Twoja uwaga spływa powoli po gładkiej powierzchni świadomości. To, na czym chciałeś się skupić, okazuje się nieuchwytne i dryfujesz coraz bardziej w głąb, w miejsce, w którym zapominasz. Jedyne co w nim jest, to gęste powietrze, które otula cię coraz szczelniej. Po chwili zauważasz sennie, że w istocie tworzą je niewyraźne smugi przypadkowych myśli, dźwięków i obrazów, przepływających mętnie wkoło ciebie. Czasem smugi te na chwile przyjmują jakby wyraźniejszą formę, jednak ilekroć próbujesz im się przyjrzeć, rozwiewają się, ponownie stając się częścią ciężkiej, usypiającej mgły. Po chwili przestajesz próbować. Mgła gęstnieje uniemożliwiając jakikolwiek ruch, a ty zapominasz coraz bardziej, osuwając się łagodnie w Nic.

Jednak tuż przed odejściem coś w tobie spogląda po raz ostatni i zauważasz, że mgła rozciąga się głęboko w przestrzeń, która zdaje się być niezależna od ciebie. Orientujesz się, że zasadza się ona na ciemnym podłożu, zaś z góry rozlewa się słabe, blade światło. Poczucie przestrzeni wytrąca cię lekko z dryfu w dół i uzmysławiasz sobie, że znów możesz się poruszać. Wiesz, że obraz ten rozpłynie się tak, jak te wcześniejsze, więc nie starasz się go uchwycić. Jest w nim jednak coś, co nasyca cię głęboką, powolną wibracją, która zdaje ci się dziwnie znajoma. I choć nie pamiętasz kim jesteś ani skąd przyszedłeś, czujesz, że podszywała ona twoje całe wcześniejsze życie.

Stopniowo zaczynasz dostrzegać coraz więcej szczegółów we mgle. Zdajesz sobie sprawę, że źródłem tego bladego światła które ją nasyca, jest rozmyty lekko księżyc, a ty stoisz na łące, której wysokie, suche trawy sięgają ci do bioder. Jedyną barwą jest księżycowa, srebrna szarość. Jest zupełnie cicho, nie dostrzegasz też żadnego ruchu. Kres widoczności wyznaczany przez mgłę zdaje się być niestabilny i masz wrażenie, że gdybyś zapragnął w niego wniknąć wzrokiem, zobaczyłbyś więcej.
Jest coś w obrazie tej łąki, co sprawia że zaczynasz sobie przypominać. Uzmysławiasz sobie, że powietrze jest chłodne, chłód ten jednak daje ci ukojenie i pewną klarowność spojrzenia. Kształt gałęzi drzewa, które dostrzegasz w oddali, jest dokładnie taki, jaki czułeś, że będzie.

Stopniowo zauważasz coraz więcej drzew i orientujesz się, że biegną one po obu stronach polnej drogi. Po chwili jesteś na niej i spoglądając w górę, śledzisz czarną, splątaną krzywiznę gałęzi zasklepiających się nad tobą na tle nieba. Nagle odczuwasz silne pragnienie by zanurzyć się w mroku spowijającym kraniec tunelu, na który składają się te dwa rzędy drzew i do którego prowadzi droga, na której stoisz.. Wraz z tym pragnieniem sięga cię ukłucie lęku, gdyż zdajesz sobie sprawę, że możesz tam kogoś spotkać.
Na granicy słyszenia dociera do ciebie trudny do określenia, jednostajny szum.

Wykonujesz swój pierwszy krok. Czarny koniec tunelu sięga w twoim kierunku, a ty pozwalasz się doń poprowadzić. Wchodzisz. Mgła znika i za pierwszym rządem drzew zaczynasz widzieć kolejne.
Las, który cię otacza jest rzadki, jednak drzewa są masywne i wysokie, wiesz, że wysoko w górze migoczą gwiazdy.
Droga zakręca, a teren wkoło ciebie staje się nierówny. Stromizna, na której rosną z rzadka drzewa, wytwarza nową przestrzeń. Jej wibracja i zapach leżących na ziemi liści pobudza twoją uwagę, zauważasz lekkie drganie powietrza między drzewami. Wiesz, że coś tu jest i że ono również wie o tobie.
Po chwili na odległym pagórku pośród drzew dostrzegasz czarny kontur psa. Nie ma głowy ani ogona i nie jesteś w stanie określić jego odczuć wobec ciebie. Wiesz jednak, że jest on świadomy twojej obecności i stojąc tam daleko komunikuje o swoim istnieniu. Bije od niego obcość; tam, gdzie stoi, przestrzeń zdaje się uginać.
„Musisz uważać. Jest czarny pies i czerwony pies.”

Nagle, pojawia się o kilkanaście kroków bliżej. Jego uwaga jest skupiona na tobie, jest jakby większy. Skok, znów bliżej, widzisz że zasysa przestrzeń wkoło siebie. Skok, skok, skok, zbliża się nie wykonując ruchu, ale tracąc swą formę. Skok, tuż obok ciebie znajduje się czarna, kotłująca się gęsta masa, całkowicie bezosobowa i zdaje się bezduszna. Po chwili, zaczyna przybierać skondensowaną formę, jej powierzchnia wygładza się, przypomina czarny płyn wylany w przestrzeni bez grawitacji.

(Nagle przebiegają przez ciebie gwałtowne obrazy, które wprawiają cię w oszołomienie. Biały tłuszcz i skóra, spryskane krwią. Po chwili jesteś w drewnianej szopie głęboko w tym lesie. Leżą w niej absurdalnie rozrzucone ciała, skóra ledwie opina ich kości. Zęby.
Z groteskowo chudych twarzy tych ciał bije nonsensowność ich dawnego cierpienia. Teraz są tylko bezwładną materią promieniującą śmiercią. Słyszysz brzęk much i robi ci się niedobrze.

Nad tobą, w miejscu księżyca, widnieje teraz czarne słońce. Jego zarysy odcinają się od energii, którą promieniuje. Nagły, potężny wzrost ciśnienia rozsadza ci głowę. Padając, czujesz miękkość i zimno ciał, które są pod tobą. Ogarnia cię całkowity, paraliżujący bezwład i zaczynasz się rozkładać.)

Jedna odpowiedź na “XVIII”

  1. #1 Monsun napisał:

    znalazlem sie tam

Pozostaw odpowiedź