To małe zwyrodniałe miasteczko
Napisał zacmienie.org w kategorii Thomas Ligotti, Wiersze / Poezja
Największą tajemnicą – tajemnicą, której nie sposób odnaleźć w żadnej doktrynie religijnej ani w żadnej z przepełnionych mitami i baśniami bibliotek, tajemnicą, o której brak wzmianki w jakimkolwiek systemie filozoficznym czy wszelkiej naukowej spekulacji, największą tajemnicą, być może jedyną tajemnicą, jest, że cały wszechświat i wszelkie jego stworzenie zawdzięcza swe istnienie małemu zwyrodniałemu miasteczku. Gdyby można było rozebrać całą otaczającą nas scenerię, zajrzeć za krajobraz każdej planety, zedrzeć niebiosa i wymieść gwiazdy i słońca, zerwać z siebie mięso i wniknąć głęboko w nasze kości, odnaleźlibyśmy je stojące tam odwiecznie – początek wszelkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, źródło wszystkiego co jest lub co może być – to małe, zwyrodniałe miasteczko. Odkrylibyśmy wówczas jego powykręcane ulice i chylące się domy, jego rozkładającą się ziemię i gnijące niebo, i na własne oczy ujrzelibyśmy schorowane twarze wyglądające przez brudne okna. Zdalibyśmy sobie wtedy sprawę dlaczego stanowi ono taką tajemnicę, największą i najwstrętniejszą tajemnicę, to małe zwyrodniałe miasteczko w którym wszystko się zaczęło, i którego jądro zepsucia sączy z siebie wszystko co istnieje.
Od samego początku, jeśli był jakiś początek, to małe zwyrodniałe miasteczko stawało się coraz bardziej zwyrodniałe, jego ulice bardziej powykręcane, jego domy bardziej pochylone, jego ziemia coraz mocniej zepsuta, niebo głębiej przegniłe, a te twarze za niezmiennie coraz brudniejszymi oknami stawały się coraz bardziej schorowane. I w końcu, co nigdy nie mogło być końcem dla tego zwyrodniałego małego miasteczka, nie bardziej niż dla światów, które się z niego wysączyły, jako że wszystko, co znamy, jest zwyrodniałe od samego początku, wszystko staje się coraz bardziej powykręcane i przekrzywione, bardziej schorowane i zepsute, przegniłe po samo niebo. Oto jest prawo wszechrzeczy, jeśli jakiekolwiek prawo może istnieć w świecie – we wszechświecie mającym swe źródło w małym zwyrodniałym miasteczku, które było zwyrodniałe od początku, jeśli istniał jakiś początek, i które będzie dalej wyrodnieć, bez końca wykręcać się i przekrzywiać, chorować i gnić, i nabierać nieskończenie różnych odcieni rozkładu, na zawsze i bez końca.
Nie możemy się powstrzymać, by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać, jak by to było zamieszkać w tym małym, zwyrodniałym miasteczku, z którego nieba odwiecznie jak deszcz sączy się zgnilizna, być pośród tych schorowanych twarzy, odwiecznie schorowanych twarzy, odwiecznie wyglądających na powykręcane ulice i chylące się domy przez szyby brudnych okien, w mieście które wyrodnieje odwiecznie i które wyrodnieć będzie zawsze. Nie możemy się powstrzymać by w najbardziej perwersyjnych chwilach nie rozmyślać, kiedy to wpatrujemy się mętnym wzrokiem w gwiazdy zdające się tworzyć tak liczne powykręcane drogi pośród czerni, albo kiedy próbujemy poczuć mięso rozkładające się nam na kościach – ostatecznie możemy jednak tylko rozmyślać, możemy jedynie szeptać lub krzyczeć w naszych snach: „o, gdzie leży droga do tego małego zwyrodniałego miasteczka?
Są między nami tacy, którzy mimo tego, że twierdzą, iż widzieli to małe zwyrodniałe miasteczko, mogą być nieświadomi jego prawdziwej natury. Są tacy, którzy podnosząc się po okresie bolesnej męki ciała lub umysłu zaczynają rozpowiadać, jak to widzieli w oddali zarys wykrzywionych domów chylących się w ten a ten sposób, albo szli jakąś wykręconą ulicą i czuli pod swymi stopami ziemię miękką od zgnilizny, albo nawet że mignęły im te schorowane twarze wyglądające zza brudnych okien, ze skórą szorstką i bladą jak opatrunek. Jednak ci, którzy twierdzą, że widzieli te rzeczy, ostatecznie zdają się opowiadać nieco inną historię, niezdolni by ułożyć spójny obraz tego co mogli zobaczyć, lub tego, co wyobrażali sobie, że widzieli. I tak, przez chwilę przyglądamy im się podejrzliwie, po czym odchodzimy, pozostawiając ich swym kłamstwom i iluzjom, które rzecz jasna stanowią samą esencję tego małego zwyrodniałego miasteczka.
Gdzie jest to miejsce, to małe zwyrodniałe miasteczko? Jak się nazywa i kto jest jego twórcą? Takie pytania są nie do uniknięcia. Kwestia tego, czy istnieje jakakolwiek wiedza na temat czegokolwiek, nie mówiąc już o największym sekrecie, największej tajemnicy. Czy na ziemi, na której leży to miasto, istnieją pory roku? Czy jest tam wiosna, podczas której wielkie deszcze leją się dzień i noc z przegniłego nieba? Czy istnieje duszne lato przynoszące ciężki bezruch tym powykręcanym ulicom? A jesień, musi być tak nasycona wszystkimi kolorami rozkładu…? Czy zimy w tym małym zwyrodniałego miasteczku piętrzą ciężkie śniegi na dachach tych chylących się domów? Tak wiele jest pytań o tym sekretnym miejscu! Ale tak długo jak zadawane są tego rodzaju pytania i jak długo powstają na nie niezliczone odpowiedzi, największa tajemnica pozostaje bezpieczna; jako że żadne pytanie o te schorowane twarze, od zawsze wyglądające zza szyb brudnych okien, nie zostanie nigdy zadane, nigdy też nie zostanie dopuszczona na nie żadna odpowiedź.
Jak każdy fenomen, któremu nie możemy w pełni stawić czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko musi pozostać w esencji tajemnicą i służyć jako granica tego, czego chcielibyśmy się dowiedzieć o rzeczach znajdujących się za ciemnością nocy i o tym co jest głęboko w naszych kościach. Jest tak, gdyż jak każdy inny fenomen któremu stawiamy czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko może zadawać nam tylko ból, dając naszemu życiu zaledwie nadwyżkę bólu, który poznaliśmy tak dobrze wraz z kolejnymi wiekami męki zwyrodniałego stworzenia. Lecz w przeciwieństwie do każdego innego fenomenu, któremu dotąd stawiliśmy czoła, to małe zwyrodniałe miasteczko pod swym gnijącym niebem i stojące na rozkładającej się ziemi – ów krajobraz bólu jak żaden inny – może być naszą ostatnią nadzieją, naszą jedyną nadzieją na zabicie wszelkiej nadziei, jaką kiedykolwiek posiadaliśmy, i na zamordowanie wszelkiej tajemnicy, której kiedykolwiek poszukiwaliśmy, aby wreszcie wstąpić do tego wielkiego, lśniącego królestwa z naszych odwiecznych marzeń.
Może być całkiem prawdopodobne, że jesteśmy w groteskowym błędzie zakładając, że w tym małym zwyrodniałym miasteczku jest cokolwiek szczególnego. Zamiast być największą z tajemnic, najgorszym bądź najwspanialszym z naszych marzeń, całkiem możliwe, że stanowi ono miejsce zupełnie zwyczajne, najwyższy i największy banał. Rozważmy możliwość: któż z nas nie znalazł się pod niebem zepsutym i przegniłym od wszystkiego co wznosiło się ku niemu wraz z każdym wydarzeniem na tej ziemi, ziemi która jest na mile przeniknięta rozkładem wszystkiego, co kiedykolwiek na niej żyło? Któż nie podróżował przez powykręcane ulice i pod cieniami domów, z których nawet te najbardziej wyprostowane, jeśli tylko moglibyśmy to dojrzeć, chylą się ku upadkowi? A co do tych schorowanych twarzy, są przecież pospolite do nieprzyzwoitości. I tyle zostaje po tej cudowności, która leży za czernią nocy i siedzi głęboko w naszych kościach… Lecz jeśli faktycznie tak jest, co może okazać się całkiem prawdopodobne, cóż dla nas pozostaje we wszechświecie, w którym nie ma nic szczególnego, nic, co by miało jakąś wartość, nie mówiąc o zbawiennym cudzie tego małego zwyrodniałego miasteczka?
Wydaje się całkowicie naturalne, że w razie, gdyby ktokolwiek uzyskał pełną wiedzę na temat tego małego zwyrodniałego miasteczka, odmówiłby on autentyzmu owej największej, najstraszniejszej z tajemnic i w rezultacie, w akcie samoochrony, sfabrykowałby jakiś inny zestaw okoliczności, lepiej sprawdzający się w towarzystwie sposób przedstawiania spraw. To tłumaczyłoby powstanie na tym świecie tak wielu pomylonych bożków i wierzeń, a przynajmniej mnogość zbawców-manekinów – jak można by ich nazwać – którzy to z łagodnymi, spokojnymi twarzami witają zza okien wystawowych wiernych wkraczających po śmierci do niebiańskiego domu towarowego najbardziej mglistych i nieokreślonych rozkoszy.
Poczyniona musi być także wzmianka o czymś, co nazwać można sektą kukiełkowych krain, której wysoce pomylone pojmowanie postuluje transcendentny wszechświat nieskończonych i niegroźnych antyków, których to niedokładne odbicia składają się na chaos i kryzy tego świata, ale które i tak skończą się gładko wraz z chwilą gdy wielkie przedstawienie kukiełek sfinalizowane zostanie słodką porą snu – przynajmniej do czasu następnego przedstawienia. Lecz kto mógłby mieć zarzuty do kogoś, kogo iluzje są kolejnymi wytworami powykręcanych ulic i chylących się domów, schorowanych twarzy i brudnych okien tego małego zwyrodniałego miasteczka, które samo wydaje się tak doskonale wyblakłe, tak głęboko pogrzebane w znanym nam świecie i na zawsze dążące ku coraz większemu zwyrodnieniu, że nawet ci nieliczni oświeceni spośród nas czasem wątpią w jego realność.
Wyobrażamy sobie czasem, że słyszeliśmy głosy, dziwne szorstkie głosy wzywające słabo zza ciemności nocy lub z głębi naszych kości. I nawet, jeśli nie ma żadnych prawdziwych słów, żadnego znanego nam języka, w którym te głosy by mogły mówić, nadal istnieje w naszym świecie straszliwe zrozumienie, które tylko nieliczni mogą posiąść, i którego posiąść nikt by nie pragnął. Zrozumienie to, ów dziwaczny przekaz szorstkich głosów zza ciemności nocy lub z głębin naszych kości, wyjawia, iż to małe, zwyrodniałe miasteczko, ta największa z tajemnic, jest tylko fasadą lub mirażem, malowniczym kłamstwem albo iluzją ubraną w powykręcane ulice i chylące się domy, całą tę zgniliznę i chorobę, które wyczuwamy jako źródła wszystkich znanych lub niepoznawalnych rzeczy. Tak naprawdę istnieje coś innego, coś, czego nikt nie mógł lub nie pragnął zrozumieć, czego jednak nie można nie usłyszeć, kiedy to przemyka się spomiędzy tych dziwnych i szorstkich głosów, kiedy to dryfuje w najkrótszych chwilach ciszy i co niesie się zza czerni nocy lub z głębi naszych kości, jako pusty pogłos upiornego rechotu.
Mimo że nie ma dowodów, by to małe zwyrodniałe miasto rzeczywiście stanowiło największą tajemnicę oraz źródło wszelkich znanych nam rzeczy, jest ono prawdziwe, a jego istnienie można uznać za pewne. Istnieją też pewne znaki, pewne aspekty i elementy naszego życia, które nie pozostawiają wątpliwości co innego faktu – prędzej czy później znajdziemy się w tym małym, zwyrodniałym miasteczku, czy tego chcemy, czy nie. Albowiem gdy niebo zaczyna nam ciemnieć przed oczami, a nasze kości stają się miękkie jakby w rozkładzie, wiemy już, że wszystkie drogi naszego życia prowadziły nas – i tylko tam nas mogą prowadzić – do tego małego, zwyrodniałego miasteczka. Zrozumiemy wtedy, że wszystko wkoło nas, wszystko wewnątrz nas, posiada bezpośredni punkt styczności z tym tajemnym miejscem, tym źródłem wszystkich rzeczy.

