In a Foreign Town, in a Foreign LandPoniższe tłumaczenie pochodzi z wydawnictwa Current 93 / Thomas Ligotti “In a Foreign Town, in a Foreign Land”, w skład którego wchodzi płyta oraz książeczka z opowiadaniami. Każde z opowiadań odpowiada tytułem jednemu z czterech utworów na płycie, w tym wypadku jest to “The Bells Will Sound Forever”. Tekst na płycie sugeruje, że opowiadanie i muzyka stanowią nierozrywalną całość.

Siedziałem na jednej z ławek niewielkiego parku w pewien bezbarwny, wczesnowiosenny poranek, kiedy usiadł przy mnie mężczyzna, który wyglądał jakby wkrótce miał znaleźć się w szpitalu. Przez pewien czas oboje w milczeniu wpatrywaliśmy się w wypłowiałą, wilgotną przestrzeń tego miejsca, gdzie wszystko jeszcze topniało, znaki odnawiającego się życia zdawały się być tymczasowe a kontury nagich gałęzi drzew rysowały się wyraźnie na tle szarego nieba. Znałem tego człowieka z moich wcześniejszych wizyt w parku i kiedy przedstawił mi się po imieniu, odniosłem wrażenie, że kojarzę go jako jakiegoś rodzaju biznesmana. Przeszły mi przez myśl słowa: „agent handlowy”, kiedy siedziałem tak wpatrując się w cienkie, ciemne gałęzie i szare niebo nad nimi. Nasza cicha i nieco niepewna rozmowa zeszła niepostrzeżenie na temat pewnego miasta położonego niedaleko północnej granicy, miejsca, w którym niegdyś mieszkałem. „Upłynęło wiele lat,” powiedział mężczyzna, „odkąd byłem tam po raz ostatni”. Opowiedział mi potem o czymś, czego doświadczył w czasach kiedy często podróżował do odległych miejsc, załatwiając interesy dla firmy, której był wieloletnim i oddanym przedstawicielem.

Była późna noc i potrzebował noclegu przed dalszą podróżą do końcowego celu, położonego za północną granicą. Jako niegdysiejszy mieszkaniec tego miasta wiedziałem, że były zasadniczo dwa miejsca, w których mógł spędzić tę noc. Jednym z nich był pensjonat położony w zachodniej dzielnicy, który w rzeczywistości stanowił burdel odwiedzany głównie przez podróżnych agentów handlowych. Drugi, położony gdzieś we wschodniej dzielnicy miasta – niegdyś bogatej, obecnie jednak niemal całkowicie opustoszałej – był domem zaadoptowanym do roli swego rodzaju schroniska przez starą kobietę zwaną Mrs. Pyk. Chodziły słuchy, że nim osiedliła się w mieście spod północnej granicy, występowała na rozmaitych ubocznych atrakcjach karnawałowych – z początku jako tancerka egzotyczna, później zaś jako wróżbiarka. Agent handlowy powiedział mi, że nie był w stanie stwierdzić czy fakt, że trafił do wschodniej, rozświetlanej przez nieliczne okna części miasta, był wynikiem błędu we wskazówkach, czy też czyjejś celowej złośliwości. W każdym bądź razie bez trudu zauważył znak „PUSTE POKOJE” stojący obok schodów prowadzących do olbrzymiego, pokrytego licznymi wieżyczkami domu. Pączkowały one wzdłuż jego fasady jak narośla, a gdzieniegdzie także wprost z wieńczącego konstrukcję strzelistego dachu. Mimo ponurego wyglądu domu („zrujnowany, miniaturowy zamek”, jak określił go mój towarzysz z parku) i aury opustoszenia unoszącej się nad sąsiedztwem tego miejsca, agent handlowy ani chwili nie zawahał się, by wejść po schodach przedsionka. Wdusił przycisk dzwonka przy drzwiach, który był, jak twierdził, z rodzaju tych „brzęczących”, w przeciwieństwie do dzwonków o dźwięku przypominającym raczej bicie dzwonu. Twierdził, że oprócz przeszywającego brzęczenia, które rozbrzmiało się po wduszeniu przycisku, usłyszał również dźwięczenie podobne do dźwięku dzwonków przy saniach. Kiedy drzwi się w końcu drzwi otworzyły, ukazując agentowi handlowemu pokrytą grubą warstwą makijażu twarz Mrs. Pyk, zapytał zwyczajnie:

„Znajdzie się pokój?”

Po wkroczeniu do przedsionka domu, zmuszony był zatrzymać się przy Mrs. Pyk, która swą chudą, drżącą dłonią wskazywała na otwartą księgę rejestrów, leżącą na pulpicie w rogu pomieszczenia. Listy gości nie tworzyło ani jedno nazwisko, a jednak agent handlowy bez zwłoki sięgnął po pióro spoczywające w załamaniu jej stron i wpisał swe imię: Q. H. Crumm. Następnie zwrócił się w kierunku Mrs. Pyk, nachylając się aby sięgnąć po swą małą walizkę. Wtedy to po raz pierwszy dojrzał lewą, nie dotkniętą starczym drżeniem dłoń Mrs. Pyk. Była równie chuda jak prawa, stanowiła jednak protezę wyglądającą jakby należała do starego manekina, z odklejającymi się w kilku miejscach płatami jej lakierowego naskórka. Dokładnie w tym momencie Mr. Crumm zdał sobie sprawę z „delirycznie niedorzecznego” położenia, w jakim się znalazł. Jednocześnie czuł jednak olbrzymią ekscytację, której źródła nie był w stanie dokładnie określić. Biła ono z miejsca leżącego daleko poza wszelkim wyobrażeniem, z miejsca przekraczającego jego zdolność do wyobrażenia.

Stara kobieta zdawała sobie sprawę, że Crumm spostrzegł jej sztuczną dłoń. „Jak pan widzi” powiedziała powolnym, ochrypłym głosem, „potrafię doskonale o siebie zadbać, nie ważne jakie numery próbuje mi wykręcić ta nieudacznica… Jednak nie odwiedza mnie już tak wielu podróżnych panów jak dawniej. Gdyby zależało to od pewnych ludzi, to z pewnością nie miałabym w ogóle żadnych gości”, dokończyła.

Delirycznie niedorzeczne, pomyślał Mr. Crumm. Tym niemniej, kiedy Mrs. Pyk zaczęła prowadzić go po swym domu, pobiegł za nią jak mały piesek. Budynek był tak słabo oświetlony, że o jego wystroju nie dało się powiedzieć zupełnie nic. Crumm odnosił podniecające wrażenie, że jest spowijany przez to otoczenie najkunsztowniejszych cieni. Uczucie tylko narosło, kiedy stara kobieta sięgnęła po małą, ledwie jarzącą się w ciemnościach lampkę i za pomocą palca swej prawdziwej dłoni podkręciła jej knot. Światło zepchnęło w głąb część cieni, groteskowo powiększając jednak pozostałe. Zaczęła wówczas prowadzić Crumma do jego pokoju na górze schodów, trzymając lampkę w swej prawdziwej ręce, a protezie pozwalając zwisać bezwładnie u boku. Z każdym krokiem w górę schodów wykonywanym przez Mrs. Pyk, agent handlowy zdawał się słyszeć to samo dzwonienie małych dzwoneczków, które zarejestrował po raz pierwszy stojąc na zewnątrz domu, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dźwięk ten był jednak na tyle słaby i jakby przytłumiony, że Mr. Crumm skłonny był uwierzyć, że było to raczej echo wspomnienia albo wymysł jego błądzącej wyobraźni.

Pokój, w którym Mrs. Pyk w końcu umieściła swego gościa, znajdował się na najwyższym piętrze domu, obok krótkiego, wąskiego korytarzyka prowadzącego na strych. „W owym czasie, umiejscowione to wcale nie zdało mi się niedorzeczne”, powiedział mi Mr. Crumm, kiedy to siedzieliśmy razem na ławce w parku, wpatrując się w ten bezbarwny, wczesnowiosenny poranek. Odparłem, że tego rodzaju zaćmienia rozsądku nie były rzadkością w pensjonacie Mrs. Pyk, a przynajmniej takie niosły się słuchy, kiedy to mieszkałem w mieście nieopodal północnej granicy.

Kiedy dotarli do korytarza na najwyższym piętrze domu, relacjonował Crumm, Mrs. Pyk położyła lampę na stoliku znajdującym się nieopodal szczytu ostatniego rzędu schodów. Następnie wyciągnęła swą dłoń i wcisnęła mały przycisk wystający z jednej ze ścian, włączając tym samym oświetlenie zamontowane po obu stronach korytarza. Światło było posępne – niespokojnie posępne, jak określił je Mr. Crumm – wyłoniło jednak gęste wzory pokrywające tapetę i wyłożoną wzdłuż korytarza wykładzinę. Korytarz ten z jednej strony prowadził ku wejściu na strych, z drugiej zaś do pokoju, w którym agent handlowy miał tej nocy spać. Kiedy Mrs. Pyk otworzyła zamek w drzwiach pokoju i wdusiła kolejny niewielki przycisk znajdujący się na ścianie w jego wnętrzu, Crumm zauważył jak ciasne i surowe było pomieszczenie, w którym go umieszczono. Nie było w tym, jak sądził, większego sensu, zważając jawną przestronność bądź, jak to nazywał, „mroczną niedorzeczność” tego domu. Jednak Crumm nie wyraził żadnego sprzeciwu (ani, jak podkreślał, wcale też go nie odczuwał) i z cichym posłuszeństwem położył walizkę obok malutkiego łóżka, któremu brakowało nawet zagłówka. „Łazienka jest kilka kroków wgłąb korytarza,” powiedziała Mrs. Pyk nim opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi. A w ciszy tego pokoju Crumm pomyślał, że znów słyszy dzwonienie dzwoneczków zanikające w głębinach ciemności tego wielkiego domu.

Choć agent handlowy miał już za sobą całkiem długi dzień, nie czuł się ani trochę wyczerpany. Jak spekulował, siedząc koło mnie na ławce w parku, prawdopodobnie przekroczył już stan zmęczenia i zaszedł gdzieś dalej. Przez pewien czas leżał na tym zbyt małym łóżku, nadal w pełni ubrany, zawieszając wzrok na pokrytym kilkoma zaciekami suficie. Pomyślał, że umieszczono go w pokoju znajdującym się bezpośrednio pod dachem domu i najwyraźniej dach ten był w jakiś sposób uszkodzony – zapewne w czasie burzowych dni i nocy deszcz lał się swobodnie do wewnątrz strychu. Nagle, w najniezwyklejszy sposób, jego myśli zatrzymały się na tym strychu i na drzwiach znajdujących się zaraz na końcu korytarza, naprzeciwko jego pokoju. Tajemnica starego strychu, szepnął do siebie Crumm, leżąc na tym miniaturowym łóżku na szczycie ogromnego domu spowijających cieni. W miarę jak rosła w nim ekscytacja strychem i jego tajemnicami, rozbudzały się także uczucia i impulsy, których istnienia nigdy wcześniej nawet nie podejrzewał. Był podróżnym agentem handlowym potrzebującym odpoczynku przed następnym dniem, a jednak jedyne o czym mógł myśleć, to aby wstać z łóżka i pójść ledwie oświetlonym korytarzem w kierunku drzwi prowadzących do strychu cienistego domu Mrs. Pyk. Powiedział sobie, że idzie tym korytarzem tylko po to, aby skorzystać z łazienki. Crumm minął jednak łazienkę i chwilę później obserwował bezradnie, jak wypełza na strych, mijając za sobą nie zakluczone drzwi.

Powietrze wewnątrz pomieszczenia pachniało słodko i zatęchle. Światło księżyca wpadało przez małe, ośmiościenne okienko, prowadząc go przez czarne pobojowisko w kierunku żarówki wiszącej na cienkim, czarnym kablu. Sięgnął w górę i przekręcił mały przełącznik wystający z boku umocowania żarówki. Mógł teraz zobaczyć otaczające go skarby, a ich odkrycie przyprawiło go o dreszcz ekscytacji. Crumm powiedział mi, że stary strych Mrs. Pyk wyglądał jak sklep kostiumowy albo szatnia jakiegoś teatru. Otaczał go świat dziwacznych strojów wysypujących się z głębin dużych, pootwieranych kufrów, oraz wiszących w ciemnościach wysokich, otwartych szaf. Po chwili zdał sobie sprawę, że te osobliwe ubrania były w dużej części pozostałościami z czasów, kiedy Mrs. Pyk była najpierw tancerką egzotyczną a później wróżką na różnego rodzaju pobocznych przedstawieniach karnawałowych. Crumm przypominał sobie, jak oglądał porozwieszane wzdłuż ścian wyblakłe plakaty, przedstawiające dwa różne etapy dawnego życia tej starej kobiety. Jeden z tych plakatów przedstawiał tańczącą dziewczynę, sportretowaną w połowie obrotu, w wirze otaczających ją jedwabiów, z twarzą odwróconą od umieszczonych na spodzie plakatu zarysów głów reprezentujących publiczność – stłoczonego w jedną masę zbiorowiska łysin i meloników. Inny plakat przedstawiał parę czarnych, wpatrzonych oczu, o długich, pajęczych rzęsach. Nad tymi oczami znajdowały się wydrukowane serpentynową czcionką słowa: Pani Fortuny. Poniżej oczu, tą samą groteską stylizacją napisane było proste pytanie: JAKA JEST TWOJA WOLA?

Oprócz porzuconych elementów garderoby egzotycznej tancerki i tajemniczej wróżbiarki, leżały tam również inne ubrania i kostiumy. Były one porozrzucane po całym strychu, tym „raju przeszłości”, jak zaczął go określać Crumm. Jego dłonie drżały, kiedy odnajdywał walające się po podłodze i poprzewieszane przez lustro szafy wszelkiej maści stare przebrania, kunsztowne stroje klaunów szyte z bogatego aksamitu i błyszczącego, kolorowego jedwabiu. Szperając tak pośród tego delirycznego świata-strychu, Crumm odnalazł wreszcie coś, czego szukał, choć wcześniej ledwie zdawał sobie z tego faktu sprawę. Oto i on – pogrzebany na dnie jednej z największych skrzyń – kompletny strój błazna z miękkimi trzewikami o zawiniętych końcówkach oraz z rozwidlającą się na dwie części czapką, której dzwonki dzwoniły kiedy zakładał ją na głowę. Cały kostium był szaloną łataniną wielobarwnych materiałów. Po zdjęciu ubrania, które nosił jako agent handlowy, okazało się że kostium pasował na niego idealnie. Podwójne zwieńczenie czapki głupca przypominało bliźniacze rogi ślimaka – zauważył Crumm, spoglądając na swe odbicie w lustrze – z tą różnicą, że te u jego czapki opadały w dół i dzwoniły za każdym razem, kiedy potrząsnął głową. Dzwonki przyszyte były również do skierowanych w górę czubków trzewików, wisiały także tu i ówdzie na długości reszty stroju. Crumm wprawiał je wszystkie w dźwięczenie podskakując przed lustrem zamocowanym w szafie, wpatrując się w postać, której nie był już w stanie rozpoznać jako siebie – tak bardzo był zagubiony w nieznanym mu dotąd świecie odczuć i impulsów. Powiedział mi, że nie pozostało w nim zupełnie nic z jego dawnego życia jako podróżny agent handlowy. Jedyne, co dla niego teraz istniało, to kostium błazna otulający jego ciało, dzwonienie dzwoneczków i odbijająca się przed nim w lustrze zwiotczała twarz głupca.

Po chwili – relacjonował Crumm – osunął się twarzą w dół na zimną posadzkę strychu, leżąc w całkowitym bezruchu, wycieńczony zadowoleniem, jakie odnalazł w tym zatęchłym raju. I wtedy dzwonki rozdźwięczały się ponownie, Crumm nie potrafił jednak określić dokładnie źródła tego dźwięku. Słyszał go mimo że jego ciało ciągle leżało bez ruchu, pogrążone w stanie sennego paraliżu. Pomyślał, że gdyby tylko był w stanie otworzyć oczy i obrócić się na podłodze, zobaczyłby skąd dochodzi to dzwonienie. Wkrótce jednak porzucił swój plan, gdyż całkowicie przestał czuć swoje ciało. Dźwięk dzwonków stawał się coraz głośniejszy i dzwonił teraz tuż koło jego uszu – mimo, że nie był wstanie poruszać głową na której znajdowały się dzwonki jego rozwidlonej czapki głupca. Wtedy to usłyszał głos mówiący do niego, „Otwórz oczy…niech twój widok cię zaskoczy.” A kiedy to zrobił, w końcu zobaczył w lustrze szafy swą twarz: była malutka i należała do maleńkiej głowy błazna… a głowa ta znajdowała się na końcu patyka, czegoś w rodzaju batuty w paski przypominającej cukierkową laskę, trzymaną w drewnianej dłoni Mrs. Pyk. Potrząsała tym patykiem w paski jak dziecięcą grzechotką, sprawiając, że dzwoneczki na głowie pana Crumma dźwięczały szaleńczo. Spoglądając w lustro, mógł dojrzeć też swoje bezradne, unieruchomione ciało leżące bez ruchu na podłodze strychu. Jego umysł wypełniła jedna porywająca myśl: być głową zatkniętą na wtyk w drewnianej ręce Mrs. Pyk. Na zawsze… na zawsze.

Kiedy Mr. Crumm obudził się następnego poranka, pierwszym co do niego dotarło, był dźwięk deszczu bębniącego o dach znad jego pokoju. Leżał na łóżku, nadal w pełni ubrany, a Mrs. Pyk potrząsała go delikatnie swą prawdziwą dłonią mówiąc „Proszę się obudzić Mr. Crumm. Jest późno i musi pan udać się w dalszą drogę. Za granicą ma pan interesy do załatwienia”. Crumm chciał odpowiedzieć coś starej kobiecie, skonfrontować ją jakoś z tym, co opisał jako swą „przygodę na strychu”. Jednak szorstki, formalny i całkowicie obojętny ton głosu Mrs. Pyk dawał Crummowi wyraźnie do zrozumienia, że nie otrzyma odpowiedzi na żadne ze swoich pytań. Czuł, że o ile zamierzał pozostać z nią w dobrych układach, nie mógł poruszyć tematu strychu wprost. Chwilę później stał więc z walizką w ręce u progu ogromnego domu, przeciągając nieco swe odejście aby raz jeszcze spojrzeć na ostro wymalowaną twarz Mrs. Pyk i zapamiętać widok sztucznej dłoni zwisającej u jej boku.

„Mógłbym zatrzymać się tu kiedyś ponownie?”

„Jak pan sobie życzy,” odpowiedziała Mrs. Pyk przytrzymując drzwi dla swego wychodzącego gościa.

Po zejściu z ganku Crumm odwrócił szybko głowę pytając, „a mógłbym zostać w tym samym pokoju?”

Jednak Mrs. Pyk zamknęła już za nim drzwi, a jedyną, odpowiedzią na jego pytanie, było ledwie słyszalne dzwonienie małych dzwonków.

Po dopełnieniu swych interesów handlowych po drugiej stronie północnej granicy, Mr. Crumm powrócił do domu Mrs. Pyk. Odkrył jednak, że w czasie jego krótkiej nieobecności miejsce to spłonęło doszczętnie. Powiedziałem mu wówczas, kiedy to siedzieliśmy na tej ławce w parku, wpatrując się w bezbarwny, wczesnowiosenny poranek, że o Mrs. Pyk i jej domu od zawsze chodziły różnego rodzaju pogłoski. Pewne rozhisteryzowane osoby sugerowały, że za podpaleniem jej domu stała Mrs. Glimm, która to prowadziła pensjonat w zachodniej dzielnicy miasta – kończąc tym samym działalność Mrs. Pyk w dzielnicy wschodniej. Najwyraźniej były one niegdyś partnerkami w interesach a ich domy, w odpowiednio wschodniej i zachodniej dzielnicy miasta spod północnej granicy, funkcjonowały wówczas dla ich wspólnej korzyści. Musiał jednak mieć miejsce jakiegoś rodzaju rozłam, gdyż w pewnym momencie stały się one swymi zaciętymi wrogami. Mrs. Glimm, opisywana jako „osoba niezwykle chciwa”, przestała znosić konkurencję swego dawnego sprzymierzeńca w interesach. Miasto nieopodal północnej granicy opanowały słuchy, że Mrs. Glimm zleciła komuś zaatakowanie Mrs. Pyk w jej własnym domu, w wyniku czego utraciła ona swą lewą dłoń. Okazało się jednak, że plan podkopania ambicji konkurenta ostatecznie nie wypalił, gdyż po ataku na swą osobę Mrs. Pyk przeszła dramatyczną przemianę – podobnie zresztą jak metoda, którą prowadziła swój dom we wschodniej dzielnicy. Ta niegdysiejsza tancerka egzotyczna, później zaś Pani Fortuny, od zawsze była znana jako kobieta o niezwykłej woli i nadzwyczajnych zdolnościach, jednak po tym, jak zastąpiono jej odciętą dłoń protezą z drewna, najwyraźniej zyskała moce przekraczające wyobrażenie, z których wszystkie nakierowane były na jeden cel – wykluczenie z interesu swej byłej partnerki, Mrs. Glimm. Od tego czasu zaczęła prowadzić swój pensjonat w inny sposób. Za pomocą pewnych niezwykłych metod Mrs. Pyk sprawiała, że ilekroć zatrzymywali się u niej podróżni agenci handlowi, którzy uprzednio gościli w pensjonacie Mrs. Glimm, zawsze wracali oni do domu Mrs. Pyk ze wschodniej dzielnicy, nigdy zaś do położonego w zachodniej dzielnicy domu Mrs. Glimm.

Powiedziałem Mr. Crummowi, że spędziłem w mieście spod północnej granicy dość czasu by przy różnych okazjach słyszeć, że goście powracali do Mrs. Pyk tak długo, póki pewnego dnia nie odkrywali, że nie są już w stanie jej opuścić. Plotka ta została do pewnego stopnia potwierdzona przez coś, co znaleziono po pożarze pośród ruin domu Mrs. Pyk. Otóż okazało się, że dom ten pełen był malutkich pokoi, z których wszystkie, nawet te znajdujące się w najgłębszych rogach piwnicy, mieściły w sobie zwęglone ludzkie szczątki. To, co po nich zostało – biorąc pod uwagę wielką siłę tego pożaru – wskazywało, że ubrane były one w jakiś nietutejszy strój, jakby cała budowla stanowiła gniazdo przebierańców. W świetle tych opowieści krążących po mieście, nikt nie wspomniał nawet jak nieprawdopodobny, a nawet niedorzeczny zdawał się fakt, że żadnemu z lokatorów domu Mrs. Pyk nie udało się uciec. Tym niemniej – jak wyjaśniłem Crummowi – mimo najstaranniejszych poszukiwań nadzorowanych przez Mrs. Glimm, ciało samej Mrs. Pyk nigdy nie zostało odnalezione.

Mimo wszystkich tych faktów, które przedstawiłem uwadze Crumma, kiedy to siedzieliśmy tak na ławce tego parku, zaczął on w pewnym momencie sprawiać wrażenie jakby jego umysł odpłynął gdzieś do innych krain. Bardziej niż kiedykolwiek sprawiał teraz wrażenie, że powinien znaleźć się w szpitalu. W końcu odezwał się, prosząc bym potwierdził to co powiedziałem o nieobecności ciała Mrs. Pyk pośród innych zwłok, odszukanych pośród popiołów pozostawionych przez ogień. Potwierdziłem swą wcześniejszą wypowiedź błagając go przy tym, by rozważył miejsce i okoliczności, wokół których krążyła nasza rozmowa tego poranka. „Pamiętaj swe własne słowa”, powiedziałem do Crumma.

„Które słowa?” spytał.

„Delirycznie niedorzeczne,” odparłem, starając się wyciągnąć brzmienie każdej sylaby, jakbym chciał nasycić je jakimś prawdziwym sensem, albo przynajmniej jakoś je udramatyzować. „Byłeś tylko pionkiem,” powiedziałem. „Ty i pozostali byliście ledwie pionkami w starciu między siłami, których nie byliście w stanie dojrzeć. Twoje impulsy nie należały do ciebie. Były równie sztuczne jak drewniana dłoń Mrs. Pyk.”

Przez chwilę odniosłem wrażenie, że Crumm wraca do zmysłów. Jednak odrobinę później powiedział jakby do siebie, „Nigdy nie odnaleziono jej ciała”.

„Nie, nie odnaleziono,” odparłem.

„I nie odnaleziono nawet jej dłoni,” powiedział retorycznym tonem. Znów potwierdziłem.

W tym momencie Crumm zamilkł, a kiedy opuszczałem go tamtego poranka, nadal wpatrywał się w wypłowiałą, wilgotną przestrzeń tego parku, wyglądając jakby popadł w jakiś histeryczny trans, czekając cicho na dźwięk bądź znak, który mógłby sięgnąć jego świadomości. Widziałem go wtedy po raz ostatni.

Zdarzają się bezsenne noce, w które rozmyślam w o Mr. Crummie – agencie handlowym i o rozmowie, którą odbyliśmy tamtego dnia w parku. Myślę również o Mrs. Pyk i jej domu ze wschodniej dzielnicy miasta spod północnej granicy, w którym to kiedyś żyłem. W ciemności tych chwil prawie słyszę dzwonienie dzwonków, a umysł mój wyrusza na poszukiwanie straceńczego marzenia, które nie jest moje. Możliwe, że ostatecznie marzenie to nigdy nie miało właściciela, nie ważne jak wiele umysłów stało się jego własnością.

3 odpowiedzi na “Dźwięk dzwonków będzie nieść się bez końca”

  1. #1 zacmienie.org napisał:

    Dziękuję za słuszną uwagę, poprawiłem. Zachęcam do wskazywania wszelkich dalszych błędów!

  2. #2 tr napisał:

    piekna sprawa:)
    pozdrawiam cieplo,

    ps.moge to zamiescic na stronie Apostazji?

  3. #3 Mal napisał:

    Bardzo ciekawe opowiadanie i cała strona zresztą też (kiedyś napiszę coś więcej),
    ale “ku ostatecznemu celu” to chyba błąd – “do celu” albo “ku celowi”.
    Zabrzmiało to na tyle dziwnie, że w pierwszym momencie przeszkodziło mi w zrozumieniu sensu zdania;)

    (Tytuł opowiadania wydaje się zabawny, jeśli wziąć pod uwagę datę wpisu – grudzień bożonarodzeniowy okres)

Pozostaw odpowiedź