Fabryka Nóg- Ludzie wierzą w postęp i kulturę – powiedział G. – Nie istnieje żaden postęp. Wszystko jest takie, jakie było tysiące i dziesiątki tysięcy lat temu. Zmienia się tylko zewnętrzna forma. Esencja pozostaje dokładnie taka sama. Człowiek pozostaje taki sam. „Cywilizowani” i „wychowani” ludzie mają dokładnie takie same zainteresowania jak najciemniejsi dzicy. Współczesna cywilizacja opiera się na przemocy, niewoli i pięknych słowach. Ale te piękne słowa o „postępie” i „cywilizacji” są tylko słowami.

Wywarło to na nas, oczywiście, szczególnie silne wrażenie, ponieważ zostało to powiedziane w roku 1916, kiedy to najnowszy przejaw „cywilizacji” w postaci wojny jakiej świat jeszcze nie widział, powiększał się i rozwijał, wciągając w swą orbitę coraz więcej milionów ludzi.

Pamiętam, że kilka dni przed tą rozmową widziałem na Litejnym dwie olbrzymie ciężarówki wypełnione do wysokości pierwszego piętra nowymi, nie pomalowanymi, drewnianymi kulami. Nie wiem dlaczego ich widok szczególnie mnie uderzył. Te góry z kul do nie rozerwanych jeszcze nóg stanowiły szczególnie cyniczną drwinę z tego wszystkiego, co służyło ludziom do okłamywania się. Mimowolnie wyobrażałem sobie, że podobne ciężarówki krążą na pewno po Berlinie, Paryżu. Londynie, Wiedniu, Rzymie i Konstantynopolu. (…)

Podczas spotkania powiedziałem naszym ludziom o tych załadowanych kulami ciężarówkach i moich myślach na ten temat.

- Czego oczekujesz? – Powiedział G. – Ludzie są maszynami. Maszyny muszą być ślepe i nieświadome. One nie mogą być inne i wszystkie ich działania są zgodne z ich naturą. Wszystko się zdarza. Nikt niczego nie czyni. Postęp i cywilizacja, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, mogą pojawić się tylko jako wynik świadomych wysiłków. Nie mogą pojawić się jako wynik nieświadomych, mechanicznych działań. A jakiego to świadomego wysiłku może podjąć się maszyna? Jeżeli jedna maszyna jest nieświadoma, to wtedy sto maszyn jest nieświadomych, i również tysiąc maszyn czy też sto tysięcy maszyn albo milion. A nieświadoma działalność miliona maszyn musi nieuchronni spowodować zniszczenie i eksterminację. To właśnie w tych nieświadomych i bezwolnych przejawach leży całe zło. Jeszcze nie rozumiecie i nie umiecie sobie wyobrazić wszystkich skutków tego zła. Ale nadejdzie czas, kiedy to zrozumiecie.

-P. D. Uspieński – Fragmenty nieznanego nauczania

The Clown Puppet1. Strona w końcu doczekała się lepszego serwera i własnej domeny! Powinno to oznaczać koniec pół minutowego ładowania się witryny i większe możliwości dalszej rozbudowy. Jeżeli więc zamieściliście gdzieś linki do tej strony, uprzejmie proszę o zaktualizowanie (a jeżeli nie, to najlepszy moment by je umieścić;). Nowy adres to jak widać http://www.zacmienie.org.
Stara domena powinna przekierowywać na niego automatycznie. Proszę o informację, jeżeli po przenosinach jakiś link przestał działać, lub odwołuje do starej strony.

2. Chciałbym zwrócić uwagę na kilka nowości wydawniczych powiązanych z Ligottim:
Mniej więcej miesiąc-dwa miesiące temu ukazał się drugi z serii komiks, czy też “graphic novel”, oparty na twórczości Thomasa Ligottiego. Tym razem w postaci graficznej “przeczytać” możemy następujące opowiadania:
- Gas Station Carnivals
- The Clown Puppet
- The Chymist
- Sect of the Idiot.
Muszę przyznać, że wydawnictwo to jest o niebo lepsze od poprzedniego. Choć nadal nie jestem przekonany do idei komiksu na podstawie twórczości Ligottiego, to muszę przyznać, że jedna ze znajdujących się w tej części interpretacji jest rzeczywiście godna uwagi – mówię tu konkretnie o adaptacji “The Clown Puppet” (stronę z której zdobi niniejszy wpis). Pozostałe komiksy niestety utrzymane są już w zupełnie innej stylistyce – jak dla mnie średnio przekonywującej. Oczywiście jest to tylko subiektywna opinia.

3. Skoro jesteśmy przy adaptacjach, może warto wspomnieć że jakiś czas temu ukazała się krótkometrażowa, niskobudżetowa ekranizacja opowiadania Ligottiego “The Frolic”. Ów tekst źródłowy jest dość nietypowy jak na T.L. (zainspirował on swego czasu Davida Tibeta na płycie “All the Pretty Little Horsies”). Nie jest to moje ulubione opowiadanie i na pewno do ulubionych nie należy też oparty na nim film… Więcej informacji odnaleźć można tu.
Aktualizacja: Od kilku dni “The Frolic” jest w całości dostępny na YouTube! Można go obejrzeć tutaj.

4. Kolejną rzeczą o której muszę wspomnieć, to czwarte wydanie kwartalnika “Collapse”, poświęconego w całości filozofii grozy i horrorowi konceptualnemu. Na jego łamach został po raz pierwszy oficjalnie opublikowany duży fragment “Conspiracy Against the Human Race” Ligottiego (część można znaleźć na tej stronie). Jest tam także wiele innych ciekawych tekstów – m.in. “The Corpse Bride: Thinking with Nigredo”, który – w telegraficznym skrócie – ujmuje zachodzący w człowieku związek umysłu z materią jako przenikanie się, czy też romans żywego z trupem. “The Shadow of the Puppet Dance – Metzinger, Ligotti and the Illusion of Selfhood” podejmuje tematykę iluzji “ja” i działającego podmiotu, odwołując się do “Being No one” Metzingera i kilku opowiadań Ligottiego. Więcej informacji i możliwość zamówienia na stronie Collapse. Polecam.

Zapragnąłem pozostać sam w dosyć niezwykły, nowy sposób. Miała to być samotność dokładnie przeciwna do tej, jakiej mógłbyś oczekiwać – chciałem mianowicie pozostać bez samego siebie, w towarzystwie nieznajomego.

Czy wygląda ci to na obłęd?

Być może warto ponownie to przemyśleć.

Nie przeczę – mogłem wtedy być już odrobinę obłąkany, błagam jednak, uwierz – naprawdę samemu pozostać można tylko w poniższy sposób.

Samotności nie może być wraz z tobą; samotność jest zawsze bez ciebie, możliwa tylko w obecności nieznajomego, obcej osoby czy może miejsca, które cie całkowicie ignoruje, i które ty całkowicie ignorujesz – twoja wola i uczucia zostają zawieszone i oszołomione w udręczonej niepewności; a kiedy znika wszelkie potwierdzenie ciebie samego, znika także i sama prywatność twojej świadomości. Prawdziwa samotność istnieje w miejscu, które żyje dla samego siebie, dla ciebie nie pozostawiając żadnego śladu ni dźwięku. W miejscu tym sam stajesz się nieznajomym.

W taki właśnie sposób zachciałem być sam. Bez samego siebie. To znaczy bez tego siebie, którego już znałem, albo którego sądziłem że znam. Sam z pewnym nieznajomym, którego nie byłem w stanie się pozbyć – już wtedy przeczuwałem to niejasno, bowiem byłem nim ja sam: nieznajomy, który ode mnie samego był nie do oddzielenia.

W tamtym czasie przeczuwałem istnienie jednego tylko nieznajomego! A już sam on jeden, albo też potrzeba pozostania z nim sam na sam, postawienia go przed sobą i poznania go, rozmowy z nim, całkowicie mnie rozstrajała, napełniając mieszanką obrzydzenia i przerażenia.

Jeżeli dla innych nie byłem tym, kim zawsze byłem dla siebie samego, to kim byłem?

Nigdy wcześniej za mego życia nie myślałem o wyglądzie mojego nosa, jego kształcie, o tym czy był duży lub mały, albo o kolorze moich oczu, szerokości mojego czoła, i tak dalej. To był mój nos, moje oczy, moje brwi: nieoddzielne ode mnie, i kiedy byłem pochłonięty swoimi sprawami, zajęte były też moje oczy i zaabsorbowane uczucia – nie mogłem o nich myśleć.

Teraz jednak pomyślałem: „A co z innymi? Rzecz jasna inni nie są wewnątrz mnie. Dla innych, którzy patrzą z zewnątrz, moje myśli i uczucia mają nos. Mój nos. Mają też parę oczu. Moich oczu, których ja nie widzę, a oni tak. Jaki jest związek między moimi myślami a moim nosem? Dla mnie żaden. Nie myślę swoim nosem, ani nie zwracam uwagi na swój nos kiedy myślę. Ale inni? Inni, którzy nie widzą moich myśli wewnątrz mnie i widzą mój nos z zewnątrz? Dla innych moje myśli i mój nos mają bliski związek, i jeżeli na przykład te pierwsze były by bardzo poważne, a ten drugi – przez jego kształt – wysoce komiczny, inni zaczęliby się śmiać.”

I tak, idąc za tą myślą, pogrążyłem się dalej w udręce: żyjąc, nie potrafiłem przedstawić sobie siebie wykonującego czynności w życiu; zobaczyć siebie tak jak widzieli mnie inni; postawić przed sobą swoje ciało i zobaczyć jak żyje, jak by to było ciało kogoś innego. Kiedy stanąłem przed lustrem, nastąpiło we mnie jakieś wstrzymanie; cała spontaniczność zniknęła, każdy mój ruch zdawał się sztuczny, jakby był imitacją.

Nie mogłem widzieć siebie jak żyję.

Dowód na to odkryłem we wrażeniu, które zaatakowało mnie kilka dni później, kiedy to spacerowałem rozmawiając z moim przyjacielem Stefano Firbo. Stało się, że przechodząc obok stojącego przy ulicy lustra, nagle mignęło mi w nim moje odbicie. Wrażenie to nie mogło trwać dłużej niż mgnienie, gdyż zaraz potem nadeszło to samo wstrzymanie a spontaniczność zniknęła, i wszystko znów stało się wyuczone. Z początku nie rozpoznałem siebie. Zdało mi się, że widziałem przechodzącego, rozmawiającego nieznajomego. Zatrzymałem się. Musiałem bardzo zblednąć.

Firbo spytał mnie: „Co się stało?”

„Nic”, powiedziałem. Wypełniały mnie dziwny, wewnętrzny niepokój i obrzydzenie zarazem. Myślałem: Czy to, co mi przed chwilą mignęło, to naprawdę był mój obraz? Czy z zewnątrz, kiedy żyję swoim życiem i nie myślę o sobie, naprawdę taki jestem? W takim razie dla innych jestem właśnie tym nieznajomym, który mignął mi znienacka w lustrze: właśnie nim, a nie takim, jakim siebie znałem: tamtym, którego ja sam na pierwszy rzut oka nie rozpoznałem. Jestem tamtym nieznajomym, którego życia nie mogę dojrzeć, może za wyjątkiem takich nieoczekiwanych mignięć. Nieznajomym, którego wszyscy inni mogą widzieć i znać, tylko nie ja.

Po tym zdarzeniu owładnęła mną jedna obsesja: pościg za nieznajomym, który był we mnie i który mnie unikał; którego nie mogłem postawić przed sobą, ponieważ natychmiast stawał się taki, jakim siebie znałem; był tym, który istniał dla innych i którego nie mogłem poznać, którego życie inni widzieli, a ja nie. Również ja chciałem go widzieć i znać, w taki sam sposób jak widzieli i znali go inni.
Powtarzam: wtedy jeszcze wierzyłem, że ten nieznajomy był tylko jedną osobą. Jedną dla wszystkich, tak ja ja byłem tylko jeden dla samego siebie. Wkrótce jednak mój straszliwy dramat jeszcze bardziej się skomplikował – a mianowicie kiedy odkryłem setki tysięcy Moscardów, którymi byłem nie tylko dla innych, ale także dla samego siebie, a wszyscy oni o jednym i tym samym imieniu – Moscarda, brzydkim do okrucieństwa, i wszyscy oni w tym moim biednym ciele, które także było jedno i – niestety! – było nikim jednocześnie, a przynajmniej kiedy staję przed lustrem i wpatruję się długo i nieporuszenie w swoje oczy, znosząc w sobie wszelkie uczucia i wolę.

A kiedy tak oto skomplikował się mój dramat, rozpoczęły się także i niewiarygodne akty mego szaleństwa.

- Luigi Pirandello
Jeden, nikt i sto tysięcy (fragment)
tłum. z angielskiego – ja.

Uzupełniłem galerię o kilka nowych zdjęć, które wykonałem w Wałbrzychu i okolicach Gór Sowich. Odnaleźć je można w galerii, w dziale zdjęcia.

ligottiMimo że nie ma dowodów na to, aby to małe zwyrodniałe miasteczko rzeczywiście stanowiło największą tajemnicę oraz źródło wszelkich znanych nam rzeczy, jest ono prawdziwe a jego istnienie można uznać za pewne. Istnieją też pewne znaki, pewne aspekty i elementy naszego życia, które nie pozostawiają wątpliwości co innego faktu – prędzej czy później znajdziemy się w tym małym zwyrodniałym miasteczku, czy tego chcemy czy nie. Albowiem gdy niebo zaczyna nam ciemnieć przed oczami, a nasze kości stają się miękkie jakby w rozkładzie, wiemy już że wszystkie drogi naszego życia prowadziły nas – i tylko tam nas mogą prowadzić – do tego małego zwyrodniałego miasteczka. Zrozumiemy wtedy, że wszystko wkoło nas, wszystko wewnątrz nas, posiada bezpośredni punkt styczności z tym tajemnym miejscem, tym źródłem wszystkich rzeczy.

Poniższe tłumaczenie pochodzi z wydawnictwa Current 93 / Thomas Ligotti “In a Foreign Town, in a Foreign Land”, w skład którego wchodzi płyta oraz książeczka z opowiadaniami. Każde z opowiadań odpowiada tytułem jednemu z czterech utworów na płycie, w tym wypadku jest to “Soft Voice Whispers Nothing”, gdzie David Tibet odczytuje duży fragment tekstu tego opowiadania.

Tekst “In a Foreign Town, In a Foreign Land” ukazał się niedawno w nieco wzbogaconej wersji w zbiorze opowiadań “Teatro Grottesco” – jako jedno opowiadanie podzielone na cztery części.

***

in a foreign town, in a foreign landMożna powiedzieć, że zostałem mieszkańcem miasteczka spod północnej granicy jeszcze długo przed tym, zanim zacząłem podejrzewać że to odległe i opustoszałe miejsce w ogóle istnieje.
Wskazują na to niepoliczalne poszlaki, choć niektóre z nich mogą się wydawać na pierwszy rzut oka nie do końca jednoznaczne. Większa ich część sięga mojego dzieciństwa – tamtych miękkich i szarych lat, kiedy byłem nieustannie dotknięty raz tą, raz inną wysysającą życie chorobą. To właśnie wtedy, na tym wczesnym etapie rozwoju przypieczętowałem swą głęboką więź z zimą, z każdą jej porą czy przejawem. Nic nie zdawało mi się bardziej naturalne, niż podążanie ścieżką wśród ośnieżonych dachów i zwieńczonych lodem płotów, jako że i ja w swej chorobie przejawiałem objawy stanu głębokiego uśpienia. Zmarznięty i blady leżałem pod puszystymi kocami swego łóżka, moje skronie połyskiwały od pokrywających je kropel potu. Z okropnym oddaniem wypatrywałem przez oszronione ramy okna mej sypialni, jak po ospałych zimowych dniach następują oślepiające zimowe noce. Byłem nieustannie świadom możliwości zajścia tego, co mój młody umysł nazywał wówczas „lodowatą transcendencją”. Nawet podczas nawiedzających mnie często majaków byłem więc ostrożny, aby nie pozwolić sobie na zwyczajny sen – wyłączając może wyprawy w odleglejsze krajobrazy, gdzie wymazujący wszystko wiatr porywał mnie w pustkę ostatecznej hibernacji.

Nikt nie liczył że będę żył długo, nawet zajmujący się mną lekarz dr Zirk. Ten wdowiec w późnym wieku średnim sprawiał wrażenie, jakby był głęboko oddany sprawie dobrego samopoczucia ciał, które miał pod swą opieką; jednak odkąd go znałem, miałem przeczucie że i on czuł skrytą więź z najodleglejszymi, opustoszałymi miejscami spod władania zimowego ducha, a więc i on musiał zawrzeć przymierze z miasteczkiem spod północnej granicy. Ilekroć mnie badał siedząc przy moim łóżku, ujawniał się jako fanatyczny współwyznawca tej wiary bez pocieszenia, zdradzając tak liczne jej przejawy i stygmaty. Jego sztywne, przeplatane siwizną włosy i broda – niegdyś tak bujne – obecnie były tylko ich rzedniejącą pozostałością z tamtego czasu, całkiem jak nagie, pokryte szadzią gałęzie drzew za mym oknem. Miał szorstką i chropowatą jak zamarznięta ziemia cerę, a jego oczy przysłonięte były mętną aurą grudniowego popołudnia. Jakże lodowate zdawały mi się jego palce, kiedy badały tętno na mej szyi albo łagodnie ściągały dolne powieki moich oczu..
Pewnej nocy, zapewne w przeświadczeniu że śpię, dr Zirk odkrył przede mną głębię swego wtajemniczenia w opuszczone sekrety zimowego świata, chociaż mówił tylko zagadkowymi urywkami wycieńczonej, umierającej duszy. Głosem czystym i zimnym jak arktyczny wiatr, doktor czynił wzmianki o doświadczaniu „pewnych przepraw” i „groteskowych przerw w ciągłości porządku rzeczy”. Jego drżące słowa przywoływały epistemologię „nadziei i grozy”, całkowitego, ostatecznego obnażenia natury tego „wielkiego, szarego rytuału egzystencji” oraz karkołomnego skoku w „oświecenie w pustce”. Miałem wrażenie, że mówił bezpośrednio do mnie, gdy w lekkim przypływie desperacji rzekł: „Skończyć z tym, mała marionetko, we własny sposób. Zamknąć drzwi jednym zdecydowanym ruchem, zamiast serią małych, zlęknionych kroków. Gdyby tylko ten lekarz mógł wskazać ci drogę ku temu zimnemu wybawieniu!” Ton i powaga tych słów wprawiły moje powieki w drżenie i Dr Zirk natychmiast zamilkł. Zaraz potem do pokoju weszła moja matka, co dało mi pretekst do okazanego wcześniej wzbudzenia. Nigdy jednak nie zdradziłem zaufania i szczerości, jakich doktor okazał mi tamtego dnia.

Tym niemniej, musiało upłynąć wiele lat nim po raz pierwszy trafiłem do miasteczka spod północnej granicy i to właśnie tam przyszło mi zrozumieć źródło i znaczenie słów, które dr Zirk mamrotał owego niemal bezgłośnego, zimowego dnia. Po dotarciu do miasteczka zauważyłem jak bardzo było ono podobne do zimowej krainy mego dzieciństwa, chociaż było już wtedy odrobinę po sezonie. Tamtego dnia wszystko wokół mnie – ulice miasteczka i nieliczni idący nimi ludzie, okna sklepowe i wystawiany w nich skromny towar, kawałki śmieci ledwie poruszane przez na wpół martwy wiatr – wszystko wyglądało jak wyprane z wszelkich barw, jak gdyby ogromna lampa dopiero co błysnęła w spłoszoną twarz tego miasta. Gdzieś pod tą bladą powierzchnią wyczuwałem coś, co nazwałem „wszechogarniającą atmosferą miejsca, które oddało się za przystań dla bezkresnego ciągu rojeń”.

Nad sceną zawisła wyraźna aura delirium, sprawiając że wszystko w polu mego widzenia lśniło mgliście, jakbym spoglądał przez rozmytą poświatę szpitalnej sali: mętność bez substancji, zniekształcająca, choć w żaden sposób nie ograniczająca widoczności znajdujących się w niej i za nią przedmiotów. Na ulicach miasta panowała chorobliwa atmosfera poruszenia, jak gdyby deliryczna aura stanowiła jedynie cichą zapowiedź nadciągającego pandemonium. Słyszałem dźwięk czegoś, czego nie potrafiłem określić: nadciągającą wrzawę, która zmusiła mnie by poszukać schronienia w wąskim przejściu między parą wysokich budynków. Wciśnięty w tę ciemną kryjówkę, spoglądałem na ulicę, nasłuchując jak ten bezimienny zgiełk narastał. Była to kotłowanina łomotu i zgrzytu, jęku i rechotu, głuche dzwonienie czegoś nieznanego przemierzającego miasto po omacku, bezładny pochód na cześć jakiejś wyjątkowej okoliczności delirium.

Ulica, na którą spoglądałem przez prześwit między dwoma budynkami, była teraz całkowicie pusta. Mogłem dojrzeć tylko zarys różnej wysokości budynków, drżący lekko wraz z narastającym dudnieniem nadciągającego pochodu. Bezkształtny łomot zdawał się pochłaniać wszystko wokół mnie, kiedy nagle zobaczyłem jakąś postać przechodzącą przez ulicę. Była ubrana była w luźny biały strój, miała jajowatą, całkowicie nieowłosioną i białą jak klej głowę, jakiś clown poruszający się w sposób jednocześnie swobodny i mozolny, jak gdyby szedł pod wodą lub pod silny wiatr, kreśląc dziwaczne wzory swymi bladymi dłońmi i wzdętymi ramionami. Zdawało się, że trwało to wieczność nim widmo w końcu zniknęło mi z oczu. Jednak w ostatniej chwili postać obejrzała się by spojrzeć w wąskie przejście w którym stałem ukryty, ukazując swą bladą, zatłuszczoną twarz o wyrazie martwej wrogości.
Po postaci prowadzącej pochód nadeszły kolejne, w tym grupa zaprzęgniętych jak bestie nędzarzy ciągnących długie, szczeciniaste liny. Po chwili oni także zniknęli mi z widoku, pozostawiając za sobą jedynie luźno wiszące sznury. Były one przywiązane za pomocą olbrzymich haków do pojazdu, który wtaczał się teraz na scenę szorując głośno o chodnik wielkimi drewnianymi kołami. Pojazd ten stanowiła jakaś platforma z ogromnymi drewnianymi palami wystającymi z jej podstawy, które składały się pionowe kraty klatki. Nic nie zabezpieczało jej od góry, więc pale chybotały się wraz z ruchem procesji.

O kraty klatki obijał się szereg przedmiotów zwisających z ich szczytu, przypadkowo uwiązanych wszelkiego rodzaju szmatami, sznurkami i drutem. Widziałem maski i buty, przybory domowe i nagie lalki, duże wyblakłe kości i szkielety małych zwierząt, butelki z barwionego szkła, głowę psa owiniętą kilkukrotnie łańcuchem wokół szyi, rozmaite strzępy i odpadki, i inne rzeczy, których nie byłem w stanie nazwać, a wszystko to obijało się o siebie w szalonym łomocie. Patrzyłem i słuchałem jak ten absurdalny pojazd przemierzył ulicę; Nic już po nim nie nadeszło, a zagadkowa procesja zdawała się dobiegać końca, pozostawiając za sobą zaledwie chorobliwy szmer rozmywający się w oddali. I wtedy usłyszałem za sobą głos:

„Co tu robisz?”

Odwróciłem się i ujrzałem starą, grubą kobietę nadciągającą w moim kierunku, wynurzającą się z cienia tego wąskiego przejścia między dwoma wysokimi budynkami. Nosiła bogato zdobiony kapelusz prawie tak szeroki jak ona sama, a jej i tak już obfitą sylwetkę powiększały liczne warstwy kolorowych chust i szali. Jej ciało dodatkowo obciążało kilka naszyjników wiszących jej u szyi jak pętla, parę bransolet pobrzękujących na obu jej pulchnych nadgarstkach oraz cały asortyment pstrokatych pierścieni pobłyskujących na grubych palcach jej dłoni.

„Oglądałem paradę”, powiedziałem. „Nie mogłem jednak dojrzeć co znajdowało się tamtej klatce, czy cokolwiek to było. Zdawała się pusta.”

Przez jakiś czas kobieta patrzyła na mnie tylko i oceniała moją twarz, być może domyślając się, że dopiero niedawno przybyłem do miasteczka spod północnej granicy. Potem przedstawiła się jako pani Glimm i oznajmiła że prowadzi pensjonat. „Masz gdzie zostać?”, spytała się agresywnie domagającym się tonem. „Niedługo będzie ciemno,” powiedziała, zerkając lekko w górę. „Dni ciągle się skracają”.
Zgodziłem się pójść za nią do pensjonatu. Po drodze spytałem ją o tamtą paradę. „To wszystko jakieś głupoty”, powiedziała, prowadząc mnie po ciemniejących ulicach miasteczka. „Widziałeś to?”, spytała, podając mi wymięty kawałek papieru, wyciągnięty spomiędzy warstw jej chust i szali.

Wyprostowując stronę, którą pani Glimm umieściła w moich dłoniach, próbowałem odczytać widniejące na niej słowa mimo pogłębiającego się zmroku. Na górze strony znajdował się pisany drukowanymi literami tytuł: WYKŁAD METAFIZYCZNY I, a pod nim krótki tekst, który czytałem idąc za panią Glimm. “Ktoś kiedyś powiedział,” rozpoczynał się tekst „że niektóre przeprawy życiowe – czy to ekstatyczne, czy koszmarne – winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, jako że po ich przejściu nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej. Obowiązuje jednak odwrotna zasada: nasze imiona wloką się za nami jeszcze długo po tym, jak wszystko co przypominało to, czym byliśmy wcześniej, jak i to, czym wydawało się nam że byliśmy, przestało istnieć. Nie, żebyśmy mieli wiele za punkt wyjścia – jedynie kilka wątpliwych wspomnień i impulsów unoszących się w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej, nie kończącej się zimy. Ostatecznie jednak każdy z płatków opada, osadzając się w zimnej, bezimiennej otchłani.”

Po przeczytaniu krótkiego „wykładu metafizycznego”, spytałem pani Glimm skąd wzięła się ta kartka. „Były rozrzucone po całym mieście”, odpowiedziała. „Jakieś głupoty, jak cała ta reszta. Osobiście uważam, że takie rzeczy źle robią interesom. Dlaczego mam szwendać się po mieście i szukać swoich klientów na ulicach? Ale tak długo, jak ktoś płaci moją cenę, zakwateruję go w takim stylu, jaki sobie zażyczy. Mam upoważnienie nie tylko by prowadzić jeden czy dwa pensjonaty, ale także by występować jako asystent przedsiębiorcy pogrzebowego oraz dyrektor kabaretu. No cóż, dotarliśmy. Możesz wejść, ktoś tam się tobą zajmie. Ja mam teraz spotkanie umówione gdzie indziej.” To mówiąc, pani Glimm odeszła, z każdym krokiem podzwaniając swoją biżuterią.

Pensjonat pani Glimm był jednym z kilku wielkich obiektów położonych przy ulicy. Każdy z nich miał podobne cechy i – jak się później dowiedziałem – był w posiadaniu bądź pod nadzorem jednej osoby – to jest pani Glimm. Ulica była obsadzona niemal równym szykiem wysokich, pozbawionych stylu domów o bladych, szarych fasadach urzędu i ogromnych, ciemnych dachach. Mimo rozległości ulicy, chodnik przed budynkami był tak wąski, że dachy sięgały lekko poza jego brzeg, tworząc wrażenie zamknięcia jak w tunelu. W zasadzie każdy z tych budynków mógł należeć do tej samej rodziny, co dom z mego dzieciństwa, który ktoś kiedyś opisał jako „architektoniczny jęk”. Myślałem o tym wyrażeniu, kiedy rezerwowałem pokój w pensjonacie pani Glimm, nalegając by miał okna z widokiem na ulicę. Gdy już znalazłem się w swoim apartamencie – właściwie pojedynczej, całkiem przestrzennej sypialni – stanąłem przed oknem, wodząc wzrokiem po ulicy szarych domów. Zebrane razem, domy te zdawały się tworzyć jakąś procesję, jakby zamarznięty kondukt pogrzebowy. W kółko i w kółko powtarzałem sobie w myślach wyrażenie „architektoniczny jęk”, aż w końcu wyczerpanie ściągnęło mnie sprzed okna pod zatęchłe koce łóżka. Nim zasnąłem, przypomniałem sobie że osobą, która użyła tego określenia by opisać mój dom, był jakże częsty jego gość – dr Zirk.

Tak więc to Dr. Zirk zaprzątnął moje myśli, kiedy zasypiałem w tamtej przestrzennej sypialni pensjonatu pani Glimm. Myślałem o nim nie tylko dlatego, że użył określenia „architektoniczny jęk” by opisać dom z czasów mego dzieciństwa, tak podobny do tych budowli o wysokich dachach ciągnących się wzdłuż ulicy, ale także – a może przede wszystkim – z powodu słów krótkiego wykładu metafizycznego, które przeczytałem parę godzin wcześniej. Jakże przypominały mi one ten urywany mamrot doktora siedzącego przy mym łożu, doglądającego moich wysysających życie chorób, które według wszystkich miały być przyczyną mej śmierci w bardzo młodym wieku… Leżąc w tym dziwnym pensjonacie pod zatęchłymi kocami mego łóżka, przy odrobinie księżycowego światła padającego na rozległą, senną przestrzeń pokoju wokół mnie, raz jeszcze poczułem ciężar kogoś siedzącego na mym łóżku, schylającego się nad moim śpiącym ciałem, usługującego mu niewidocznymi gestami i łagodnym głosem. Wtedy to, udając że śpię zupełnie jak za dziecka, usłyszałem słowa drugiego „wykładu metafizycznego”, szeptane powolną, rezonującą monotonią. „Powinniśmy być wdzięczni”, rzekł do mnie głos, „że niedostatek wiedzy na tyle ogranicza nasze widzenie, że możemy w ogóle cokolwiek czuć. Skąd wzięlibyśmy pretekst by na cokolwiek reagować, gdybyśmy rozumieli… wszystko? Jedynie umysł oddzielony pada ofiarą intensywnych emocji. Bez zawieszania wynikającego z naszego stanu nieoświecenia – jako istoty opętane przez nasze ciała i płynący z nich obłęd – któż zainteresowałby się tym kosmicznym przedstawieniem choćby na tyle, aby zdobyć się na najsłabsze ziewnięcie na jego widok, a co dopiero na bardziej dramatyczne gesty mogące nadać jakże rzadkiego koloru temu światu, złożonego zasadniczo z odcieni szarości na tle czerni? Nadzieja i groza – by wymienić choćby dwa z niepoliczalnych stanów wynikających z niepełnego wglądu – co by z nich zostało w obliczu ostatecznego objawienia, obnażającego brak ich konieczności? Z drugiej strony, zarówno nasze najwznioślejsze, jak i najbardziej porażające emocje otrzymują doskonałą pożywkę, ilekroć pojedynczy promień wiedzy zostaje oddzielony od pełnego spektrum zrozumienia, a następnie całkowicie zapomniany. Wszystkie nasze uniesienia, święte czy unużane w błocie, opierają się na odmowie poznania nawet najbardziej powierzchownych prawd oraz na naszej obłąkańczej woli podążania ścieżką zapomnienia. Amnezja stanowi prawdopodobnie najwyższy sakrament tego wielkiego szarego rytuału egzystencji. Pełnia wiedzy i zrozumienia oznacza skok ku oświeceniu w pustce, w zimowy krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z wszystkich stron bezkresnej przestrzeni. Wisimy w tej przestrzeni jedynie dzięki sznurkom naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie próby wyrwania sobie tych sznurków? Przypuszczalnie stoi za tym fakt, że nic nie jest dla nas równie pociągające, nic nie jest bardziej idiotyczne, niż nasze pragnienie posiadania imienia – nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec strzępieniu i plątaniu się tych jakże drogich nam sznurków, gdybyśmy tylko mogli zapobiec upadkowi w puste niebo, moglibyśmy dalej zgrywać się pod przybranymi imionami i kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…”

Głos szeptał dalej wymawiając kolejne słowa, więcej słów niż jestem w stanie sobie przypomnieć, jakby mógł głosić swój wykład bez końca. Jednak w pewnym momencie odpłynąłem w sen, jakiego nigdy wcześniej nie śniłem – spokojny, szary i bez snów.

Następnego ranka zbudził mnie jakiś hałas za oknem. Była to ta sama szaleńcza kakofonia, jaką słyszałem poprzedniego dnia, kiedy to po raz pierwszy przybyłem do miasteczka spod północnej granicy i zostałem świadkiem przemarszu niezwykłej parady. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna, nie zobaczyłem jednak nic, co mogłoby zwiastować ponowne nadejście tej hałaśliwej procesji. Wtedy moją uwagę przykuł dom naprzeciw mnie – jedno z jego najwyższych okien było szeroko otwarte. Tuż pod parapetem tego okna dojrzałem ciało zwisające za szyję na grubym, białym sznurze. Lina była mocno napięta i prowadziła przez okno w głąb pokoju. Z jakiegoś powodu widok ten nie zdał mi się w żaden sposób niespodziewany czy nie na miejscu – nawet gdy dudnienie parady stało się znacznie głośniejsze, ani nawet kiedy dotarło do mnie kim był ten niezwykle wątły wisielec o niemal dziecięcej posturze i promieniście siwych włosach i brodzie. Mimo, że ciało to było znacznie starsze niż kiedy widziałem je po raz ostatni, należało ono bezspornie do mojego dawnego lekarza, Dr. Zirka.
Mogłem teraz ujrzeć nadchodzącą paradę. Zbliżając się z odległego końca szarej, przypominającej tunel ulicy, spacerowała jajogłowa, przypominająca clowna istota ubrana w luźny biały strój, mierząca wzrokiem wysokie domy po swych obu stronach. Mijając moje okno, spojrzała na mnie przez chwilę z tym samym wyrazem martwej wrogości, po czym poszła dalej. Podążał za nią szyk nędzarzy zaprzęgniętych w liny przyczepione do przypominającego klatkę pojazdu, który wtoczył się na swych drewnianych kołach. Niezliczone przedmioty stukotały o jego kraty, znacznie więcej przedmiotów niż widziałem poprzedniego dnia. Groteskowy inwentarz zawierał teraz również butelki z pigułkami grzechoce wraz ze swoją zawartością, błyszczące skalpele i narzędzia do cięcia kości, zwisające jak ozdoby choinkowe, powiązane w pęki igły ze strzykawkami oraz stetoskop owinięty wokół odciętej głowy psa. Drewniane pale klatki chybotały się prawie do złamania od dodatkowego ciężaru tej porzuconej sterty. Jako że klatka nie miała przykrycia, spoglądając ze swego okna mogłem zajrzeć do jej wnętrza – niczego tam jednak nie było, a przynajmniej jeszcze nie wtedy. Kiedy pojazd sunął bezpośrednio pode mną, spojrzałem na przeciwległy brzeg ulicy, na wisielca i grubą linę, na której dyndał jak marionetka. Spomiędzy cieni pomieszczenia za oknem wyłoniła się dłoń trzymająca błyszczącą, prostą brzytwę; na jej pulchnych palcach widniały liczne pstrokate pierścienie. Gdy dłoń skończyła pracować nad węzłem, ciało Dr. Zirka spadło z wysokości szarego domu i wylądowało w mijającym go otwartym pojeździe. Procesja, która dotąd była ospała w każdym aspekcie, zaczęła teraz znikać szybko z widoku, a przytłumiona kotłowanina jej dźwięków rozmywała się w oddali.
Skończyć z tym, pomyślałem – skończyć z tym w takim stylu, w jakim tylko zapragniesz.

Spojrzałem na dom po drugiej stronie ulicy. Otwarte jeszcze przed chwilą okno było teraz zamknięte i zakryte zasłoną. Przypominająca tunel ulica szarych domów stała się absolutnie cicha i statyczna. I wtedy, jakby w odpowiedzi na me najskrytsze życzenie, pojedyncze płatki śniegu zaczęły opadać z szarego porannego nieba, każdy z nich cichym, szepczącym głosem. Patrzyłem dalej, wyglądając bez końca z mego okna na ulicę i miasto, i wiedziałem już, że tu jest mój dom.

« Poprzedni wpisNastępny wpis »