Poniższy tekst stanowi fragment rozdziału „Gnostycyzm, egzystencjalizm, nihilizm” z książki „Religia gnozy” Hansa Jonasa w tłum. Marka Klimowicza.
(…)Tym, co pierwotne byłoby przeto poczucie absolutnego pęknięcia istniejącego między człowiekiem a miejscem, które odkrywa jako swa tymczasowa siedzibę, czyli światem. Poczucie to zostanie rozwinięte i przybierze formę obiektywnej doktryny. Aspekt teologiczny tej doktryny wskazuje na obcość Boga względem fizycznego świata, na jego całkowite oddzielenie i obojętność wobec niego; wskazuje, że prawdziwy Bóg, w ścisłym sensie pozaświatowy, nie został objawiony przez ów świat, który nawet nie zawiera żadnych oznak mówiących o jego istnieniu i dlatego bóg ten jest Nieznany, całkowicie Inny, niepoznawalny za pomocą żadnych kategorii wziętych ze świata. Stosownie do tego, doktryna w swym aspekcie kosmologicznym głosi, iż świat jest tworem nie Boga, a pewnej niższej zasady, która narzuca światu swe prawo; natomiast jej antropologia stwierdza, iż wewnętrzna jaźń człowieka, pneuma („duch”, który przeciwstawiony zostaje „duszy” = psyche) nie jest częścią świata, nie należy do tworów natury i jej domeny, ale — znajdując się w obrębie świata — jest w tym samym stopniu całkowicie transcendentna i równie niepoznawalna przy użyciu jakichkolwiek światowych kategorii jak jej pozaświatowy odpowiednik — nieznany Bóg na zewnątrz.
W systemach mitologicznych fakt stworzenia świata przez jakąś siłę osobową uważany jest zazwyczaj za rzecz oczywistą, choć niekiedy w jego powstaniu wydaje się mieć udział jakaś niemal bezosobowa konieczność mrocznego impulsu.(…) Ponieważ tego, wobec czego jaźń czuje się tak całkowicie obca, nie mógł stworzyć prawdziwy Bóg, w naturze przejawia się jedynie jej demiurg niskiego pochodzenia: jako moc o wiele niższa od Najwyższego Boga, na którą nawet człowiek może spoglądać z wyżyn swego pokrewnego bogu ducha, owo wypaczenie tego, co boskie, jakim jest demiurg, zachowuje zeń jedynie moc działania, wszelako działania ślepego, w którym wiedza i dobra wola są nieobecne. Dlatego to demiurg stworzył świat z niewiedzy i namiętności.
Świat jest zatem rezultatem czy nawet ucieleśnieniem odwrotności wiedzy. Tym, co objawia, jest nieoświecona a przeto złowroga siła, wywodząca się z ducha nie znoszącej sprzeciwu mocy, z pragnienia, aby rządzić i zniewalać. Nierozumność tego pragnienia jest duchem świata, duchem, który nie ma nic wspólnego z rozumem i miłością. Prawa wszechświata wyrażają tę właśnie nierozumną zasadę a nie boską mądrość. W ten sposób naczelnym rysem kosmosu staje się moc, a jego wewnętrzną istotą jest niewiedza (agnosia). (…)
Ów wszechświat nie posiada już nic z czcigodności greckiego kosmosu. (…) Wprawdzie jest on nadal kosmosem, czyli porządkiem — ale jest to porządek okrutny, obcy dążeniom człowieka. Skazą natury jest nie tyle niedostatek porządku, co nazbyt powszechna jego doskonałość. Daleki od stanu chaosu twór demiurga, choć pozbawiony jest światła wiedzy, jest jednak systemem, którym rządzi prawo. Ale kosmiczne prawo, czczone niegdyś jako wyraz rozumu, z którym rozum ludzki może się kontaktować w akcie poznania, widziane jest teraz jedynie w aspekcie przymusu, który staje na drodze ludzkiej wolności. Kosmiczny logos stoików, który utożsamiany był z opatrznością, zastąpiony zostaje przez haimarmene, przygniatający kosmiczny los.
Owym fatum kierują planety czy ogólnie gwiazdy, które są osobowymi reprezentantami surowego i nienawistnego prawa wszechświata. Zmianę w emocjonalnej treści terminu kosmos obrazuje najlepiej deprecjacja tej części widzialnego świata, która uprzednio uznana była za najbardziej boską, czyli sfer niebieskich. Gwiaździste niebo — które dla Greków począwszy od Pitagorasa było najczystszym ucieleśnieniem rozumu w ujmowanym zmysłowo wszechświecie i rękojmią jego harmonii – patrzyło teraz człowiekowi w oczy nieruchomym wzrokiem obcej potęgi i konieczności. Nie połączone już z człowiekiem więzami pokrewieństwa, choć równie potężne jak kiedyś, stały się gwiazdy tyranami — budzącymi przerażenie, lecz i pogardę, gdyż są od człowieka bytami niższymi. (…) Panujące tu prawo nie ma nic wspólnego z opatrznością i jest wrogie ludzkiej wolności. Pod bezlitosnym niebem, które nie wzbudza już przepojonej czcią ufności, człowiek uświadamia sobie, iż jest zupełnie sam. Otoczony przez nie i poddany jego potędze, a przecież odeń wyższy z racji szlachetności swej duszy, uważa on siebie nie tyle za cześć obejmującego go systemu, ile za istotę w niewytłumaczalny sposób w nim umieszczoną i wydaną na jego pastwę.
I — podobnie jak Pascala — przejmuje go lek. Jego wyjątkowa w skali kosmicznej inność, którą objawia mu owo osamotnienie, znajduje gwałtowny wyraz w uczuciu leku. Lek jako reakcja duszy na jej fakt bycia-w-świecie to powtarzający się wątek w gnostyckiej literaturze. Jest on reakcją jaźni na odkrycie własnej sytuacji, a w rzeczywistości sam jest elementem owego odkrycia: wskazuje na przebudzenie wewnętrznej jaźni z uśpienia i odurzenia przez świat. Wpływ astralnych duchów czy też w ogóle kosmosu nie ma bowiem jedynie charakteru zewnętrznego przymusu, ale w większym jeszcze stopniu polega na przymusie wewnętrznym opartym na alienacji i wyobcowaniu od samego siebie. Stawszy się świadoma siebie samej, jaźń odkrywa również to, że nie kieruje sama własnym losem, lecz że jest raczej bezwolnym wykonawcą zamysłów kosmosu. Z niewoli tej wyzwolić człowieka może wiedza, gnosis, ponieważ jednak kosmos przeciwny jest życiu i duchowi, zbawcza wiedza nie może mieć na celu integracji z kosmiczną całością i dostosowania się do jej praw, do czego zmierzała mądrość stoików, którzy wolności dopatrywali się w świadomej zgodzie na sensowną konieczność cechującą rzeczywistość jako całość. Gnostycy przeciwnie, pragnęli pogłębić alienację człowieka i doprowadzić ją do skrajności, był to bowiem ich zdaniem jedyny sposób, aby wewnętrzna jaźń zdobyła siebie samą. To świat, a nie alienacja wobec niego, musi być przezwyciężony, zaś świat sprowadzony do systemu, opartego na sile może być przezwyciężony tylko przy pomocy siły.(…)
Transcendencja (…) nie jest istotą świata ani jego przyczyną, lecz jego negacją i unieważnieniem. Gnostycki Bóg, jako byt różny od demiurga, jest tym, który jest całkowicie odmienny, inny, nieznany. Podobnie jak w przypadku jego odpowiednika we wnętrzu człowieka, taksonomicznej jaźni czy pneumy, której ukryta natura również objawia się jedynie w formie negatywnego doświadczenia inności, nieokreśloności i otwarte manifestowanej nie dającej się zdefiniować wolności – pojęcie owego Boga zawiera w sobie więcej z nihil aniżeli z ens.(…)
Nasze rozważania prowadzą nas na powrót do dualizmu pomiędzy człowiekiem a physis jako metafizycznego tła nihilizmu. Trudno nie zauważyć kardynalnej różnicy pomiędzy dualizmem gnostyckim a egzystencjalnym: człowiek gnostycyzmu rzucony jest we wrogą, antyboską, a więc i antyludzką naturę, człowiek nowożytny – w naturę obojętną. Jedynie w tym ostatnim przypadku opisana zostaje próżnia absolutna, czeluść rzeczywiście bezdenna. W koncepcji gnostyckiej to, co wrogie, demoniczne, ma charakter czegoś znanego, nawet biorąc pod uwagę jego obcość, a sam ten kontrast nadaje egzystencji kierunek – co prawda negatywny, ale taki, który ma swoje oparcie w negatywnej transcendencji, której jakościowym odpowiednikiem jest pozytywność świata. Tymczasem obojętnej naturze nowożytnej nauki nie przypisuje się już nawet tego nieprzyjaznego charakteru – nie daje ona podstaw do określenia jakiegokolwiek kierunku w ogóle.
Nadaje to nihilizmowi nowożytnemu charakter nieskończenie bardziej krańcowy i rozpaczliwy od tego, jaki kiedykolwiek mógł mieć nihilizm gnostyczny, mimo całego jego przerażenia światem i wyzywającej pogardy wobec jego praw. Fakt, że sama natura jest obojętna, ani wroga ani przyjazna, stwarza prawdziwą otchłań. To, że tylko człowiek jest nieobojętny, że w swej skończoności zwrócony jest wyłącznie ku śmierci, sam na sam ze swoją przygodnością i obiektywnym bezsensem projektowanych przez siebie sensów, to sytuacja doprawdy bez precedensu.(…)