który wypełnia ich ciało
które jest uszkodzonym ciałem
istnieją w innych światach
niepoliczalnych innych światach
z których każdy wisi samotnie w nieskończonej pustej czerni
na którą nie powstają żadne słowa
i gdzie nie może mówić żaden głos
kiedy mózg wypełniają tylko uszkodzone myśli
kiedy uszkodzone ciało wypełnia tylko ból
które trwa samo, w świecie otoczonym przez nieskończoną pustą czerń
w świecie dla którego nie ma żadnego szczególnego planu

Gdy wszyscy, których kiedykolwiek kochałeś, wreszcie przeminą
Gdy wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłeś, zostanie wreszcie dokonane
Gdy wszystkie twe koszmary będą na moment zakryte
jakby przez światło sygnału bezrozumnej latarni
albo oślepiające zaćmienie skrywające liczne upiorne kształty tego świata
będąc spokojnym i radosnym
i wreszcie zupełnie sam
wtedy w wielkiej nowej ciemności
wreszcie wypełnisz swój szczególny plan

Comments 3 komentarzy »